KONTRAPUNKT

Dziennik 1984–1989

„Jak powoli umieram”

SÁNDOR MÁRAI

 

27 stycznia 1984

W południe upał, wieczorem wichura, arktyczny ziąb. Jakby wszystko stanęło na głowie. Zabawa w liczby: miałem 48 lat, kiedy opuściliśmy Węgry. Teraz liczba odwróciła się: z 48 zrobiło się 84. Jesteśmy rówieśnikami czasu, w którym żyjemy.

 

13 marca

O szóstej po południu, bez uprzednich oznak, nagle, jakby gęsta granatowa kurtyna opadła przed moim lewym okiem. Prawe wciąż jeszcze funkcjonuje. Na lewe oko nie widzę zupełnie nic.

 

18 marca

Dzisiaj jest czterdziesta rocznica pewnej kolacji w mieszkaniu przy ulicy Mikó. Jeszcze wszystko jest na swoim miejscu, dwie służące, duże mieszkanie. Nakrycie stołu z lat przedwojennych, srebra, porcelana, wszystko jak należy. Wokół stołu zgromadzona rodzina, spośród uczestników tamtej kolacji wydanej w dzień imienin Aleksandra (Sándora) odeszła już moja mama, ciocia Julie, szwagier Gyuszi, szwagierka Tuci, Alice Madach. Jeszcze żyje moje rodzeństwo. Ja i L. również, ale już nie tak bardzo. Wtedy, nocą, oddziały niemieckich nazistów okupowały Budapeszt. Wszystko rozpadło się na dwie części, życie, praca, Węgry, dawny ład i chaos. Całkowite załamanie. Miałem 44 lata, po przejściu ciężkiej choroby. W dwa tygodnie później przeprowadzka do Leanyfalu, na emigrację, z psem i jedną służącą. Rozpoczyna się bombardowanie Budapesztu, w ostatnim dniu oblężenia na nasz dom spadło 36 pocisków, z dział i samolotów, wszystko zostało zniszczone. Tam pozostała połowa mojego życia. Rozpoczął się długi marsz, wędrowanie poprzez kontynenty. Dzisiaj jest czterdziesta rocznica zniszczenia tego człowieka, którym byłem do tamtej pory. I formę otrzymał ten drugi, którym jestem dzisiaj. I który się rozpada.

 

22 lipca

Gość, który odwiedził Budapeszt, nie może się dość nachwalić: o ileż lepsze jest życie w komunizmie Kadara niż Rakosiego. Jeżeli łoże Prokrustowe wyłożyć materacem z końskiego włosia, leżenie na nim będzie wygodniejsze niż bez materaca. Ale samo łóżko nadal pozostanie wynalazkiem Prokrusta.

 

31 października

Nie jestem zdrowy, zżera mnie w środku jakaś franca, może to rak, jak u mojego ojca, a może po prostu starość, która wysysa ze mnie żywotne soki... Umieranie zaczyna się wtedy, kiedy człowiek już nie uważa swojej śmierci za coś niemożliwego. Ja do tej pory, w ciągu 84 lat życia, nigdy nie uważałem tego za możliwe i miałem rację.

 

2 listopada

Zmarli. Już nie mieszczą się w mojej pamięci, jest ich tak wielu. Nie tylko w świecie żyjących jest przeludnienie. Na tamtym świecie także są tłumy.

 

13 listopada

Co to jest energia? Możliwe, że jest to „Słowo”, które – w tym sensie, w jakim pisze o nim Księga Rodzaju – „było na początku”?

 

31 grudnia

Po obiedzie L. nieoczekiwanie, bez wcześniejszych sygnałów, z objawami omdlenia poczuła się źle. Takie zasłabnięcia, podobne do ataku, w minionym dziesięcioleciu przydarzały się jej wielokrotnie. Nie jest to atak serca, żadnych bólów, ale utrata przytomności, rzec można, zanik tętna. Podaję jej synpathol, udaje mi się przenieść ją do sypialni, zasypia. Pod wieczór jest lepiej. Oboje jesteśmy dojrzali do odejścia. Zdolność widzenia L. nie poprawia się, raczej pogarsza, lekarz proponuje nową operację oczu, ale L. boi się narkozy, ja także się boję, nie śmiem namawiać jej do jeszcze jednej operacji ani też odwodzić, pozostawiam to jej decyzji. Śmierć we dwoje, jednoczesna, byłaby największym prezentem dla nas obojga. W tym roku spośród naszych znajomych odeszli już nawet maruderzy. Nie ma we mnie żadnego sprzeciwu wobec odejścia, niepokoi mnie jedynie tryb umierania. Trzeba zdać się na los. Przeżyliśmy całe życie.

 

11 stycznia 1985

Nigdy nie otwieram wydanych niegdyś książek, ale teraz czegoś tam szukałem w „Dzienniku 1943-44” i nieoczekiwanie przeczytałem następujące zdania: „Przeżyłem czterdzieści trzy lata. A co, jeśli przeżyję drugie tyle? I będę miał osiemdziesiąt sześć? Czy będę wiedział więcej? Czy będę szczęśliwszy? Czy z większym przekonaniem będę myślał o Bogu, o ludziach, o naturze i nadprzyrodzonym? Nie sądzę: doświadczenie wymaga czasu, ale czas, poza pewnym poznaniem, nie pogłębia doświadczenia. Po prostu będę starszy, nic więcej, nic mniej”. Te zdania głucho pobrzmiewają od roku 1945, kiedy wydrukowano tę książkę, po rok 1985, kiedy ją teraz czytam. Pytanie stało się rzeczywistością, przeżyłem, bez jednego roku, 86 lat. I nie wiem więcej. Raczej tylko korzystam z tego, co wiedziałem już przed czterdziestym trzecim rokiem życia, a i tak po drodze gubiłem to, zapominałem.

 

12 stycznia

Dzisiaj, jak przed dwoma tygodniami, L. upadła z oznakami zemdlenia. Udało mi się zanieść ją do łóżka, po paru godzinach snu czuje się lepiej.

Nie mamy już przyszłości, życie jest kompletne, niczego już nie oczekuję prócz spokojnego odejścia. Codziennością są objawy duchowego i cielesnego zużycia. Czasami jest tak, jakbym wspominał samego siebie.

 

9 marca

L. na ślepo obcina sobie paznokcie u palców rąk i niepewną ręką kaleczy się pod paznokciem. Trzeciego dnia palec nie przestaje krwawić, jedziemy do szpitala, gdzie robią drain, odprowadzają ropę, dają antybiotyki. W domu znowu mdleje, gwałtowny spadek ciśnienia powoduje omdlenia. Ani lekarstwa, ani pomocy, jakoś tam na czworakach zawlokłem ją do łóżka. Po paru godzinach leżenia będzie lepiej. Rozmawialiśmy o tym, co należy zrobić, gdy jedno lub drugie umrze. Ewentualne czynności – pierwsza pomoc, itd. – niewiele tego. Trzeba wytrzymać, coś takiego w końcu jakoś załatwi się samo przez się.

 

11 kwietnia

L. przed południem traci przytomność. Jesteśmy sami, ciężko jest położyć ją do łóżka. To już trzeci taki atak w ostatnich czterech tygodniach.

 

*

Wolność jest przedsięwzięciem prywatnym. Nie ma wolności instytucjonalnej. Każdego dnia każdy jest sam, i tylko w miarę własnych sił może być – tak czy inaczej – wolny. I zawsze na czas krótki.

 

*

Lektura: listy Marka Twaina. I Ajschylos: „Persowie”. Pośród urodzinowych życzeń niespodzianka: prezydent Reagan z małżonką życzą mi wszystkiego najlepszego na moje 85. urodziny.

 

28 kwietnia

Od trzech tygodni dniem i nocą pielęgnowanie chorej. W izbie chorych, jak w więzieniu, czas nie istnieje. Dnie i noce, godziny i minuty rozpływają się. Choroba to uniwersum, jak czas.

 

5 maja

Od czterech tygodni jedna nurse odchodzi, druga przychodzi, jedna myje, zmienia pościel, pomaga chodzić i kłaść się do łóżka, druga sprząta, trzecia daje lekcje fizykoterapii, czwarta mierzy ciśnienie, bada tętno... L. żyje bezwładnie. Tymczasem wszystko jakby było sparaliżowane, dni i noce. W nocy, kiedy L. już śpi, lektura: Sofokles, czasami węgierskie wiersze. Zmęczenie, jakby mnie nagle pobito.

 

*

Tylko zapisywać te notatki, jak niewolnik, który ryje na murze znaki.

 

16 czerwca

Trzeci miesiąc dniem i nocą pielęgnowanie chorej. Ramię L. poprawia się, stan ciała i ducha niezmiennie podupada. Opiekę, gospodarstwo domowe, wszystkie te przymusowe roboty staram się równoważyć planową redukcją aktywności, obliczam bezwzględną konieczność zajęć, ruchów. Po północy lektura, do drugiej, kiedy L. już śpi. Sofokles, dwa dramaty o Edypie. Węgierskie czasopisma, krajowe. Chodzenie w miejscu, dla trawienia, beznadzieja. Czasami kilka linijek wiersza. Poza tym wypalenie się doszczętne.

 

6 lipca

Minęły trzy miesiące i L. dzisiaj po raz pierwszy wyszła na ulicę. Trzymiesięczna pielęgnacja, dniem i nocą, okazała się skuteczna, chodzenie nie sprawiało jej trudności. Zdolność widzenia nie poprawiła się, jest prawie ślepa. Ja sam chodzę zataczając się, widzenie tym okiem, w którym jest jaskra, słabnie, drugie też jest bezsilne. Tak żyjemy, ślepy prowadzi niewidomego. Nastaje czas likwidacji, kiedy człowiek bez poczucia straty pozostawia wszystko.

 

*

Nie jest wielką porażką w życiu człowieka, kiedy u kresu odkrywa, że błądził. Bardziej przygnębiające jest to, że nie ma sposobu, by robić coś innego niż błądzić.

 

4 sierpnia

Pojutrze będzie czterdzieści lat, jak po południu w Tahi, w gospodzie, gdzie wypijałem karafkę wina na podwieczorek, stary wieśniak cierpiący na ból zęba mamrocząc powiedział, że Amerykanie „zrzucili jakąś bombę i Japonia jest kaput”. Goście – chłopi, rosyjscy żołnierze – obojętnie wysłuchali wiadomości. Teraz, po upływie czterdziestu lat, tutaj, w San Diego i wszędzie na świecie, liczne grupy ludzi na ulicach przypominają o Hiroszimie. Jeszcze dokładnie nie wiadomo, co wtedy zaczęło się na świecie? Wszelako dokładnie wiadomo, co się tamtego dnia skończyło: względne bezpieczeństwo człowieka na Ziemi.

 

21 września

Ale to wszystko się nie liczy, bo wszystko jest beznadziejne. Bogowie czasami zagrzmią, zadrży ziemia, występują wody, uderza piorun, lecz to są tylko okolicznościowe intermezza. To, co jest stałe, to ludzka podłość, chciwość, próżność, przewrotność, okrucieństwo. Zmęczyłem się, nie ma już we mnie żadnego sprzeciwu wobec śmierci. Nie ma we mnie żadnych pragnień i nie ma już we mnie protestu.

 

17 października

L. u internisty. Ciśnienie krwi, praca serca, żywotne organy – w porządku. Nie widzi i słyszy jedynie przy pomocy elektrycznego kolczyka. Nie może zrobić kroku beze mnie, prowadzę ją, trzymając pod ramię, sam też potrzebuję laski, chodzę zataczając się. Podczas badania lekarz mówi ze smutkiem: „Starość”. Możliwe, lecz zarazem są takie pory dnia, kiedy jej duch jest żywy, wszystko pamięta, recytuje długie wiersze, mówi mądrze i z pasją o ludziach i zdarzeniach. Jedzenia nie widzi, niekiedy nie umie rozróżnić właściwości potraw. W dzień i w nocy jakby przestawał działać zmysł orientacji. I jest taka piękna, w 87 roku życia – jak w młodych latach – inaczej, ale „piękna”. Nie wiem, na jak długo starczy mi sił, ale chciałbym być z nią do ostatniej chwili, pomagać jej, pielęgnować ją. Wszystko trzeba koło niej robić – karmienie, higiena osobista, trawienie, sama jest bezradna. Tak żyjemy od kwietnia, od jej upadku. Lekarz powiada, że taki stan może potrwać dość długo, będzie gorzej, nic się nie polepszy. (Nie jest pewne, czy gdyby odzyskała zdolność widzenia, ustąpiłby lęk, niepokój.)

 

*

Nie piszę, nie czytam, ale czasem śni mi się, że coś piszę. Linijki tak biegną we śnie, jak wyświetlany tekst. Wersy są sensowne, poprawny dobór słów, sformułowania żywe. Wszystko to nie „ja” piszę, to dzieje się we mnie. Droga powrotna od życia do śmierci jest ciemna, idę, potykając się, z nicości w nicość, i po drodze niekiedy zaświecą się jakieś słowa, pojęcia, jak robaczki świętojańskie w ciemnym lesie.

 

10 listopada

Ze szpitala, w którym zbadano L. ponownie, odesłano ją po trzech dniach do sąsiedniego convalescent hospital – proszę lekarza, by odesłał ją do domu, gdzie, pod stałym nadzorem pielęgniarki, mogłaby być cały czas ze mną. Lekarz powiada, że to niemożliwe, konieczna jest – dniem i nocą – pomoc lekarska i pielęgniarska. Convalescent hospital, dokąd przewożą ją karetką pogotowia, jest to parterowy budynek, mniej więcej siedemdziesiąt pokoi, przeważnie dwuosobowych. W takim pokoju umieszczają L., lekarz zapisuje jej środki uśmierzające, wzmacniające serce oraz na zawroty głowy i omdlenia, z rzadka łagodne środki usypiające. Szpital ów, czy raczej szpital pomocniczy, jest jednym z wielu podobnych mu zakładów w mieście i okolicy, dokąd trafiają, nieomal bez wyjątku, ludzie starzy, którymi już nie można opiekować się w domu. Przy przyjęciu muszę wylegitymować się numerem konta bankowego, na dowód, że jestem w stanie do pewnego czasu pokrywać koszty opieki (60 dolarów dziennie, i co tam jeszcze dojdzie). Medicare, ubezpieczenie od starości, nie partycypuje w pokrywaniu kosztów. Jeśli nie będzie zmiany, przez jakieś półtora roku zdołam pokrywać koszty.

Przyjmują L. Nie ma pełnej świadomości, ale też nie jest zupełnie nieświadoma. Wstać, wyjść z łóżka, nie jest w stanie, trzeba ją karmić, do wszystkich innych potrzeb – wydalanie, utrzymywanie czystości – niezbędny jest pielęgniarz. Wie, kiedy do niej mówię. Czasami nawet daje mi odpowiedzi, koherentne i świadome, potem znowu jest półświadoma, niekiedy mówi: „Niemożliwa sytuacja”. Gdyby na tyle się wzmocniła, że można by zabrać ją do domu, uczyniłbym wszystko, abyśmy byli razem do ostatniej chwili. Ale w obecnym stanie jest to niemożliwe, a też prawdopodobne, że w domu nie poradziłbym sobie z opieką, na pół ślepy, wyczerpany, bo robię to od dwóch miesięcy, dniem i nocą, chodzę już tylko opierając się o laskę, podnosić, wysadzać itd., nie dałbym rady. Skoro już to nastąpiło, nie chodzi o nic innego, jak tylko o to, aby nabrała sił albo zasnęła. Jesteśmy rowieśnikami, przeżyliśmy całe życie (86), jeśli los się zlituje, oboje odejdziemy jednocześnie, byłby to wielki dar.

 

*

Gdy dzisiaj żegnałem się z nią, na pół świadoma (już nie widzi) powiedziała: „Uważaj, żebyś nie wpadł w złe towarzystwo”.

 

11 listopada

Na szpitalnych korytarzach, potem przez otwarte drzwi, w pokojach można zobaczyć życie pozagrobowe. O takich zaświatach Achilles opowiadał Odyseuszowi. Starzy ludzie w fotelach na kółkach, przytwierdzeni w pasie, bezwładnie opadają do przodu, zwisają im języki. Prawdziwym sprawdzianem życia nie jest śmierć, lecz umieranie. Wszelako w chorobie i w śmierci jest coś obscenicznego. Dla cielesności ta druga strona to naraz wszeteczność i ohyda.

 

12 listopada

W nocy spróbowałem czytać („Etyka” Spinozy, po angielsku), ale nieuważnie, przestałem. Potem wiersze, poeci krajowi, nowe nazwiska. Nie słyszę muzyki w tych wierszach, i to odłożyłem. Wielkie zmęczenie, katorżniczy wysiłek ostatnich miesięcy, także i teraz, kiedy L. nie jest ze mną, nie ustępuje. Jeżdżę do szpitala, wracam taksówką, ale tych parę kroków, zataczając się, też muszę zrobić. Mam jednak nadzieję, że wytrzymam, dopóki jestem jej potrzebny. Jest bardzo piękna, piękno przemijania bywa niekiedy bardziej przekonujące niż młodość, triumfalne piękno pełnej kobiecości.

 

19 listopada

W szpitalu. Przyjechałem o drugiej po południu. Pokój wysprzątany, zmieniona pościel, siedzi wyprostowana w fotelu na kółkach, wymyto ją, uczesano. Nie widzi i nie słyszy. Nic ją nie boli i twarz ma taką obojętną, jakby nic nie czuła. Ściskam jej rękę, nie oddaje uścisku. Na moje pytanie, czy spała w nocy, odpowiada krótko: tak. Nic innego nie mówi. Jakby nie wiedziała, kim jestem, gdzie jestem ja i gdzie jest ona. Nie wiem, jak długo można to znosić. Jak długo wytrzyma ona. I jak długo wytrzymam ja. Gdybym nie wierzył (albo się nie łudził), że jeszcze jestem jej potrzebny, skończyłbym ze sobą. Ale nie mam prawa uciekać.

 

*

Nie można było inaczej, trzeba było oddać ją do szpitala. Do ostatniej chwili targowałem się, zwlekałem, ale dłużej już się nie dało, tylko my dwoje w domu, ja półślepy, zataczający się, po półrocznym pielęgnowaniu jej w dzień i w nocy, w każdej chwili mogę się przewrócić, a wtedy znikąd pomocy. Nie można było inaczej, ale to okropne, że nie jest ze mną, że nie jestem z nią w dzień i w nocy, ona nie widzi, a ja nie mogę widzieć za nią. Nie umiem sobie z tym poradzić.

 

21 listopada

Po południu do czwartej wysadzają pacjentów, którzy teraz siedzą na korytarzu w wózkach, i ci, co jeszcze potrafią, własnoręcznie uruchamiają koła, poruszają się korytarzem tam i z powrotem. L. zastaję w pokoju, siedzi w fotelu, ze zwieszoną głową, przywiązana do oparcia. Niekiedy zajęczy, ale zapytana, odpowiada, że nic ją nie boli. Dwa razy wymawia: „Mama, mama”. Próbuję jej wytłumaczyć, że teraz ja jestem „mamą”. Nie odpowiada, może zrozumiała. Gdy do niej mówię, odpowiada „tak” lub „nie”, nic więcej. Wszystko to jest takie straszne, okropne, że czasami myślę: nie wytrzymam. Żadna to pociecha, że „nie cierpi”. Cierpi w inny sposób, gdzieś w ciemnej świadomości. Piękna kobieta, jej piękność wyszlachetniała w starości, także w ciele jest cudownie nienaruszona. Ale wypalił się w niej żar. Siedzę przy niej całą godzinę, trzymam za rękę, nie oddaje uścisku, o czwartej dwie nurses z powrotem kładą ją do łóżka. Czas – w dzień, w nocy, po południu, rano – już dla niej nie istnieje. Jest we mnie jakieś bezrozumne i niezrozumiałe błaganie, aby kosmiczny promień przywrócił równowagę jej świadomości, wtenczas ciało otrzyma energię, może jeszcze powróci do domu i razem umrzemy. Jestem bardzo nieszczęśliwy. Argument – że to już pora, że przeżyliśmy długie życie – nie pomaga. Była cudowną istotą, kobietą zupełną, były w niej wszystkie ludzkie, kobiece dary, była Sensem mojego życia, jest nim i teraz. Gdy odejdzie, już nic nie będzie miało sensu.

 

23 listopada

Dzisiaj jest spokojniejsza. Kiedy nachylam się nad nią, mówi: „Masz taką zimną twarz”. Potem zasypia. Trzymam ją za rękę z półtorej godziny, wyczuwam puls. Jednostajny, bardzo słaby. Nie wie, kiedy odchodzę.

 

25 listopada

Pewien czytelnik przysłał mi moje dawne opowiadanie pt. „Klucz”, opublikowane w budapeszteńskim tygodniku. Napisałem je w 1943 roku i wtedy zostało wydrukowane, zapomniałem o nim. Czytam je i czuję ból wprost nie do zniesienia: przez sześćdziesiąt dwa lata jej pierwszej czytałem każdy taki tekst. Teraz nie ma już komu czytać. Wyrażanie się w piśmie nie ma już dla mnie żadnej siły przyciągania. Gdy odejdzie, pójść za nią, bez hałasu, nie wzbudzając sensacji.

 

26 listopada

W szpitalu. Nieruchoma, jakby spała. Nagle mówi: „Nie rozumiem, dlaczego trzeba przespać poniedziałek”. Potem pokwękuje. Nie wie dokładnie, gdzie jest i co się z nią dzieje. Wracam od niej w ulewnym deszczu. Bezcelowość, beznadzieja we wszystkim, nigdzie drogowskazu, wszystko jest ciemne. Brodzę w ciemności i w deszczu. Może błędem było czekać, może powinniśmy odejść zawczasu, oboje, jednocześnie.

 

27 listopada

Thanksgiving day. Wielkie dzięki, że spotkałem ją i przeżyliśmy razem całe nasze życie. Wielkie dzięki. I ponad tym wszystkim ból nie do wysłowienia.

 

30 listopada

W szpitalu. Przez półtorej godziny siedzę przy jej łóżku, ściskam rękę, milczy. Nagle mówi: „Jak ja długo umieram”. Potem znowu milczy aż do mojego odejścia. Pielęgniarka mówi, że trudno jest ją karmić, jednak jako tako się udaje. W nocy „była spokojna”. Halcjon, środek usypiający, podają tylko wtedy, gdy jest niespokojna. Ta wiadomość trochę mnie uspokaja, boję się halcjonu. Nie ma bólów, ale nie sposób wiedzieć, na ile jest nieświadoma, czy nie ma lęków. Sądząc z wyrazu jej twarzy zachowania, w jej świadomości nie ma zmagania, ni lęku. Ale co jest tam głębiej, niepodobna wiedzieć. Dopóki widzę to „powolne umieranie” (które może trwać długo), nie mogę nie myśleć o tym, co zrobię, gdy umrze? Nie chcę już więcej pisać, nie mam żadnego celu w życiu, podróż, ponowne zobaczenie się, nie, niczego. Wszystko uporządkować i odejść, ale na ile to jest szczere? To, co jest szczere, to lęk przed „powolnym umieraniem”. Na korytarzu, w wózkach starzy ludzie, mężczyźni i kobiety, którzy już nie żyją, jedynie egzystują. Uciec przed tym, tak, ona, i ja też.

 

9 grudnia

W drodze do szpitala, idę zataczając się, jestem bardziej wyczerpany i niepewny niż zazwyczaj, kiedy nagle zrywa się wichura, potężny podmuch wiatru znad oceanu wymiata ulicę do końca i omal mnie przewraca, obiema rękami muszę się uczepić żelaznego słupa latarni. Akurat przechodzi tamtędy jakiś robotnik, obejmuje mnie, żebym się nie przewrócił, podpiera na chodniku. I w banalności tej spontanicznej ludzkiej pomocy jest też coś szczególnie przyjemnego, przecież teraz już wszystko, wszyscy mnie porzucili. W szpitalu przez godzinę trzymamy się, milcząc, za ręce. Ale czasem, czubkiem palca, gładzi mnie po dłoni. Tak daje mi znak, że wie, iż jestem tutaj, jeszcze jestem dla niej.

 

*

Nie wiedziałem dotychczas, że do tego stopnia stanowimy jedność, pełną cielesną i duchową wspólnotę. Przeżyliśmy razem sześćdziesiąt dwa lata, była miłość, gniew, wszystko, co nieuchronnie wynika ze wspólnego życia, lecz tego, że tak bardzo zrosłem się z nią, do tej pory nie wiedziałem.

 

11 grudnia

W szpitalu. Siódma wieczór. Leży cicho, jakby spała. Dzisiaj udało się nakarmić ją łyżką, w stu procentach skonsumowała baby food. Nie dociera do niej, że jestem tam, nie odzywa się jednym słowem, czasami – kobiecym gestem – poprawia sobie włosy. Jej twarz jest spokojna, poważna, nie zagniewana, nawet nie cierpiąca, niczym twarze w dawnych rzeźbach, w których nie ma już życia. Dzisiaj nie ścisnęła mi ręki bodaj jeden raz. Małżeństwo jest czymś tajemniczym, już nie odczuwam jej jak kobiety, ale jak część własnego ciała, jak moją rękę albo nogę, nic nie jest oddzielne. Jakby mi odcięto rękę albo nogę, i teraz żyję dalej w narkozie.

 

12 grudnia

W szpitalu. Czwarta po południu. Zrzuca z siebie koszulę, leży nago, jęczy. Wszystko to budzi grozę. Bezradność. Nie odzywa się do mnie, nie widzi, nie słyszy. Pielęgniarka mówi, że w południe udało się ją nakarmić. Nie wiem, co mam zrobić.

 

18 grudnia

Dwa dni temu pojawił się na jej szyi guz wielkości piąstki niemowlęcia. Przewieziono ją do pobliskiego dużego szpitala, chirurg wyciął z guza tkankę, wynik badania: carcinoma. Zdaniem internisty, na tego rodzaju raka nie pomoże żaden z trzech możliwych sposobów leczenia: operacja, napromieniowanie, chemioterapia. Gdy taki guz rośnie do wewnątrz, trzeba zastosować sztuczne odżywianie. Pyta, czy się zgadzam?

 

22 grudnia

U lekarza, którego poprosiłem o second opinion. Znam go od dawna, Amerykanin, wydaje mi się, że uczciwy. Mówi, że L. może jeszcze żyć kilka miesięcy. Karmić trzeba przez rurkę, którą wprowadzą przez nos, ale „to nie jest bolesne”. Chemioterapia nie leczy, jedynie spowalnia rozwój, rozrastanie się rakowego guza. Jest przyjazny, chciałby pomóc i wyznaje, że nie potrafi.

 

24 grudnia

Wieczór wigilijny w szpitalu. W ciągu sześćdziesięciu dwóch lat jest to pierwsze Boże Narodzenie, którego nie spędzamy razem. Kiedy przybyłem, w pokoju już było ciemno, chore przygotowane na noc. Nie widzi, nie poznaje, trzymam ją za rękę, przez godzinę siedzę przy jej łóżku. Nigdy nie wierzyłem, że przeżyję ten wieczór. Rzeczywistość jest zobojętnieniem. Nie umiem protestować, nie ma gniewu, nie ma wzajemnego oskarżania się. Całkowity bezsens i niemiłosierność. Nie ma „słów” ni uczuć, ni wzruszeń. Jak wtedy, gdy wypala się wszystko, co w ciągu długiego życia migotało albo płonęło. Przychodzimy z nicości i znikamy w nicości, wszystko inne jest dziecinnym fantazjowaniem. To, co pomiędzy, niekiedy było cudowne, lecz zawsze niezrozumiałe i bezcelowe. Wszystko to „wiedziałem od zawsze”, ale tego wieczora, w szpitalu w San Diego, wreszcie się z tym pogodziłem. Gdyby była w domu, skończylibyśmy z sobą oboje. A tak się nie godzi. Choć możliwe, że to tylko tchórzostwo.

 

29 grudnia

W południe i wieczorem w szpitalu. Rzęzi, niekiedy trzęsie się, nieprzytomna. Nie widzi, nie słyszy, drętwy wyraz twarzy, nie zdradza bólu.

Pielęgniarka mówi, że nie sądzi, aby miała świadomość. Wieczorem nurse entuzjazmując się, informuje, że udało się jej podać pożywienie łyżką, „80 procent” połknęła. Guz w gardle bez zmian. Jutro zaczyna się chemioterapia, co tydzień jeden zastrzyk. Nie spodziewam się po tym sposobie leczenia niczego innego, jak tylko tego, że guz zmniejszy się i uda się uniknąć sztucznego odżywiania przez rurkę. O odżywianiu dożylnym lekarz mówi, że nie przedłuża istnienia, a może wywołać bóle w żołądku, ponieważ pusty żołądek po jakimś czasie zaczyna zżerać sam siebie.

 

31 grudnia

Noc sylwestrowa. Nie jadła od dwóch dni, dostaje tylko płyn. Rzęzi. Ma drgawki, rzuca się. Otrzymuje środki usypiające, lecz ma cierpiący wyraz twarzy. W półzaciemnionym pokoju jej sąsiadka, zgrzybiała staruszka, śpi spokojnie. Na korytarzu, w fotelach na kółkach wyjeżdżają na spacer bardzo starzy ludzie, ten i ów raz po raz zerka, czy współtowarzysz spod celi jeszcze żyje. Jest to piekło bólu i udręki, jakiego nie umiałem sobie wyobrazić.

 

4 stycznia 1986

L. umarła

 

14 stycznia

L. skremowano.

 

4 lutego

Dzisiaj mijają cztery tygodnie jak umarła, w sobotę o godzinie pierwszej minut czterdzieści. Lecz chwili śmierci nie można znać dokładnie. Przez ostatnie dwie godziny oddychała spokojnie, równomiernie. Jedną jej rękę trzymałem ja, drugą pielęgniarka, która mierzyła jej ciśnienie krwi. Potem skinęła głową, że ciśnieniomierz już nic nie wskazuje. Lecz jeszcze oddychała. Dosłownie „wyzionęła ducha”. Jeszcze przez pół godziny siedziałem przy niej, przyglądałem się jej twarzy. Nie była „poważna” ani nie „wypiękniała”, była inna. Jakby wszystko to, co kosmetyka życia nakłada na ludzką twarz – gniew, ból, pogoda, smutek – zniknęło z twarzy. Ta powaga, szlachetność, która zawsze coś zasłania w twarzy żywego człowieka.

 

8 lutego

Pogrzeb. Po śmierci pozostała jeszcze przez tydzień w kostnicy. Owinięto ją w czarną aksamitną chustę, długą aż do kostek, którą włożyła tylko jeden raz, w Budapeszcie, z okazji premiery mojej „Przygody”. János i Harriet przyjechali po mnie przed południem, udaliśmy się do miejscowości nazwanej Mission

Beach, to tutaj odbywa się wrzucanie prochów do oceanu. Zgodnie z jej życzeniem nie ma obrzędu kościelnego ani zaproszonych współżałobników. Jesteśmy we czworo na małym statku, urzędnik i my troje. Pochmurna pogoda, ocean spokojny. Statek odpływa na stosowną odległość, jakieś cztery–pięć mil od brzegu. János w tym czasie rozmawia z urzędnikiem, który zarazem jest sternikiem. Siedzę w kabinie w towarzystwie Harriet. Na stoliku zaklejona i opieczętowana paczka wielkości pudełka na kapelusze, są w niej prochy L. Przekazałem Jánosowi czek, widzę, że wręcza go urzędnikowi, który uprzejmie skinął głową. Człowiek ten jest współczesnym Charonem, który przeprawia zmarłych przez rzekę Styks, tutaj przez zatokę, aby się stawili w królestwie Hadesu. Scyzorykiem rozcina paczkę, wyjmuje plastikowy woreczek, którego zawartość stanowią nie więcej niż dwie-trzy garście popiołu, wysypuje popiół do oceanu. Słyszę, jak w trakcie tego mruczy: „Ilonamarai”. Nikt z nas się nie poruszył. Gdy dobijamy do brzegu, Charon żegna się uprzejmie, jak kupiec, który zwraca się do klienta słowami: „Thank you, call again”.

 

9 lutego

Spokojne dni. Doświadczam na sobie tego rodzaju „wyzwolenia”, jaki odczuwają ci, którzy owdowieli: lecz nie tak, jak ktoś, kto czuje, iż wyzwolił się z uczuciowych i sytuacyjnych więzów, inaczej: czasami, w minionych latach, nie do udźwignięcia było poczucie odpowiedzialności, czy zrobiłem wszystko, co należało zrobić, aby wyleczyć jej oczy, słuch, następnie, aby ją wzmocnić, tak, by nie miała zawrotów głowy, nie mdlała na ulicy, w domu... Teraz to „wyzwolenie”, bo już nie jestem odpowiedzialny za jej zdrowie, za nią, nie muszę łamać sobie głowy, co też mógłbym jeszcze dla niej uczynić? List pożegnalny od lekarza, kiedy ją już pochowano: miała raka, „byliśmy bezradni”. Te chwile, kiedy wybucha niedorzeczny gniew i złość, gniewam się na Boga, jeżeli jest, że był tak niemiłosierny i pozwolił, aby cierpiała. A potem wielkie zmęczenie, zobojętnienie. Ból, jak wściekły pies, raptem wyskakuje z ciemności, gryzie mnie, zmusza do krzyku. Potem mija i znowu zobojętnienie. Pustka, jaka zaczęła się w chwili jej śmierci, próżnia, której nic nie może wypełnić, próżnia doskonała. Umarła niczym szlachetna roślina, która pada pod nagłym ciosem lodowatego wiatru. Teraz połknął ją ocean i na jej miejscu pozostawił Nic, które jednak „jest”, bardziej niż wszystko inne, co tylko „jest”.

 

14 lutego

Sny. Nie „z nią”. Ale z jej głosem, twarzą, z tym, co tutaj pozostało. To jest jak hot-line, która łączy Moskwę i Waszyngton – nie głos tam mówi, lecz biegnące pismo przekazuje wiadomość poprzez hot-line, właśnie tak widzę we śnie ruchome litery. Wyobrażam sobie, że w ten sposób mnie zawiadamia. Czasami jest to tylko jedno słowo. „Arbuz”. Albo „Jesteś tutaj?” (Kiedy już nie widziała i nie słyszała, tak mnie wzywała.) We śnie odpowiadam. „Jestem tutaj”. Znowu biegną litery: „Wszystko jest inaczej”. Potem: „Mincsike” (jej matka).

 

18 lutego

Na krańcu miasta, w sklepie z bronią. Przed dwoma tygodniami kupiłem tutaj broń ręczną, ale dopiero teraz wrócił kwestionariusz z policji. Teraz wydają mi pistolet, starannie i elegancko zapakowują, dodają do tego 50 sztuk naboi. Kiedy zwracam uwagę sprzedawcy, że taki zapas naboi to chyba o wiele za dużo niż będę potrzebował, wzrusza ramionami i obojętnie powiada, że nigdy nic nie wiadomo. W sklepie, w krąg wiszą na ścianach strzelby myśliwskie, pistolety maszynowe. Klienci łażą po sklepie, przyglądają się broni, w większości wyrostki w skórzanych kurtkach. W Ameryce każdy obywatel ma prawo do posiadania broni palnej. Wracam taksówką, kierowca jest ciekaw, co kupiłem, słucha z zadowoleniem, że rewolwer. „Zawsze dobrze, gdy jest” – mówi. Pierwszy raz od miesięcy odczuwam coś w rodzaju uspokojenia. Nie mam samobójczych planów, ale jeśli narastająca bezdradność, słabnięcie, starzenie się tak właśnie przebiega, dobrze jest wiedzieć, że w jednej chiwli można położyć kres poniżającemu staczaniu się, że nie muszę się bać, iż trafię na któreś z instytucjonalnych wysypisk śmieci, do szpitala albo do domu starców. Ale i do tego trzeba mieć szczęście, apopleksja może przeszkodzić w ucieczce.

 

20 lutego

Święta Bożego Narodzenia. Sześćdziesiąt trzy Boże Narodzenia. W Berlinie, Paryżu, Florencji, Koszycach, Neapolu, Nowym Jorku, Salerno, San Jose i w San Diego. I jeszcze gdzieś indziej. Zawsze razem. Ostatnie Boże Narodzenie teraz, przed dwoma miesiącami, tutaj w San Diego, w szpitalu. Już nie widziała, nie słyszała, nie miała świadomości, nie wiedziała, że jestem tam przy łóżku i trzymam ją za rękę.

 

*

Twarz umierającej. Jakby wszystko zostało z twarzy zestrugane: uśmiech, smutek, przekomarzanie się, zgryzota, wszystko. I wyniknęła jedyna realność, twarz kobiety. Twarz jedynej istoty ludzkiej, z którą poczuwałem się do wspólnoty. Próbuję przywoływać jej błędy, może tak lżej to zniosę. Ale wszystko, co przywołuję, jest śmieszne, bez sensu, bez treści. Taka była, a teraz jej nie ma. To, co z niej pozostało, w proch się obróciło, zniknęło w Oceanie Spokojnym, milion ziarenek prochu. Przynajmniej jest to higieniczne. Ogień i woda są higieniczne. Rozkład w ziemi, robaki zżerają jej ciało... ta myśl jest ohydna. Tak jest lepiej. Zniknąć, bezgłośnie, to wszystko, co może człowiek.

 

*

Czy ją kochałem? Nie wiem. Czy człowiek kocha swoją nogę, swoje myśli? Tylko że właśnie bez nogi albo bez myśli nic nie ma sensu. Bez niej też nic nie ma sensu. Nie wiem, czy ją „kochałem”. To było coś innego. Przecież własnej nerki lub trzustki także nie „kocham”. Tylko że to także jest mną, tak jak ona była mną.

 

*

Nie chcę umrzeć, jeszcze nie w tej chwili. Ale rewolwer umieściłem w szufladzie nocnej szafki, aby był pod ręką, kiedy nadejdzie ta chwila, gdy będę chciał umrzeć. Możliwe jednak, że i z tym będzie inaczej. Wszystko jest inaczej.

 

28 marca

Dwie są mistyczne chwile w ciągu istnienia: kiedy w zapłodnionym jaju zaczyna pracować potworna, potężna energia, życie – i druga, kiedy ta energia przestaje pracować w komórkach, a zaczyna pracować potworna, potężna siła – śmierć. To jest rzeczywistość. Wszystko inne to tania iluzja budząca wstręt.

 

29 marca

Wielka Sobota, Zmartwychwstanie. Przed czterdziestu dwu laty kolacja w Leanyfalu, w domu pewnego aktorskiego małżeństwa. Już wyszło rozporządzenie, które zobowiązuje Żydów do noszenia żółtej gwiazdy. Pani domu jest Żydówką, w czasie kolacji każdy dostaje obok talerza żółtą gwiazdę. L. dostaje ją także. To wtedy zaczęło się żydobójstwo, pomylone, z pianą na ustach. Ukrywanie się, chowanie, hańba, deportacja ojca L. do Auschwitz. Przed czterdziestu dwu laty pewne społeczeństwo pokazało swoją prawdziwą twarz, wszystkie rodzaje rozszalałej nienawiści, chciwości, okrucieństwa. Nigdy nie wolno tego zapomnieć ani wybaczyć.

 

20 kwietnia

Całkowite zmęczenie. Skończyć o moment wcześniej, przed tym, gdy już nie ma na to sposobu, i trzeba znosić bezradność, fotel na kółkach, karmienie, wszystkie tortury i sromotę nursing home. Teraz ten moment, gdy to trzeba uprzedzić, nie jest już odległy.

 

21 maja

W nocy o czwartej godzinie odzywa się hot-line. Mówi długo, ten głos, który ma swoją muzykę i zapach. Nie może przerwać. Słucham w ciemnym pokoju, boję się, że się zatrzyma, że coś nie dopuści, aby powiedziała mi „wszystko”. Tej nocy opowiedziała mi „wszystko”. To „wszystko” – to długie miłosne wyznanie. Wyznanie miłości, na które czekałem przez sześćdziesiąt dwa lata, ponieważ zawsze rozmawialiśmy jakoś o czymś innym. Bo też „za życia” nie można opowiadać, dopiero będąc martwym, z głębin oceanu, gdzie płoną głębinowe wulkany. Opowiada, że kochała mnie, tylko mnie kochała, kochała prawdziwą miłością, przez sześćdziesiąt dwa lata. W swoim dzienniku zawsze pisze o mnie tylko: „On”. Albo: „Z nim”. Albo: „Przy nim”. Teraz mówi wszystko. Co to może być? Czy ja to mówię, czy ona? To wyznanie trwa długo. Przed świtem głos się zatrzymuje, jeszcze powtarza dwa-trzy słowa, jak płyta gramofonowa, kiedy w rowku zatrzymuje się igła, płyta się kręci, ale już tylko powtarza to samo. Koniec miłosnego wyznania. Więc i to także „przeżyłem”.

 

18 czerwca

Jadę taksówką na kraniec miasta, gdzie na terenie szkoleniowym miejscowej policji oficerowie – mimo dość wysokich uposażeń – instruują chętnych, jak obchodzić się z bronią palną Wyprawa jest aktualna, ponieważ nie czuję się dobrze i nie chciałbym jakimś niezgrabnym niedołęstwem spartaczyć tej chwili, kiedy trzeba ubiec długotrwałą bezradność i oczekiwanie na śmierć. Kurs prowadzony jest poza miastem, przybysza wita tępy huk wystrzałów, ponieważ także młodzi adepci policji tutaj przechodzą przeszkolenie strzeleckie. Cywilów, którzy zapisali się na ten kurs – pośród nich jestem i ja – może być ze trzydziestu. W większości są to ludzie bardzo młodzi, wśród kobiet – dziewczęta, także niepełnoletnie.

 

*

Zajęcia prowadzi dwóch oficerów, w obu przypadkach jest to instruktaż wprowadzający: jak obchodzić się z handgunem, na co trzeba uważać, co wolno i co jest zabronione. W mieszkaniu wolno strzelić do włamywacza, ale tylko wtedy, gdy intruz grozi bronią lokatorowi, itd. Uczennice i uczniowie siedzą w klasie i pilnie słuchają. Ten oficjalnie prowadzony instruktaż zabijania, czy, jak kto woli, zabójstwa i samobójstwa, jest osobliwym przykładem tego, gdzie żyjemy, i ile jest warte życie? W przyszłym tygodniu zaczynają się zajęcia praktyczne. Pierwsza lekcja kończy się późnym wieczorem, sprowadzoną z miasta taksówką z powrotem toczę się przez ciemne pola ku zamieszkałym domom, tam, gdzie żyją cele, do których się strzela, ludzie. Ja wśród nich. Jest to jedno z najdziwniejszych przedsięwzięć w całym moim życiu, owo szykowanie się, u jego kresu, do podróży tam, skąd „jeszcze nikt nie powrócił”. Nocą powracam do pustego mieszkania, łóżko L. od miesięcy jest nie zasłane, z roztargnieniem myślę o tym, że niedługo nadejdzie chwila, kiedy będę mógł się udać w nicość, tam, gdzie jest L. i dokąd ja idę. Śpię spokojnie, jak ktoś, kto w biurze przedsprzedaży biletów załatwił przed długą podróżą to, co było do załatwienia.

 

8 września

To już osiem miesięcy, jak umarła. Teraz dopiero uświadamiam sobie, że już nigdy jej nie będzie. Dotychczas było tak, jakby wyszła z pokoju albo udała się dokądś w mieście. Czasami mówię do niej. Teraz wiem, że już nigdy jej nie będzie, umarła.

 

2 listopada

Dzień zmarłych. Jadę taksówką nad ocean. Tego dnia gdzieś tutaj wypada odwiedzać groby.

 

10 listopada

W nocy hot-line. „Bóg jest bardzo dobry. Ale o tym nie wolno mówić”. Potem: „Tutaj jest cisza, wielka cisza. Jest ogień, woda, a potem wielka cisza. Nic nie boli. Żadnych pragnień”. Możliwe, że ja wymyślam to we śnie. Możliwe, że jest inaczej. Możliwe, że jest hot-line.

 

28 listopada

Rano telefon z Europy. Zmarł Géza, mój młodszy brat.

 

*

W czasie bezpośrednio poprzedzającym śmierć Loli i po jej śmierci, w ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy, życie, dla mnie, zrobiło się bezcelowe: odeszła Lola, nieco wcześniej Kato, moja młodsza siostra i Gábor, mój brat, teraz Géza. Ja jeden pozostałem z całej rodziny, jako maruder, spośród tych, z którymi mnie łączyły więzy krwi, nie żyje już nikt. Idą gęsiego – ci, „którzy się nie oddalili, tylko poszli naprzód” – kroczę za nimi. To nadchodzi jak zaraza. To także, bo czas jest zarazą...

 

1 stycznia 1987

Nowy Rok, rano. Od wielu dni nie wychodziłem na ulicę. Spróbowałem, ale zatoczyłem się. Jak przypadkowa ofiara ulicznego zamachu. Zeszły rok doszczętnie mnie ograbił. Odeszła L. Moje rodzeństwo, wszyscy troje, w ciągu paru miesięcy. Przez ten rok nie przeczytałem żadnej książki, co najwyżej jedną, drugą przekartkowałem. Czasami zanotowałem coś w dzienniku, nic szczególnego... Żyję zupełnie sam, całymi miesiącami nie odwiedza mnie nikt poza starą sprzątaczką. Czasami János i jego dzieci. Lepiej być samotnym w pojedynkę niż samotnym w towarzystwie. Niczego nie pragnę. Mam nadzieję, że uda mi się odejść w ciszy, gwałt nie będzie potrzebny. Lola też jest daleko. Czasami daje znak.

 

23 kwietnia

János nie żyje. Miał czterdzieści sześć lat. Wstał o szóstej rano, jak co dnia, aby udać się do pracy. Wyszedł z łóżka, przewrócił się, odwieziono go do szpitala, przez czternaście dni leżał nieprzytomny. Nie widział, nie słyszał, karmiono go przez rurkę. I tak zmarł, nie odzyskawszy przytomności. Zrobiono autopsję, wedle której „non-bacterial thrombosis endocarditis is clearly the proximate cause of death, via embolisation”. Skremowano go, prochy wysypano do oceanu. Tylko nas dwoje było na małym stateczku. Harriet-wdowa i ja. Troje dzieci pozostało w domu. Sternik w trakcie tej morskiej podróży (trzy mile morskie trzeba oddalić się od brzegu, dopiero wtedy wolno rozsypać popiół) włączył żałobną muzykę i przez pokładowe radio odczytał modlitwę.

 

*

L. odeszła przed półtora rokiem. Bezpośrednio przed nią w Budapeszcie zmarł mój brat Gábor (72), w następnych miesiącach, także w Peszcie, moja siostra Kato (82) i brat Géza (79). Magiczny krąg zamknął się, już nie żyje nikt z mojej rodziny. I teraz odszedł János.

 

*

W rannej poczcie list z Wiednia. S. pisze książkę, opisuje pewną przygodę generała Hadika, kiedy to w roku 1757 ów dzielny generał wraz ze swoją husarią „wziął” Berlin, a pośród huzarów wyróżnił się pewien junak nazwiskiem Farkas Babocsay. To mnie porusza, niczym jakiś czarodziejski przekaz: rodowe nazwisko Jánosa było Babocsay. Nie wspomnieliśmy o tym nigdy w ciągu czterdziestu trzech lat. Kiedy w 1945 roku, w biurze notarialnym w Pecsu zaadoptowałem chłopca, byli tam obecni jego rodzice, których rozdzieliła wojna. Tak zwani „prości” ludzie z Zadunaju, mężczyzna był stolarzem. Teraz, w dniu śmierci Jánosa, zajarzyło się jego nazwisko. Jest w tym coś widmowego.

Zawsze był skromny, dobrze ułożony, wyjątkowo inteligentny. Ukończył nowojorskie gimnazjum paulinów, potem uczelnię elektrotechniczną. Przez dwa lata był żołnierzem na Alasce, zdemobilizowany honorable, w stopniu kaprala. Przez dwadzieścia lat pracował w przedsiębiorstwie Digital, doceniono go, został sales managerem, co trzy, cztery lata powierzano mu nowe stanowisko. Teraz manager kalifornijskiego oddziału napisał, dla uczczenia go, „celebration”, które rozesłał do pracowników. Wielu go kochało, w czasie mszy żałobnej ponad sto osób podpisało się w księdze pamiątkowej.

 

*

Odejść w pokoju, bez dręczącego oszustwa, bez samooszustwa. Już nie mam nikogo. Ten człowiek był dla mnie ostatnią „osobą”. Już nie chcę pisać. Ani żyć, tylko odejść w pokoju. Wielkim darem byłoby nie obudzić się.

 

11 listopada

W półśnie odczytywanie listy obecności. Rezultat: całkowita samotność. Odeszła L., odszedł Kristófka. Pół roku temu János. W ciągu ostatnich dwu lat cała moja rodzina: troje rodzeństwa. Spośród moich współczesnych – pisarzy, dziennikarzy, kompanów – nie żyje już nikt. Jestem zupełnie sam, podobnie sam mógł być Hess, nazistowski przywódca, który niedawno zmarł w Spandau, po czterdziestu latach więzienia w izolatce. W tej ostatecznej, bezwzględnej samotności – lęk, że przeoczę tę chwilę, kiedy jeszcze mam zdolność działania, by w porę uciec przed bezradnością, długim szpitalnym dogorywaniem... Czasami głos L., gdy, w ostatnich miesiącach, ślepa, bezsilna, mnąc skraj prześcieradła, mówi: „Jak powoli umieram”. Równocześnie żadnego pragnienia śmierci. I żadnego lęku przed śmiercią. Raczej lęk przed życiem. A jednak to „wszystko”, per saldo, było wspaniałe.

 

4 lutego 1988

Kurier z Budapesztu. Przywiózł propozycje umów z trzech wydawnictw i zaproszenia z innych tamtejszych instytucji. Całkowita, „bezwarunkowa” kapitulacja z ich strony, wydadzą wszystko, książki, artykuły, wszystko, „dzieła zebrane”. Ciekawy symptom, jakby tam rozpoczął się rozkład. Nie dam zezwolenia żadnemu z tamtejszych wydawnictw, dopóki są tam rosyjskie wojska okupacyjne. A kiedy te odejdą, odbędą się w kraju demokratyczne, wolne wybory pod okiem zagranicznych obserwatorów. Wcześniej nie dam zgody na wydanie żadnego z moich utworów. Kurier jest inteligentny i sympatyczny. Na moje pytanie, odpowiada, że gdyby odszedł ten system, to z tych czterdziestu lat Węgrzy zachowaliby zaledwie opiekę lekarską.

 

25 kwietnia

Związek Literatów itp., zapraszają mnie, chcą zrobić pomnik, ze mnie i z moich książek. Wszystko wydadzą na nowo, książki oprawią w skórę, mnie także. Los pomników jest jeden i ten sam: w końcu i tak psy obsikują postumenty.

 

14 czerwca

Wszystko jest w Bogu. I we wszystkim jest Bóg. Spinoza miał rację. Ale Bóg nie może być bogiem religii.

 

*

Pomarli już nie tylko moi najbliżsi, koledzy, rówieśnicy, ale i wrogowie. Gdybym teraz powrócił do Budapesztu, nie znalazłbym już nikogo, na kogo miałbym prawo się gniewać.

 

15 stycznia 1989

Czekam na wezwanie. Nie ponaglam, ale i nie opóźniam. Nadszedł czas.

 

Z węgierskiego przełożył Feliks Netz

 

 

 

 

 
Ks. Jan Kracik: Być starym dawno temu

Feliks Netz: Filemon i Baucis – o Sandorze Marai

Dziennik Sandora Marai: „Jak powoli umieram”

Anna Mateja: Zanim pójdziemy do raju

Jacek Bocheński: Kawałek prozy

Jacek Filek: Chwilę po-być, nieco się ociągać

David Morris Polowanie na staruszków

„Danie miesiąca” polecają: Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski

Ściąga z kultury

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl