KONTRAPUNKT

Zanim pójdziemy do raju

ANNA MATEJA

 

Starość nie jest niczym wstydliwym, po prostu ma się więcej lat. Biblijny Symeon właśnie w podeszłym wieku poznaje, czym jest spełnienie. Jest gotów do odejścia, gdy najważniejsze w jego życiu już się stało: zobaczył Mesjasza. W dawnych, wielopokoleniowych rodzinach, sędziwy wiek kojarzono z doświadczeniem i szacunkiem. Obok ludzi u schyłku życia mieszkali przecież ci, którzy dopiero je rozpoczynali – i szukając odpowiedzi na od wieków te same pytania, mieli komu je zadawać.

W domu spokojnej starości na Helclów w Krakowie nie ma tych, którzy mogliby zadawać pytania. Trudno zauważyć starczą mądrość i doświadczenie w jasnych pokojach czy na lśniących posadzkami korytarzach. Nikt nie pozwala się im ujawnić.

– Starość jest obrzydliwa, ludzie powinni umierać przed siedemdziesiątką – pani Antonina przekroczyła już tę granicę.

Siedzi pod oknem i patrzy, jak rzadkie płatki śniegu opadają na dachy. Na nikogo już nie czeka, nie ma rodziny. Niedaleko stoi kamienica, w której miała mieszkanie, a kiedyś nawet sklep. Trudno sobie przypomnieć, ale kiedyś była młoda, chodziła w modnych sukienkach, przed wojną miała samochód. Teraz już tego nie ma, zacierają się szczegóły, wszystko się miesza... Jest tylko czas, którego zazwyczaj brakowało, tak dużo, że czasami się myli, co było kilka miesięcy temu, a co tydzień temu czy wczoraj. Można przemyśleć jeszcze raz, dlaczego życie ułożyło się właśnie tak. Przypomina sobie zawłaszczenie sklepu, pijącego męża i brak dzieci, dla których on nigdy nie znalazł w domu miejsca.

– Dobrze byłoby teraz tam siedzieć – mówi nagle. Jest popołudnie, akurat zaczynają się te „mądre seriale”, nikomu nie przeszkadzałby włączony telewizor, gdyby oglądała kolejny odcinek. Już po obiedzie: cisza, spokój, znajome sprzęty...

To z powodu lekarza znalazła się na Helclów, w jednym pokoju z trzema obcymi kobietami. Stwierdził, że potrzebuje opieki przez całą dobę. Teraz Antonina wie, że trzeba robić wszystko, byle tylko zostać w swym mieszkaniu – i niczego nie zmieniać. Tego nauczyła się od sierpnia ubiegłego roku, gdy po przeprowadzce musiała ułożyć wszystkie zabrane rzeczy w jednej szafie z jej nazwiskiem. Na ubraniach wyszyto zieloną nitką „3ŚR”, czyli: trzecie piętro środkowej części budynku. To dla pralni, żeby ubrania się nie myliły.

Pani Antonina siedzi pod oknem, obok niej w równym rządku – sąsiadki. Trwa sprzątanie, przyglądają się, jak pokojowe wynoszą sienniki, czyszczą drewniane obręcze łóżek, zaglądają do osobistych rzeczy. Nie wolno przechowywać jedzenia, bo mogą się pojawić robaki. Stąd ta dociekliwość.

– Trzeba robić wszystko, żeby odchodzić we własnym domu – pani Antonina cierpliwie czeka, aż ułożą jej poduszki, powkładają drobiazgi do szuflady. Nawet jeśli ma się ponad 80 lat – i dochodzi do przekonania, że śmierć powinno się mieć za sobą.

 

*

Ponad sto lat temu zamożne małżeństwo Anna i Ludwik Helclowie przekazało cały majątek na wybudowanie domu na ostatnie lata samotnych ludzi. Dawny Dom Ubogich kilka lat temu został domem opieki społecznej, jednym z dwóch największych w Polsce, który zamieszkuje ponad 450 osób. W domu nie istnieją wyznaczone godziny odwiedzin, sprzed drzwi wejściowych zniknęła tabliczka zabraniająca wstępu dzieciom do lat 12, sprzątają pokojowe, a nie salowe. Staruszkowie drażnią palcem zamknięte w klatkach papużki-nierozłączki, doglądają fiołków na parapecie, przysiadają na wiklinowych fotelach, przy których kołyszą się rośliny w doniczkach. To ma być dom. Tak przynajmniej postanowiły siostry miłosierdzia św. Wincentego a Paulo – szarytki, które prowadzą dom od momentu jego powstania.

– Tu jest mi dobrze, ale ja chcę do mojego domu – pani Stanisława wykrzyczała to synom kilka tygodni po przyjeździe na Helclów. Do kaplicy, jadalni czy na wizytę do znajomych zabiera foliową torbę z garnuszkiem i bielizną. Takie przyzwyczajenie „pani z antenką” chodzącej po piętrach w charakterystycznym berecie. Czasami jej ginie i pół oddziału szuka berecika, który „ktoś ukradł”, choć zazwyczaj jest za łóżkiem.

– Widać gromadzenie ludzi na siłę jest przeciw człowieczej naturze – siostra Anna, szarytka i przełożona pielęgniarek, pracuje tu od początku lat 80. W wysokim pudle układa lekarstwa dla Marii i Bolesława – małżeństwa z drugiego piętra lewego skrzydła. Ich nikt na siłę tu nie przywiózł, bo nie są starzy, tylko schorowani i renty pożerały im rachunki za recepty. Zawartość wysokiego pudła wystarczy zaledwie na miesiąc. Więc zostawili dom i przeprowadzili się do domu opieki społecznej, który kupuje im teraz lekarstwa z dopłatami.

Starość może być czasem oddawania się pasjom, spełniania rzeczy, na które czekało się całe życie, bo młodsze lata nie pozwalały się im ziścić. Wtedy staje się przyjemna i pogodna. Ale z reguły to czas chorób, niesprawności – życie zaczyna polegać na uświadamianiu sobie ograniczeń narzucanych przez niesprawność ciała. Nadmiar wolnego czasu zabiera zmaganie się z dolegliwościami serca, utratą pamięci – czy, po prostu, nie radzenie sobie z fizjologią. Pełnia życia zaczyna się sprowadzać do suchego łóżka, czystej bielizny i środków przeciwbólowych.

– Pani Wandzia pyta czasem, czy powinna już do nas przyjść, bo ma ponad 80 lat – siostra Anna odkłada recepty. Pudło dla małżeństwa trafia na razie do kąta. Samotnie mieszkająca znajoma siostry jeszcze nie ma problemów z wstawaniem, dba o siebie, robi zakupy i się nie nudzi. – Za każdym razem mówię jej to samo: najdłużej jak się da, trzeba być u siebie. Tutaj trzeba zamieszkać, gdy pojawia się bezradność i samodzielne życie jest już za trudne.

Zamiast czystych korytarzy i schludnych pokoi, na ostatnie lata trzeba mieć coś własnego. Choćby tylko znanych sąsiadów i własne, podniszczone meble.

 

*

Słowenia leży daleko od Krakowa i nie ma tam śniegu. Maria, która stamtąd pochodzi, chciałaby, żeby napadało po kolana. Nie wychodzi za często, oglądałaby go na dachach z trzeciego piętra lewego skrzydła siedząc w rogu świetlicy, na ulubionym fotelu przed telewizorem. Koleżanka opowiadała Marii, jak to będzie w domu spokojnej starości: można zapomnieć o rachunkach, zakupach, opieka medyczna pod ręką, ciche pokoje. Mieszkanie „ze wszystkim” w Nowej Hucie zostawiła więc wnuczce i przeprowadziła się. Opowiadając o tym, jak było na robotach pod Monachium „u bauera”, gdzie poznała męża – Polaka, odwraca się, by zapiąć sukienkę, którą sąsiadka nakłada na bluzkę ze spódnicą. Robi wrażenie nieobecnej, więc Maria niczego nie tłumaczy, tylko szuka guzików.

– Przynajmniej się nie rzuca, nie krzyczy, czasem tylko poprzeklina – mówi o chorej psychicznie sąsiadce – i wtedy rozlega się wycie. Maria jest bliska płaczu, nie potrafi się do tego przyzwyczaić, choć jest już na oddziale ponad rok. Wyć zaczęła któraś z „dementywnych”, gdy pokojowe chciały otworzyć jej szafkę. Przywiązała się do trzymanych w niej śmieci. Po ich wyrzuceniu przyciąga „chodzik”, sunie powoli do kubłów i zabiera z powrotem butelkę po soku.

– No i po co to pani wzięła? – pielęgniarka wyciąga butelkę z ręki i wyrzuca. – Boże, jak my się musimy użerać z tymi babkami...

– I to ma być spokojna starość? – Maria nie ma już ochoty płakać.

W innym pokoju dwie kobiety z zaburzeniami umysłowymi nie chciały przepuścić się w drzwiach. Zaczynają się mocować, pielęgniarki odkładają śmieci i biegną je rozdzielić. Któraś z pań mówi, że dzień nie może być dobry, bo miała już dwa ataki, a ktoś inny przekonuje, że na balkonie rozlano truciznę. Maria już tego nie słyszy. Rozżalona wspomina koleżankę z pracy, która opowiadała jej o spokojnej starości na Helclów. Cichy zawód podzielają inni. Też nie potrafią znieść krzyków, ale nikt głośno nie narzeka. – Nie wiadomo, jak z nami będzie... – przypominają sobie, że są przecież na „bocznym torze” i nie przeniosą się do dzieci czy wnuków.

– Tu nie ma z kim porozmawiać – Maria stara się być dzielna. I dla rozrywki idzie zobaczyć, co będzie na obiad. Wracając po kilka razy wylicza nie chodzącym sąsiadom, że będzie pomidorowa z lanym ciastem i ziemniaki z buraczkami, a dla dietetyków szynka z indyka.

Żeby porozmawiać, Maria musi poczekać na swoją najlepszą przyjaciółkę: panią Lusię, która mieszka kilka pokoi dalej. Energiczna i schludnie ubrana, nie wygląda na 85 lat. Poprawia nerwowo okulary, nie może jeszcze przyjść: spodziewa się pielęgniarek, które mają zmienić pampers współmieszkance. Chce pójść do toalety, tylko ktoś musi jej pomóc, a pani Lusia jest już za słaba. No i ma jeszcze przyjść siostra współlokatorki, dzisiaj środa, dochodzi trzecia. To jej stała pora.

Gdy pięć minut po trzeciej nikogo nie ma, obie już wiedzą, że dzisiaj odwiedzin nie będzie. Bo siostra pojawia się zawsze w tym samym czasie, w środy lub niedziele. Przecież nie chodzi o to, by w czymś pomogła („czego może nam brakować przy takiej opiece”), ważne, żeby była: choćby tylko parę kwadransów. Powiedziała, co słychać. Pojutrze piątek, może pojawi się syn? Z myślą o nim pielęgniarki przykleiły już karteczki na drzwiach szafy i nad łóżkiem: „2 razy Biovital”. Wspomagające leki są pełnopłatne, mieszkańcy muszą je kupować za swoje. Czasami nie starcza, dlatego przypomina się rodzinie, że czegoś brakuje.

 

*

– Najbardziej boję się, że mogłabym się położyć. Wtedy trzeba się uzależnić, liczyć tylko na innych – pani Lusia nalewa soku marchewkowego z butelki. Zbyt wiele łóżek widzi na oddziale, na których ciągle się na coś czeka: na zmianę pościeli, na posiłki, na kogoś, kto będzie miał chwilę, żeby się zatrzymać... Najlepiej umrzeć cichutko, kiedy się jest jeszcze sprawnym, gdy nie trzeba leżeć i czekać. Odejść jak pani Józefa z końca korytarza. Jej bezbolesna śmierć wzbudziła podziw i zazdrość: po prostu wyszła do toalety i zasłabła, a pół godziny później lekarz stwierdził zgon. Nie męczyła się, nie musiała czekać. Po 70 latach mieszkania u Helclów zostało po niej jedynie nazwisko na drzwiach, przyklejone zielonymi, zdrapywalnymi literami.

– W sierpniu minęło siedem lat, od kiedy się tu sprowadziłam. I od początku mieszkałam z nią – pani Hania grzebie w szafce z prostych płyt, którą pozwolono jej zatrzymać. Jest kilka minut po trzeciej i chociaż Msza św. w kaplicy na parterze rozpoczyna się dopiero o czwartej, pani Hania nerwowo szuka ubrań, jakby była już spóźniona. „Co ja mogę o niej wiedzieć, niewiele rozmawiałyśmy: ona była przygłucha, a ja niewyraźnie mówię. Do szarytek w Domu Ubogich przyszła jako młoda dziewczyna i była pomocą fizyczną, a na emeryturze pozwolono jej tu dalej mieszkać. Na pogrzebie nie byłam, nikt chyba nie był, bo resztki rodziny miała w Wielkopolsce”. Józefę odprowadziło parę pielęgniarek i delegacja z pralni, gdzie pracowała kilkadziesiąt lat.

„Moja Stóweczka” – powiedziała o niej pani Hania pieszczotliwie kilka tygodni przed śmiercią. Pani Józefa stała odwrócona tyłem i nie słyszała, jak koleżanka figlarnie mruży oko i wymyśla jej nowe imię. Za trzy miesiące, na św. Józefa, miała skończyć sto lat. Żartowano, że trzeba przygotować dla niej tron, a teraz o dniu setnych urodzin nikt nawet sobie nie przypomni. Chodziła, papieża w telewizji lubiła oglądać, a potem miała taką przyjemną śmierć.

– Odeszła tak leciutko, jakby nic się nie stało – pani Hania też nie umie wyjść z podziwu, że można umrzeć tak prosto. 

 

*

Prawie każdy, kto zachował świadomość miejsca, w którym spędza ostatnie lata, zaczyna rozmowę trochę patetycznie. Nie będzie już następnego mieszkania, innej ulicy czy nowych znajomych. To jest „boczny tor”, albo „ostatni etap”. Liczy się dzień dzisiejszy i wieczność, na którą czekają w trzypiętrowym budynku, gdzie zostawiła ich rodzina lub sami zdecydowali się zamieszkać. Każdego dnia o tej samej porze, powolutku przechodzą do jadalni, zajmują „własne” miejsca przed telewizorem albo przy stole w bibliotece, gdzie trzy razy w tygodniu słuchają fragmentu jakiejś powieści. Lekarstwa – zawsze o tej samej godzinie, o szesnastej Msza św. w kaplicy, odwiedziny, wiadomo, w którym dniu... Życie nabiera niespotykanej gdzie indziej przewidywalności.

Piętro niżej żyją „roślinki”. Medycyna przedłużyła im życie, lecz nie potrafi utrzymać świadomości istnienia. Leżą w wykrochmalonej pościeli, sztywno napiętej na każdym łóżku, chronieni przed odleżynami, pod opieką lekarza. Ciche pokoje przypominają szpital, w którym życie to karmienie, mycie i badania. Jeszcze w połowie lat 80. w ciągu roku potrafiła się zmienić nawet połowa oddziału. Brakowało leków. Wysoka śmiertelność spadła w następnym dziesięcioleciu, gdy pojawiły się materace przeciw odleżynom, nowe lekarstwa, a liczbę mieszkańców zmniejszono o trzysta osób.

– Dobrze jest u Helclów, bo długo się żyje – uśmiechnięta pielęgniarka mówi do pani Haliny, która zdążyła posiwieć od momentu, gdy dziesięć lat temu pojawiła się na oddziale: bez odruchu połykania, od początku karmiona przez sondę wprowadzaną do żołądka. Żadna z „roślinek” nie przeżyłaby długo we własnym domu: karetka nie dojechałaby na czas, może zabrakłoby pieniędzy na leki albo kogoś cierpliwego, kto potrafiłby kilka lat zajmować się sztucznym dokarmianiem i zakładaniem pampersów.

– Proszę rozdzielić moje nogi, bo się zrosną – Janina przebywa w środkowej części drugiego piętra. Prawie bezkrwiste, delikatne nogi z przykurczonymi palcami nigdy nie chodziły. Janina leży, od kiedy się urodziła, przed wojną we Lwowie. Najpierw opiekowała się nią matka; dwadzieścia lat temu razem z nią przeniosła się do Helclów. W pokoju jedna kobieta choruje na padaczkę, druga nie mówi zbyt wiele. Janina przypatruje się więc białym ścianom, potem zatrzymuje wzrok na oknie, częściowo przysłoniętym roletą. Zastanawia się, jaka pogoda i czy wpuszczą dzisiaj odwiedzających, bo podobno szaleje grypa i nikt nie może wejść. Nie żeby Janina się kogoś spodziewała. Ale jeśli te ograniczenia nie są wymysłem, to już na pewno nikt nie przyjdzie.

– Zapomniałam alfabetu. Nawet podpisać się już nie potrafię. W ogóle ta starość jest okropna – mówi z irytacją. Boli ją koło serca, stara się ćwiczyć palce, które stają się coraz bardziej wiotkie i blade, podobne do reszty ciała. Siwe, krótko obcięte włosy nie dodają powagi jej starości, wygląda jak starsze dziecko. Janina szpera w szufladzie i znajduje saszetkę z ziołami bonifraterskimi, które wsypuje do ust. Najbardziej niesprawiedliwe są dolegliwości, ustawiczna niewygoda ciała i brak sił, by sobie pomóc. Czasem wszystko musi się sprowadzić do otwarcia torebki z ziołami.

 

*

Na początku jest depresja. Z czasem przygnębienie mija. Przyzwyczajają się do pokoju, znajdują przyjaciół. Uczą się reguł życia. Ale to nie znaczy, że je akceptują i że są szczęśliwi. Tęsknią. Nie zawsze to, za czym tęsknią, jest przytulnym domem z kochającą rodziną. Wśród przyjmowanych był nawet mężczyzna z ogryzionymi przez szczury piętami. On tęsknił tak samo. Do nory, którą nazywał domem, do znajomych i życia, jakie prowadził, nim znalazł się na Helclów. Inni mieszkali w bardziej przyjaznych warunkach, ale prawie zawsze byli skazani na siebie.

W domu odżywają i więdną jednocześnie. Regularnie odżywiani, leczeni i doglądani – z każdym dniem uświadamiają sobie, że nic wielkiego już ich nie spotka. Dni dzielą na posiłki, dzierganie na terapii, czytanie książek. Ich życie się skończyło, bo nie ma szans na zmianę. Nikt nie martwi się nadmiarem wolnego czasu, który pozostał. Jakby w rezerwie, oszczędzany przez całe życie, gdy nie można go było przeznaczać „na byle co”. Nie ma znaczenia, czy zrobią coś od razu, za tydzień czy rok. Mają czas. Coraz mniej zależy od nich, stali się elementami molocha, który nazywa się domem opieki. Już im może na niczym nie zależeć, już nie grają żadnej roli, rozstają się z tytułami i znaczeniem, jakie posiadali. Niektórzy stają się złośliwi, zazdrośni, uprzykrzają sobie życie.

W małżeństwie Marianny i Jana słychać przede wszystkim narzekania. On wychodzi z pokoju i siada pod oknem, gdy nie potrafi któryś raz z kolei słuchać tego samego: opowieści o oddziałowych, które zabrały im część rzeczy; o twardym mięsie, jakie jedzą na obiad albo o „końcówce” dla syna na emeryturze. „Końcówką” nazywa się na Helclów resztę pieniędzy, jaka zostaje po odliczeniu kwoty na utrzymanie. Ona siedzi na łóżku, rozżalona, że nie ma z kim podzielić się tym, co ją gnębi. W pierwszych miesiącach nawet nie mieszkali razem, on był na męskim oddziale, ona wśród kobiet i zanosiło się, że tak zostanie. Wrócili do siebie, gdy zwolniła się dwójka małżeńska.

Inni potrafią zdobyć się na szczerość przy zwykłej pielęgnacji, którą codziennie przechodzą. Mówią niespodziewanie, że ich małżeństwo to była pomyłka. Albo że dzieci przypomną sobie o nich dopiero przy otwarciu testamentu. Zwierzą się, że przyznani sądownie opiekunowie pojawiają się raz w miesiącu. Ale nie w ich pokoju, tylko w kasie, gdzie odbierają resztki z ich emerytur. A więc za bezradnością i lękiem – kryje się coś jeszcze. Najczęściej samotność, odrzucenie i odejście od rodziny traktowane jako lepsze wyjście.

– Nie mogę już patrzeć na tę starość – panią Antoninę, która twierdzi, że umierać należałoby przed siedemdziesiątką, przygnębia widok ludzi z balkonikami, pomarszczonych twarzy i zgarbionych pleców, które przesuwają się w stronę jadalni. Wychodząc ze swojego domu, widziała różnych ludzi: młodych, dzieci, starych nie było więcej ani mniej niż pozostałych. Teraz widzi jedynie ich. Można nabrać przekonania, że żyją tylko tacy jak ona. Z czasem taki widok obojętnieje – jak staruszki, modlące się żarliwie na korytarzach ze zniszczonych modlitewników. Na pewno jednak chęć znalezienia wiary w tym okresie życia jest silniejsza niż wcześniej, gdy niekoniecznie te sprawy były najważniejsze.

 

*

– Wiara pozwoliła mi powiedzieć: nie dam się – pani Danuta opowiada o tym, co pomogło jej zawęzić życie do kąta, gdzie stoi łóżko.

Na długo przed starością trzeba się dowiedzieć, co jest w życiu ważne, a z czego można zrezygnować bez żalu. Można zlikwidować rodzinne mieszkanie (jak ona to zrobiła przy pomocy rodziny), oddać obrazy Grottgera i Malczewskiego do muzeów, a bibeloty przyjaciołom. Wystarczą drobiazgi, które przypominają o tym, co przeżyte, a czego się nie żałuje. Reszta, ta rozdana, była na tyle cenna, że posiadanie jej nie było bezpieczne dla ludzi w jej wieku. Dlatego po kolejnej próbie napadu na jej urządzone ładnymi rzeczami mieszkanie, stwierdziła, że lepiej się z nimi pożegnać.

Dziś pani Danuta uważa, że można się otaczać ładnymi przedmiotami, ale nie wolno się do nich przywiązywać. Na ścianie jej kąta wisi obraz Leona Ostrowskiego, brata babki – w rodzinie od 150 lat. Zachowała zdjęcia rodzinne, bo one przypominają czasy warszawskiego gimnazjum na Wiejskiej, studiów romanistycznych, życia w Szwajcarii, gdzie pojechała za mężem jedna z sióstr. Wystarczy. Trudniejsze są rozstania z ludźmi, wtedy trzeba w coś wierzyć, gdy żegna się tych, których się kocha. A jeśli ona to już przeszła, to do czego można się jeszcze w ogóle przywiązywać?

– Są wzruszenia, które pamięta się całe życie. Może przeżyłam pewne rzeczy właśnie po to, by móc je teraz wspominać – pani Danuta układa starannie igły i kolorowe nici w przyborniku do szycia i stara się odtworzyć podziw, jaki poczuła, gdy zobaczyła pierwszy raz Monę Lisę. To był początek lat 20. i Danuta była pierwszy raz w Paryżu.

Kiedy zjawiła się tam następnym razem, na rocznym stypendium, śpiewała już Edith Piaf, a ona podziwiała katedrę w Chartres. Nieważne, że na koniec życia znalazła się w tym pokoju, z ludźmi, z którymi niewiele ją łączy.

– Przecież nie zaczynam życia, ale je kończę. Zaakceptowałam to miejsce, bo nie miałam wyboru. Teraz chodzi tylko o to, żeby przejść z fasonem ten ostatni etap. Nikt z nas już prochu nie wymyśli – pani Danuta przypomina sobie jakieś zapomniane miejsca na Bliskim Wschodzie, które oglądała trzydzieści lat temu. Albo zaćmienie Słońca, które pojechała zobaczyć do Sejn, jeszcze z ojcem. Ale pamięta też Fordon, koło Bydgoszczy, gdzie siedziała trzy lata po wojnie, bo pomogła dwójce znajomych wyjechać z Polski.

– Tam powiedziałam sobie pierwszy raz, że się nie dam – Danuta ogląda kartkę z piramidami w Luksorze, którą wysłała znajoma. – A przecież bojowa z natury nie jestem. Za chwilę, pomimo swych 90 lat, na klęczkach szuka kabla od termoforu. Chce go położyć na brzuchu pani Anny z sąsiedniego łóżka, która jęczy z bólu i woła, że chce umierać, ma dość takiego życia i tej starości.

– To nie starość, tylko za dużo czekolady. Musisz zacisnąć ząbki i poczekać, aż zadziała tabletka – pani Danuta zna dobrze swoje sąsiadki.

– Taka publiczność – stwierdza, gdy trzeba zawołać siostrę oddziałową, bo podane środki przeciwbólowe nie skutkują. – Wszyscy pamiętamy młodość i trudno ją zamienić na to, jacy jesteśmy teraz.

 

 

 

 

 
Ks. Jan Kracik: Być starym dawno temu

Feliks Netz: Filemon i Baucis – o Sandorze Marai

Dziennik Sandora Marai: „Jak powoli umieram”

Anna Mateja: Zanim pójdziemy do raju

Jacek Bocheński: Kawałek prozy

Jacek Filek: Chwilę po-być, nieco się ociągać

David Morris Polowanie na staruszków

„Danie miesiąca” polecają: Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski

Ściąga z kultury

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl