|
KONTRAPUNKT
Zanim pójdziemy do raju
ANNA MATEJA
Starość nie jest niczym wstydliwym, po prostu ma się
więcej lat. Biblijny Symeon właśnie w podeszłym wieku poznaje, czym jest
spełnienie. Jest gotów do odejścia, gdy najważniejsze w jego życiu już się
stało: zobaczył Mesjasza. W dawnych, wielopokoleniowych rodzinach, sędziwy wiek
kojarzono z doświadczeniem i szacunkiem. Obok ludzi u schyłku życia mieszkali
przecież ci, którzy dopiero je rozpoczynali – i szukając odpowiedzi na od
wieków te same pytania, mieli komu je zadawać.
W domu spokojnej starości na Helclów w Krakowie nie ma
tych, którzy mogliby zadawać pytania. Trudno zauważyć starczą mądrość i
doświadczenie w jasnych pokojach czy na lśniących posadzkami korytarzach. Nikt
nie pozwala się im ujawnić.
– Starość jest obrzydliwa, ludzie powinni umierać
przed siedemdziesiątką – pani Antonina przekroczyła już tę granicę.
Siedzi pod oknem i patrzy, jak rzadkie płatki śniegu
opadają na dachy. Na nikogo już nie czeka, nie ma rodziny. Niedaleko stoi
kamienica, w której miała mieszkanie, a kiedyś nawet sklep. Trudno sobie
przypomnieć, ale kiedyś była młoda, chodziła w modnych sukienkach, przed wojną
miała samochód. Teraz już tego nie ma, zacierają się szczegóły, wszystko się
miesza... Jest tylko czas, którego zazwyczaj brakowało, tak dużo, że czasami
się myli, co było kilka miesięcy temu, a co tydzień temu czy wczoraj. Można
przemyśleć jeszcze raz, dlaczego życie ułożyło się właśnie tak. Przypomina
sobie zawłaszczenie sklepu, pijącego męża i brak dzieci, dla których on nigdy nie
znalazł w domu miejsca.
– Dobrze byłoby teraz tam siedzieć – mówi nagle. Jest
popołudnie, akurat zaczynają się te „mądre seriale”, nikomu nie przeszkadzałby
włączony telewizor, gdyby oglądała kolejny odcinek. Już po obiedzie: cisza,
spokój, znajome sprzęty...
To z powodu lekarza znalazła się na Helclów, w jednym
pokoju z trzema obcymi kobietami. Stwierdził, że potrzebuje opieki przez całą
dobę. Teraz Antonina wie, że trzeba robić wszystko, byle tylko zostać w swym
mieszkaniu – i niczego nie zmieniać. Tego nauczyła się od sierpnia ubiegłego
roku, gdy po przeprowadzce musiała ułożyć wszystkie zabrane rzeczy w jednej
szafie z jej nazwiskiem. Na ubraniach wyszyto zieloną nitką „3ŚR”, czyli:
trzecie piętro środkowej części budynku. To dla pralni, żeby ubrania się nie
myliły.
Pani Antonina siedzi pod oknem, obok niej w równym
rządku – sąsiadki. Trwa sprzątanie, przyglądają się, jak pokojowe wynoszą
sienniki, czyszczą drewniane obręcze łóżek, zaglądają do osobistych rzeczy. Nie
wolno przechowywać jedzenia, bo mogą się pojawić robaki. Stąd ta dociekliwość.
– Trzeba robić wszystko, żeby odchodzić we własnym
domu – pani Antonina cierpliwie czeka, aż ułożą jej poduszki, powkładają
drobiazgi do szuflady. Nawet jeśli ma się ponad 80 lat – i dochodzi do
przekonania, że śmierć powinno się mieć za sobą.
*
Ponad sto lat temu zamożne małżeństwo Anna i Ludwik
Helclowie przekazało cały majątek na wybudowanie domu na ostatnie lata
samotnych ludzi. Dawny Dom Ubogich kilka lat temu został domem opieki
społecznej, jednym z dwóch największych w Polsce, który zamieszkuje ponad 450
osób. W domu nie istnieją wyznaczone godziny odwiedzin, sprzed drzwi
wejściowych zniknęła tabliczka zabraniająca wstępu dzieciom do lat 12, sprzątają
pokojowe, a nie salowe. Staruszkowie drażnią palcem zamknięte w klatkach
papużki-nierozłączki, doglądają fiołków na parapecie, przysiadają na
wiklinowych fotelach, przy których kołyszą się rośliny w doniczkach. To ma być
dom. Tak przynajmniej postanowiły siostry miłosierdzia św. Wincentego a Paulo –
szarytki, które prowadzą dom od momentu jego powstania.
– Tu jest mi dobrze, ale ja chcę do mojego domu – pani
Stanisława wykrzyczała to synom kilka tygodni po przyjeździe na Helclów. Do
kaplicy, jadalni czy na wizytę do znajomych zabiera foliową torbę z garnuszkiem
i bielizną. Takie przyzwyczajenie „pani z antenką” chodzącej po piętrach w
charakterystycznym berecie. Czasami jej ginie i pół oddziału szuka berecika,
który „ktoś ukradł”, choć zazwyczaj jest za łóżkiem.
– Widać gromadzenie ludzi na siłę jest przeciw
człowieczej naturze – siostra Anna, szarytka i przełożona pielęgniarek, pracuje
tu od początku lat 80. W wysokim pudle układa lekarstwa dla Marii i Bolesława –
małżeństwa z drugiego piętra lewego skrzydła. Ich nikt na siłę tu nie
przywiózł, bo nie są starzy, tylko schorowani i renty pożerały im rachunki za recepty.
Zawartość wysokiego pudła wystarczy zaledwie na miesiąc. Więc zostawili dom i
przeprowadzili się do domu opieki społecznej, który kupuje im teraz lekarstwa z
dopłatami.
Starość może być czasem oddawania się pasjom,
spełniania rzeczy, na które czekało się całe życie, bo młodsze lata nie
pozwalały się im ziścić. Wtedy staje się przyjemna i pogodna. Ale z reguły to
czas chorób, niesprawności – życie zaczyna polegać na uświadamianiu sobie
ograniczeń narzucanych przez niesprawność ciała. Nadmiar wolnego czasu zabiera
zmaganie się z dolegliwościami serca, utratą pamięci – czy, po prostu, nie
radzenie sobie z fizjologią. Pełnia życia zaczyna się sprowadzać do suchego
łóżka, czystej bielizny i środków przeciwbólowych.
– Pani Wandzia pyta czasem, czy powinna już do nas
przyjść, bo ma ponad 80 lat – siostra Anna odkłada recepty. Pudło dla
małżeństwa trafia na razie do kąta. Samotnie mieszkająca znajoma siostry
jeszcze nie ma problemów z wstawaniem, dba o siebie, robi zakupy i się nie
nudzi. – Za każdym razem mówię jej to samo: najdłużej jak się da, trzeba być u
siebie. Tutaj trzeba zamieszkać, gdy pojawia się bezradność i samodzielne życie
jest już za trudne.
Zamiast czystych korytarzy i schludnych pokoi, na
ostatnie lata trzeba mieć coś własnego. Choćby tylko znanych sąsiadów i własne,
podniszczone meble.
*
Słowenia leży daleko od Krakowa i nie ma tam śniegu.
Maria, która stamtąd pochodzi, chciałaby, żeby napadało po kolana. Nie wychodzi
za często, oglądałaby go na dachach z trzeciego piętra lewego skrzydła siedząc
w rogu świetlicy, na ulubionym fotelu przed telewizorem. Koleżanka opowiadała
Marii, jak to będzie w domu spokojnej starości: można zapomnieć o rachunkach,
zakupach, opieka medyczna pod ręką, ciche pokoje. Mieszkanie „ze wszystkim” w
Nowej Hucie zostawiła więc wnuczce i przeprowadziła się. Opowiadając o tym, jak
było na robotach pod Monachium „u bauera”, gdzie poznała męża – Polaka, odwraca
się, by zapiąć sukienkę, którą sąsiadka nakłada na bluzkę ze spódnicą. Robi
wrażenie nieobecnej, więc Maria niczego nie tłumaczy, tylko szuka guzików.
– Przynajmniej się nie rzuca, nie krzyczy, czasem
tylko poprzeklina – mówi o chorej psychicznie sąsiadce – i wtedy rozlega się
wycie. Maria jest bliska płaczu, nie potrafi się do tego przyzwyczaić, choć
jest już na oddziale ponad rok. Wyć zaczęła któraś z „dementywnych”, gdy
pokojowe chciały otworzyć jej szafkę. Przywiązała się do trzymanych w niej
śmieci. Po ich wyrzuceniu przyciąga „chodzik”, sunie powoli do kubłów i zabiera
z powrotem butelkę po soku.
– No i po co to pani wzięła? – pielęgniarka wyciąga
butelkę z ręki i wyrzuca. – Boże, jak my się musimy użerać z tymi babkami...
– I to ma być spokojna starość? – Maria nie ma już
ochoty płakać.
W innym pokoju dwie kobiety z zaburzeniami umysłowymi
nie chciały przepuścić się w drzwiach. Zaczynają się mocować, pielęgniarki
odkładają śmieci i biegną je rozdzielić. Któraś z pań mówi, że dzień nie może
być dobry, bo miała już dwa ataki, a ktoś inny przekonuje, że na balkonie
rozlano truciznę. Maria już tego nie słyszy. Rozżalona wspomina koleżankę z
pracy, która opowiadała jej o spokojnej starości na Helclów. Cichy zawód
podzielają inni. Też nie potrafią znieść krzyków, ale nikt głośno nie narzeka.
– Nie wiadomo, jak z nami będzie... – przypominają sobie, że są przecież na
„bocznym torze” i nie przeniosą się do dzieci czy wnuków.
– Tu nie ma z kim porozmawiać – Maria stara się być
dzielna. I dla rozrywki idzie zobaczyć, co będzie na obiad. Wracając po kilka
razy wylicza nie chodzącym sąsiadom, że będzie pomidorowa z lanym ciastem i
ziemniaki z buraczkami, a dla dietetyków szynka z indyka.
Żeby porozmawiać, Maria musi poczekać na swoją
najlepszą przyjaciółkę: panią Lusię, która mieszka kilka pokoi dalej.
Energiczna i schludnie ubrana, nie wygląda na 85 lat. Poprawia nerwowo okulary,
nie może jeszcze przyjść: spodziewa się pielęgniarek, które mają zmienić
pampers współmieszkance. Chce pójść do toalety, tylko ktoś musi jej pomóc, a
pani Lusia jest już za słaba. No i ma jeszcze przyjść siostra współlokatorki,
dzisiaj środa, dochodzi trzecia. To jej stała pora.
Gdy pięć minut po trzeciej nikogo nie ma, obie już
wiedzą, że dzisiaj odwiedzin nie będzie. Bo siostra pojawia się zawsze w tym
samym czasie, w środy lub niedziele. Przecież nie chodzi o to, by w czymś
pomogła („czego może nam brakować przy takiej opiece”), ważne, żeby była:
choćby tylko parę kwadransów. Powiedziała, co słychać. Pojutrze piątek, może
pojawi się syn? Z myślą o nim pielęgniarki przykleiły już karteczki na drzwiach
szafy i nad łóżkiem: „2 razy Biovital”. Wspomagające leki są pełnopłatne,
mieszkańcy muszą je kupować za swoje. Czasami nie starcza, dlatego przypomina
się rodzinie, że czegoś brakuje.
*
– Najbardziej boję się, że mogłabym się położyć. Wtedy
trzeba się uzależnić, liczyć tylko na innych – pani Lusia nalewa soku
marchewkowego z butelki. Zbyt wiele łóżek widzi na oddziale, na których ciągle
się na coś czeka: na zmianę pościeli, na posiłki, na kogoś, kto będzie miał
chwilę, żeby się zatrzymać... Najlepiej umrzeć cichutko, kiedy się jest jeszcze
sprawnym, gdy nie trzeba leżeć i czekać. Odejść jak pani Józefa z końca
korytarza. Jej bezbolesna śmierć wzbudziła podziw i zazdrość: po prostu wyszła
do toalety i zasłabła, a pół godziny później lekarz stwierdził zgon. Nie
męczyła się, nie musiała czekać. Po 70 latach mieszkania u Helclów zostało po
niej jedynie nazwisko na drzwiach, przyklejone zielonymi, zdrapywalnymi
literami.
– W sierpniu minęło siedem lat, od kiedy się tu
sprowadziłam. I od początku mieszkałam z nią – pani Hania grzebie w szafce z
prostych płyt, którą pozwolono jej zatrzymać. Jest kilka minut po trzeciej i
chociaż Msza św. w kaplicy na parterze rozpoczyna się dopiero o czwartej, pani
Hania nerwowo szuka ubrań, jakby była już spóźniona. „Co ja mogę o niej
wiedzieć, niewiele rozmawiałyśmy: ona była przygłucha, a ja niewyraźnie mówię.
Do szarytek w Domu Ubogich przyszła jako młoda dziewczyna i była pomocą
fizyczną, a na emeryturze pozwolono jej tu dalej mieszkać. Na pogrzebie nie
byłam, nikt chyba nie był, bo resztki rodziny miała w Wielkopolsce”. Józefę
odprowadziło parę pielęgniarek i delegacja z pralni, gdzie pracowała
kilkadziesiąt lat.
„Moja Stóweczka” – powiedziała o niej pani Hania
pieszczotliwie kilka tygodni przed śmiercią. Pani Józefa stała odwrócona tyłem
i nie słyszała, jak koleżanka figlarnie mruży oko i wymyśla jej nowe imię. Za
trzy miesiące, na św. Józefa, miała skończyć sto lat. Żartowano, że trzeba
przygotować dla niej tron, a teraz o dniu setnych urodzin nikt nawet sobie nie
przypomni. Chodziła, papieża w telewizji lubiła oglądać, a potem miała taką
przyjemną śmierć.
– Odeszła tak leciutko, jakby nic się nie stało – pani
Hania też nie umie wyjść z podziwu, że można umrzeć tak prosto.
*
Prawie każdy, kto zachował świadomość miejsca, w
którym spędza ostatnie lata, zaczyna rozmowę trochę patetycznie. Nie będzie już
następnego mieszkania, innej ulicy czy nowych znajomych. To jest „boczny tor”,
albo „ostatni etap”. Liczy się dzień dzisiejszy i wieczność, na którą czekają w
trzypiętrowym budynku, gdzie zostawiła ich rodzina lub sami zdecydowali się
zamieszkać. Każdego dnia o tej samej porze, powolutku przechodzą do jadalni,
zajmują „własne” miejsca przed telewizorem albo przy stole w bibliotece, gdzie
trzy razy w tygodniu słuchają fragmentu jakiejś powieści. Lekarstwa – zawsze o
tej samej godzinie, o szesnastej Msza św. w kaplicy, odwiedziny, wiadomo, w
którym dniu... Życie nabiera niespotykanej gdzie indziej przewidywalności.
Piętro niżej żyją „roślinki”. Medycyna przedłużyła im życie,
lecz nie potrafi utrzymać świadomości istnienia. Leżą w wykrochmalonej
pościeli, sztywno napiętej na każdym łóżku, chronieni przed odleżynami, pod
opieką lekarza. Ciche pokoje przypominają szpital, w którym życie to karmienie,
mycie i badania. Jeszcze w połowie lat 80. w ciągu roku potrafiła się zmienić
nawet połowa oddziału. Brakowało leków. Wysoka śmiertelność spadła w następnym
dziesięcioleciu, gdy pojawiły się materace przeciw odleżynom, nowe lekarstwa, a
liczbę mieszkańców zmniejszono o trzysta osób.
– Dobrze jest u Helclów, bo długo się żyje –
uśmiechnięta pielęgniarka mówi do pani Haliny, która zdążyła posiwieć od
momentu, gdy dziesięć lat temu pojawiła się na oddziale: bez odruchu połykania,
od początku karmiona przez sondę wprowadzaną do żołądka. Żadna z „roślinek” nie
przeżyłaby długo we własnym domu: karetka nie dojechałaby na czas, może
zabrakłoby pieniędzy na leki albo kogoś cierpliwego, kto potrafiłby kilka lat
zajmować się sztucznym dokarmianiem i zakładaniem pampersów.
– Proszę rozdzielić moje nogi, bo się zrosną – Janina
przebywa w środkowej części drugiego piętra. Prawie bezkrwiste, delikatne nogi
z przykurczonymi palcami nigdy nie chodziły. Janina leży, od kiedy się
urodziła, przed wojną we Lwowie. Najpierw opiekowała się nią matka; dwadzieścia
lat temu razem z nią przeniosła się do Helclów. W pokoju jedna kobieta choruje
na padaczkę, druga nie mówi zbyt wiele. Janina przypatruje się więc białym
ścianom, potem zatrzymuje wzrok na oknie, częściowo przysłoniętym roletą.
Zastanawia się, jaka pogoda i czy wpuszczą dzisiaj odwiedzających, bo podobno
szaleje grypa i nikt nie może wejść. Nie żeby Janina się kogoś spodziewała. Ale
jeśli te ograniczenia nie są wymysłem, to już na pewno nikt nie przyjdzie.
– Zapomniałam alfabetu. Nawet podpisać się już nie
potrafię. W ogóle ta starość jest okropna – mówi z irytacją. Boli ją koło
serca, stara się ćwiczyć palce, które stają się coraz bardziej wiotkie i blade,
podobne do reszty ciała. Siwe, krótko obcięte włosy nie dodają powagi jej
starości, wygląda jak starsze dziecko. Janina szpera w szufladzie i znajduje
saszetkę z ziołami bonifraterskimi, które wsypuje do ust. Najbardziej
niesprawiedliwe są dolegliwości, ustawiczna niewygoda ciała i brak sił, by
sobie pomóc. Czasem wszystko musi się sprowadzić do otwarcia torebki z ziołami.
*
Na początku jest depresja. Z czasem przygnębienie
mija. Przyzwyczajają się do pokoju, znajdują przyjaciół. Uczą się reguł życia.
Ale to nie znaczy, że je akceptują i że są szczęśliwi. Tęsknią. Nie zawsze to,
za czym tęsknią, jest przytulnym domem z kochającą rodziną. Wśród przyjmowanych
był nawet mężczyzna z ogryzionymi przez szczury piętami. On tęsknił tak samo.
Do nory, którą nazywał domem, do znajomych i życia, jakie prowadził, nim
znalazł się na Helclów. Inni mieszkali w bardziej przyjaznych warunkach, ale
prawie zawsze byli skazani na siebie.
W domu odżywają i więdną jednocześnie. Regularnie
odżywiani, leczeni i doglądani – z każdym dniem uświadamiają sobie, że nic
wielkiego już ich nie spotka. Dni dzielą na posiłki, dzierganie na terapii,
czytanie książek. Ich życie się skończyło, bo nie ma szans na zmianę. Nikt nie
martwi się nadmiarem wolnego czasu, który pozostał. Jakby w rezerwie, oszczędzany
przez całe życie, gdy nie można go było przeznaczać „na byle co”. Nie ma znaczenia,
czy zrobią coś od razu, za tydzień czy rok. Mają czas. Coraz mniej zależy od
nich, stali się elementami molocha, który nazywa się domem opieki. Już im może
na niczym nie zależeć, już nie grają żadnej roli, rozstają się z tytułami i
znaczeniem, jakie posiadali. Niektórzy stają się złośliwi, zazdrośni,
uprzykrzają sobie życie.
W małżeństwie Marianny i Jana słychać przede wszystkim
narzekania. On wychodzi z pokoju i siada pod oknem, gdy nie potrafi któryś raz
z kolei słuchać tego samego: opowieści o oddziałowych, które zabrały im część
rzeczy; o twardym mięsie, jakie jedzą na obiad albo o „końcówce” dla syna na
emeryturze. „Końcówką” nazywa się na Helclów resztę pieniędzy, jaka zostaje po
odliczeniu kwoty na utrzymanie. Ona siedzi na łóżku, rozżalona, że nie ma z kim
podzielić się tym, co ją gnębi. W pierwszych miesiącach nawet nie mieszkali
razem, on był na męskim oddziale, ona wśród kobiet i zanosiło się, że tak
zostanie. Wrócili do siebie, gdy zwolniła się dwójka małżeńska.
Inni potrafią zdobyć się na szczerość przy zwykłej
pielęgnacji, którą codziennie przechodzą. Mówią niespodziewanie, że ich
małżeństwo to była pomyłka. Albo że dzieci przypomną sobie o nich dopiero przy
otwarciu testamentu. Zwierzą się, że przyznani sądownie opiekunowie pojawiają się
raz w miesiącu. Ale nie w ich pokoju, tylko w kasie, gdzie odbierają resztki z
ich emerytur. A więc za bezradnością i lękiem – kryje się coś jeszcze. Najczęściej
samotność, odrzucenie i odejście od rodziny traktowane jako lepsze wyjście.
– Nie mogę już patrzeć na tę starość – panią Antoninę,
która twierdzi, że umierać należałoby przed siedemdziesiątką, przygnębia widok
ludzi z balkonikami, pomarszczonych twarzy i zgarbionych pleców, które
przesuwają się w stronę jadalni. Wychodząc ze swojego domu, widziała różnych
ludzi: młodych, dzieci, starych nie było więcej ani mniej niż pozostałych.
Teraz widzi jedynie ich. Można nabrać przekonania, że żyją tylko tacy jak ona.
Z czasem taki widok obojętnieje – jak staruszki, modlące się żarliwie na
korytarzach ze zniszczonych modlitewników. Na pewno jednak chęć znalezienia
wiary w tym okresie życia jest silniejsza niż wcześniej, gdy niekoniecznie te
sprawy były najważniejsze.
*
– Wiara pozwoliła mi powiedzieć: nie dam się – pani
Danuta opowiada o tym, co pomogło jej zawęzić życie do kąta, gdzie stoi łóżko.
Na długo przed starością trzeba się dowiedzieć, co
jest w życiu ważne, a z czego można zrezygnować bez żalu. Można zlikwidować
rodzinne mieszkanie (jak ona to zrobiła przy pomocy rodziny), oddać obrazy
Grottgera i Malczewskiego do muzeów, a bibeloty przyjaciołom. Wystarczą drobiazgi,
które przypominają o tym, co przeżyte, a czego się nie żałuje. Reszta, ta
rozdana, była na tyle cenna, że posiadanie jej nie było bezpieczne dla ludzi w
jej wieku. Dlatego po kolejnej próbie napadu na jej urządzone ładnymi rzeczami
mieszkanie, stwierdziła, że lepiej się z nimi pożegnać.
Dziś pani Danuta uważa, że można się otaczać ładnymi
przedmiotami, ale nie wolno się do nich przywiązywać. Na ścianie jej kąta wisi
obraz Leona Ostrowskiego, brata babki – w rodzinie od 150 lat. Zachowała
zdjęcia rodzinne, bo one przypominają czasy warszawskiego gimnazjum na Wiejskiej,
studiów romanistycznych, życia w Szwajcarii, gdzie pojechała za mężem jedna z
sióstr. Wystarczy. Trudniejsze są rozstania z ludźmi, wtedy trzeba w coś wierzyć,
gdy żegna się tych, których się kocha. A jeśli ona to już przeszła, to do czego
można się jeszcze w ogóle przywiązywać?
– Są wzruszenia, które pamięta się całe życie. Może
przeżyłam pewne rzeczy właśnie po to, by móc je teraz wspominać – pani Danuta
układa starannie igły i kolorowe nici w przyborniku do szycia i stara się
odtworzyć podziw, jaki poczuła, gdy zobaczyła pierwszy raz Monę Lisę. To był
początek lat 20. i Danuta była pierwszy raz w Paryżu.
Kiedy zjawiła się tam następnym razem, na rocznym
stypendium, śpiewała już Edith Piaf, a ona podziwiała katedrę w Chartres.
Nieważne, że na koniec życia znalazła się w tym pokoju, z ludźmi, z którymi
niewiele ją łączy.
– Przecież nie zaczynam życia, ale je kończę. Zaakceptowałam
to miejsce, bo nie miałam wyboru. Teraz chodzi tylko o to, żeby przejść z
fasonem ten ostatni etap. Nikt z nas już prochu nie wymyśli – pani Danuta
przypomina sobie jakieś zapomniane miejsca na Bliskim Wschodzie, które oglądała
trzydzieści lat temu. Albo zaćmienie Słońca, które pojechała zobaczyć do Sejn,
jeszcze z ojcem. Ale pamięta też Fordon, koło Bydgoszczy, gdzie siedziała trzy
lata po wojnie, bo pomogła dwójce znajomych wyjechać z Polski.
– Tam powiedziałam sobie pierwszy raz, że się nie dam –
Danuta ogląda kartkę z piramidami w Luksorze, którą wysłała znajoma. – A
przecież bojowa z natury nie jestem. Za chwilę, pomimo swych 90 lat, na
klęczkach szuka kabla od termoforu. Chce go położyć na brzuchu pani Anny z sąsiedniego
łóżka, która jęczy z bólu i woła, że chce umierać, ma dość takiego życia i tej
starości.
– To nie starość, tylko za dużo czekolady. Musisz
zacisnąć ząbki i poczekać, aż zadziała tabletka – pani Danuta zna dobrze swoje
sąsiadki.
– Taka publiczność – stwierdza, gdy trzeba zawołać
siostrę oddziałową, bo podane środki przeciwbólowe nie skutkują. – Wszyscy
pamiętamy młodość i trudno ją zamienić na to, jacy jesteśmy teraz.
|