KONTRAPUNKT

Być starym dawno temu

KS. JAN KRACIK

 

  • „Jak nieznośny jest los starca! Słabnie on z każdym dniem; wzrok mu się pogarsza, uszy przestają słyszeć, opuszczają go siły (...) nie może sobie przypomnieć tego, co było wczoraj”. Tak skarżył się Ptah-hotep, wezyr faraona Isesi, cztery i pół tysiąca lat temu. Ten najstarszy z zachowanych zapis powtarzanej przez miliardy istnień skargi kończy się stwierdzeniem: „Starość to największe nieszczęście, jakie może dotknąć człowieka”. Czy zawsze tak myślano? Co zmieniało się w ciągu wieków w postrzeganiu starości, zwłaszcza cudzej? Nad własną bowiem ludzie medytowali zazwyczaj dopiero wtedy, gdy ich dopadła.

 

Erozja piramidy

Kto uważa, że ludzi starszych częściej się dziś lekceważy niż szanuje, chętnie wierzy, że dawniej było lepiej. Tymczasem bywało nie inaczej niż jest, czyli wielce rozmaicie. Postawy zaś wobec seniorów kształtowało zawsze sporo czynników, wpływających na myślenie, emocje i zachowanie.

Prehistoryczni ludzie żyli krótko, długowieczność była wyjątkiem, mogła więc budzić respekt, jako cecha nadnaturalna, wręcz boska. Plemienny patriarcha bywał tedy sędziwy. Społeczny autorytet starca malał przecież łatwo, w miarę jak słabła jego sprawność umysłowa i fizyczna. Zdarzało się, że współplemieńcy (np. Indianie), zwłaszcza kiedy doskwierał im głód, porzucali swoich seniorów, a nawet oczekiwali od nich samobójstw lub wręcz śmierci.

Słabnięcie pozycji ludzi starych w narodzie wybranym ukazuje Stary Testament, którego księgi powstawały w ciągu około tysiąca lat. Pięcioksiąg eksponuje rolę starszyzny w życiu koczowniczych klanów hebrajskich. Patriarchowie są długowieczni, starsi składają ofiary, kierują, radzą, sądzą. Są świadkami przeszłości, stróżami tradycji. W epoce królów stają się ich doradcami. Społeczne poważanie dla seniorów, honorowanie ich zdania, uznawanie pierwszeństwa poświadczone zostało na wielu kartach wcześniejszych ksiąg Starego Testamentu. Ograniczenia związane z wiekiem opisano tam bez podkreślania ich goryczy.

W V w. przed Chrystusem już jest inaczej: w bardziej złożonej organizacji społeczeństwa słabnie polityczne i sądownicze znaczenie starszych, a długość życia przestaje być podstawą autorytetu i znakiem błogosławieństwa Bożego. Przecież bywa, że nie tylko dobrzy, ale i źli żyją długo – zauważa Księga Hioba. Ten dydaktyczny utwór wskazuje bowiem i na słabiej przedtem dostrzegane aspekty starości: „Mądrość nie z wiekiem przychodzi, a prawość nie tylko starcom jest znana” (Hi 32, 9).

Najmłodsze księgi Starego Przymierza – z III-II w. – dają wyraz obawom przed przypadłościami późnego wieku. Eklezjastyk uznał za potrzebne przypomnieć, by nie uwłaczać starcom i nie gardzić ojcem, który stracił rozum (Syr 3, 12-13; 8, 6). Sam jednak wiek i pozycja społeczna, to jeszcze żaden powód do dumy, bo „lepszy młodzieniec ubogi, lecz mądry, od króla starego, ale głupiego” (Koh 4, 13). Nie ten bowiem jest prawdziwym starcem, kto żył długo, ale ten, kto wykazał się mądrością i cnotą (Mdr 4, 8-9). Dostojny starzec o sakralnych cechach stawał się utyskującym na swe dolegliwości staruszkiem, którego wady traktuje się bez szczególnej wyrozumiałości. W młodszych partiach Starego Testamentu widać pewne wpływy kultury hellenistycznej.

Efekty domowego absolutyzmu

Dla Greków starość stanowiła przekleństwo bogów, nie zaś ich szczególny dar. Młodzi bogowie zwyciężają starych, zepsutych i złośliwych. Greccy komediopisarze natrząsają się chętnie z ułomności i przywar starców. Rzymskie prawo przyznawało najpierw nieograniczoną wręcz władzę ojcu rodziny. Mógł on karać śmiercią niewolników (w pewnych warunkach nawet członków rodziny), a własne dziecko mógł porzucić, sprzedać, wydziedziczyć. Rodziło to konflikty dorosłych synów z ojcami. Nienawiść wobec takiego uprzywilejowania zamieniała się z czasem w pogardę, gdy w epoce cesarstwa zaczęto ograniczać owe uprawnienia ojcowskie, podobnie jak władzę sędziwego senatu. Wśród starych Rzymian przełomu I i II w. po Chrystusie, zwłaszcza hołdujących stoicyzmowi, dochodziło nierzadko do samobójstw. Literatura ówczesna nie oszczędza wyglądu starych kobiet i powiela szablon despotycznego, skąpego i rozwiązłego starca.

Wyjątek stanowi dialog Cycerona „O starości”: Zamiast skarżyć się na utrapienia podeszłego wieku, trzeba spokojnie przyjąć i ten okres życia, nie rezygnować z dostępnych rodzajów aktywności, zdobywając tym szacunek, a nie tylko nań czekając. A śmierci nie ma się co bać, bo albo kończy ona wszystko, albo jest wstępem do wiecznego życia. Liczący 60 lat autor perswadował to wszystko raczej sobie samemu, gdyż zadowoleni z życia starcy nie potrzebowali jego rad, a udręczonym uciążliwościami późnych lat recepty te niewiele mogły pomóc.

Gdy pod koniec IV w. Teodozjusz Wielki zamieniał trwające od 313 r. cesarskie protegowanie chrześcijaństwa w nakaz wyznawania tej religii, wieś była jeszcze przeważnie pogańska. Nim dokończono jej chrystianizacji, Zachodnie Cesarstwo padło pod najazdami Franków, Gotów, Wandalów. Przyjęcie katolicyzmu przez te i inne nowe ludy niewiele zmieniło w ich brutalnych obyczajach. Głównym prawem zachodnioeuropejskim stało się na parę wieków prawo silniejszego. A nie był nim człek niezdolny już do noszenia broni.

Zmarszczki grzesznika

Chrześcijańskie miłosierdzie od początku ogarniało i starców, łącznie z ubogimi, chorymi, kalekami, jako ludzi potrzebujących pomocy. Sam problem starości słabo jednak interesował ojców Kościoła. Laktancjusz dworował z filozofów uważających życie za nazbyt krótkie, a Jan Chryzostom przeciwstawiał rozpacz starzejących się pogan radosnej nadziei leciwych chrześcijan. Nie wiek się liczy, lecz cnota – powtarzał za Księgą Mądrości św. Augustyn. A dożywotnio silną władzę ojcowską nad rzymską rodziną chrześcijaństwo też raczej osłabiało. Na nową wiarę nawracali się wszak dorośli, nierzadko wbrew woli rodzicielskiej (por. Łk 14, 26).

Biskup Hippony, a za nim inni, chętnie opisywał brzydotę zniszczonego wiekiem ciała jako symbol grzechu (tylko jasność siwych włosów przyjął za symbol mądrości). Starcowi jego fizyczna degradacja winna przypominać o przekwitającej doczesności, skłaniając do zajęcia się religią i zbawieniem duszy. W tej jednostronnej wizji starości widać wpływy Starego Testamentu i grecko-rzymskiej kultury. Potrzeba zaś wyjaśniania tajemnicy cierpienia i śmierci skłaniała teologów do pojmowania starości jako dziedzictwa Adama, zła będącego karą Boską za grzechy. Szukając wszędzie winy i kary, odnajdywano tę drugą także w krótkości życia i jego zgrzybiałości, podczas gdy patriarchowie żyli setki lat. W Raju panowała wieczna młodość, a brzydota i udręki starości to trwałe potwierdzenie działania przekleństwa Bożego za grzech pierworodny. Człek stary a krzepki odstający od tego planu stanowi więc przypadek szczególnej łaski Boskiej albo też diabelskiej pomocy (św. Hieronim).

Ambroży, Cyryl Aleksandryjski, Salvianus, a zwłaszcza Jan Chryzostom bardzo ostro piętnowali grzechy starców (łagodniej traktował ich Grzegorz Wielki), podkreślając że nie da się ich usprawiedliwiać młodym wiekiem. „Starzec to po prostu słaba istota, której nie odróżniano w hospicjach od żebraków, kalek i chorych. Dla świętych pisarzy nie było specyficznego problemu starości; interesowała ich wyłącznie brzydota starców, która dostarczała im doskonałej ilustracji grzechu, będąc zresztą jego skutkiem”.

Cytat ten ukazuje z jednej strony, jak dalece nawet najwybitniejsi myśliciele chrześcijańscy byli dziećmi swego czasu, zaś z drugiej – nadmierne chyba oczekiwania autora (Georgesa Minois), gdyż pisarze owi nie dysponowali wszak dzisiejszą wiedzą geriatryczną. A przecież i jej współcześni adepci, mimo że korzystają z nieporównanie sprawniejszych mediów niż ojcowie Kościoła, też nie za wiele mogą wobec obyczaju rządzącego traktowaniem najwcześniej urodzonych. Przy czym warto się tu uporać z myślowym schematem: dziki obyczaj humanizowany pod wpływem perswazji misjonarzy, a potem stałych duszpasterzy. Bo ani owo odnoszenie się nieochrzczonych Germanów czy Słowian do własnych dziadków i babć nie było wyłącznie barbarzyńskie, ani wpływ chrześcijaństwa (też nie idealnego, lecz tylko realnego) długo nie tak ekspresowy czy głęboki, jak się niekiedy ahistorycznie mniema.

Zawracanie rzeki

Wieki V–IX to epoka najazdów, częstszego zamętu niż ładu, czasy wielu kontrastów. Słabnąca przydatność bojowa starzejącego się celtyckiego czy frankońskiego wojownika znaleźć mogła finał zarówno w spokojnym utrzymaniu przez krewnych, jak i – bez porównania rzadziej – w zadaniu śmierci. Okrucieństwu tego ostatniego zwyczaju przeciwstawiała się jednoznacznie moralność chrześcijaństwa.

Bogatsi dbali niekiedy o zapewnienie sobie spokojnej starości bez zdawania się na łaskę rodziny. Kościół uczył ludzi martwienia się przede wszystkim o spokojną wieczność, w czym nawet najlepsi krewni niewiele mogli pomóc. Ale podjęły się tego klasztory, które poczynając od VI (częściej w VIII––IX) w. w zamian za zapisanie im dobra zapewniały chętnie dożywotnie zacisze, łącznie z utrzymaniem i opieką duchową, sprzyjającą przygotowaniu do wieczności (były to więc pierwsze domy wyłączonych ze społeczeństwa starców). Urządzanie jej przedsionka dla zasobnych pensjonariuszy (owo „osiadanie na dewocji” znane będzie i w sarmackiej Polsce), bogacąc klasztor, umożliwiało mu i częstsze przygarnianie niektórych chudeuszy na pobożne dożywocie w przytułku.

Większość starzejących się biedaków nie miała przecież, aż po czasy najnowsze, możliwości zaprzestania pracy i przejścia na emeryturę. Przez całe średniowiecze i czasy nowożytne ciągłe nawroty biedy wyrzucały na społeczny margines miliony starzejących się ludzi, dołączających jako słabsza część do pozostałych kategorii nędzarzy (chętniej wspomagano kaleki niż staruszków). A rozległych ran pauperyzmu nie były w stanie uleczyć charytatywne plastry. Na cele te szła zresztą znikoma cząstka strumienia hojności na rzecz Kościoła. Zachwytom estetów z rzadka towarzyszy refleksja nad rozmiarami biedy w dobie stawiania przepysznych świątyń i tworzenia ich kosztownego wystroju.

Na mizerny status ludzi starych w rodzinie i społeczeństwie wskazuje ich niskie miejsce w merowińskich i karolińskich taryfach kar pieniężnych za zabójstwo. Pozycję tę potwierdza też milczenie wielu źródeł, w tym żywotów świętych, na temat dziadków. Co często nie oznacza, że już pomarli, tylko że ich przemilczano, bo niewiele znaczyli. Co i tak raczej nie przekona wyznawców sielankowej wizji harmonijnej rodziny wielopokoleniowej w jednorodnie pojętej przeszłości.

Od XI w. przycichły epidemie, przybywało ludności, rozwijały się miasta. Zaczęło się wznoszenie monumentalnych katedr i zamków. Także liczniejszych niż przedtem klasztorów, gdzie czas ulegał zawieszeniu, a habit przywdziewał na resztę życia niejeden posiwiały zabijaka czy owdowiała księżna pani. Dokumenty i literatura zaczynały zauważać starość, osiąganą już przez większy odsetek żyjących. Powstawały opisy starości, refleksje o jej przyczynach, wskazania medyków, jak ją opóźnić. Teologowie, łącznie z Tomaszem z Akwinu, niewiele mieli nowego do powiedzenia o podeszłym wieku. Przypominali ciągle twórców rzeźby romańskiej, których prace nie ułatwiają odgadywania, ile lat liczyły przedstawione przez nich postaci.

Starość zauważalna

W XIV-XV w. wydłużyła się średnia wieku. Starzec przestawał być rzadkością. Pojawia się w sztuce już nie jako alegoria, ale portretowo. Młodzi szydzą ze starych, wypierają ich – zaostrza się rywalizacja pokoleń. W zdominowanym przez mężczyzn świecie i Kościele starej kobiecie przypisuje się chętniej związki z diabłem – płoną stosy czarownic. W XV w. rzemieślnicy zakładają hospicja, by się w nich schronić po czynnym życiu. Starzy ubodzy, wołający o miłosierdzie na ulicy czy w kościelnych przytułkach, dzielą dolę i miejsce z chorymi i nędzarzami.

Renesans sławi urodę życia, nawołuje do korzystania z młodości, usiłuje ją przedłużać, niechęcią otacza wiek późny, urągając jego przypadłościom, zwłaszcza u kobiet. Tym chętniej maluje się i podziwia wiecznie młode Madonny. Ale „spośród tak mocno krytykowanych starców rekrutowała się cała armia władców, ministrów, wojskowych, dyplomatów, kupców, duchownych”. W latach 1503-1605 trzynastu papieży liczyło w chwili wyboru ponad 60 lat, a czterech – ponad 70, przy czym najstarsi oznaczali się wielką aktywnością (Juliusz II, Paweł III, Paweł IV, Grzegorz XIII). Przywódcy reformacji byli młodsi – Luter wystąpił licząc 43 lata, Zwingli – 33, Müntzer – 28.

Pustelnicy, św. Józef i Apostołowie malowani w XVIII w. są zwykle dość leciwi. Literatura zarzuca starym kobietom brzydotę i zepsucie, a mężczyznom – przypisane ich wiekowi niecnoty (np. Molier). Szablony i maski zamiast opisów. Ale jest i działanie. Nie tylko tradycyjne, przykościelne. Ludwik XIV w 1670 r. funduje dla swych kalekich żołnierzy zakład Inwalidów, zapewniający godne warunki życia dla 1500 pensjonariuszy. Podobne domy weteranów powstały w Wiedniu, Turynie, Mediolanie.

Gdy w XVIII w. znacznie wzrósł odsetek ludzi starych, zainteresowano się nimi bardziej. Oświecenie zrywało z augustyńską tradycją zachęcania seniorów do usuwania się w cień i szykowania do wieczności. To nie miał być, jak ciągle w nabożnych książkach, tylko wypełniony pokutą przedsionek spoczynku wiecznego, lecz pogodny, dalszy ciąg życia, łagodzony obcowaniem z rodziną. Ale życie pod jednym dachem trzech pokoleń nie zawsze bywało ową sielanką.

Jałmużna, łaskawy chleb w przytułku, zachęty do opieki plus worek słów o godności wieku sędziwego ważyły w praktyce mniej niż osiągnięcie socjalne ogromnej wagi, jakim stała się emerytura. W ciągu XVIII w. zaczęli z niej (w ślad za tymi ze wspomnianego domu Inwalidów) korzystać żołnierze. Coraz więcej rządów europejskich wypłacało renty wyniszczonym wieloletnią służbą wojskowym. Ci nie musieli już prosić o wsparcie, samowystarczalni dożywali godnie swoich dni. Na wzór emerytur wojskowych zaczęli je we Francji otrzymywać sędziowie i pracownicy poczty (fundusz tworzyły przymusowe składki). Droga do powszechnych emerytur była jeszcze bardzo daleka, ale gdy się już zaczęła, młyny przemian politycznych i społecznych sprzyjały jej upowszechnieniu.

*

Ustawowy wiek emerytalny (w Kościele – późno i połowicznie: dopiero od 1970 r., po ukończeniu 75 lat przez biskupa czy proboszcza) rozwiązał parę problemów. Te odwieczne – pozostały. Mimo wielu głosów i działań w obronie ludzi starych, „zawsze i wszędzie młodość stawiano przed starością”, do której mało komu się spieszy. Chrześcijańska myśl od prawie dwu tysięcy lat zmaga się z kulturowym, uwarunkowanym biologicznie, pesymizmem w postrzeganiu i przeżywaniu starości. W wieku co graniczy z wiecznością łatwiej jednak o narzekających niż o tych, co optymizm nadziei zbawienia potrafią okazać widzialną pogodą ducha. I nikt nie jest w stanie wyręczyć drugiego w zmierzeniu się z własną starością, równie osobistą i niepowtarzalną jak całe życie. Wiedział o tym już Ptah-hotep, wezyr faraona.

 

Cytaty i informacje podaję za: G. Minois, „Historia starości. Od antyku do renesansu”, Warszawa 1995 oraz J. P. Bois „Historia starości. Od Montaigne’a do pierwszych emerytur”, Warszawa 1996

 

 

 

 

 
Ks. Jan Kracik: Być starym dawno temu

Feliks Netz: Filemon i Baucis – o Sandorze Marai

Dziennik Sandora Marai: „Jak powoli umieram”

Anna Mateja: Zanim pójdziemy do raju

Jacek Bocheński: Kawałek prozy

Jacek Filek: Chwilę po-być, nieco się ociągać

David Morris Polowanie na staruszków

„Danie miesiąca” polecają: Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski

Ściąga z kultury

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl