KONTRAPUNKT

Danie miesiąca polecają

 

KATARZYNA JANOWSKA

 

„Nie przegapcie Lupy” – tak pisali paryscy recenzenci teatralni o „Braciach Karamazow” według Fiodora Dostojewskiego w reżyserii Krystiana Lupy. Posunę się dalej i powiem: nie przegapcie szansy na wyprawę w rejony, w które nie każdy ma odwagę zapuszczać się samotnie.

Mniej więcej rok temu w Muzeum Narodowym w Krakowie można było oglądać prace Aliny Szapocznikow, rzeźbiarki, dla której inspiracją i tematem był człowiek, a właściwie ludzkie ciało. Utrwalała cielesność zachłannie. Pokazywała jej delikatne piękno, kruchość, nietrwałość, ale i zmysłowość, seksualność. Ciało bywało dla niej tematem zarówno w fazie rozkwitu, jak i w momencie deformacji, wywołanej upływem czasu lub chorobą. Odlewy ciała bezlitośnie pokarbowanego cierpieniem, nie zostały ujęte w żaden cudzysłów, w żaden nawias. Uderzały w nas pytaniami o sens egzystencji.

Podobną siłę ma w sobie spektakl Krystiana Lupy, obnażający dramat ludzkiej duszy. Oglądając go nie mogłam się uwolnić od skojarzenia, że oto patrzę na dzieło rzeźbiarza, który podobnie jak Szapocznikow, za temat obrał sobie człowieka. I z taką, jak ona odwagą, ociosuje najdelikatniejszy, najbardziej nieuchwytny materiał. Niespiesznie odsłania ułomne, najbardziej wstydliwe bruzdy ludzkiego wnętrza. Pokazuje człowieka w różnych stadiach życia i fazach wewnętrznego rozwoju. Tragizm splata się z ironią. Lupa ośmiesza, obnaża, prowokuje. Jego aktorzy to nie przypadkowo zwołany zespół profesjonalistów, którzy przez osiem godzin dają pokaz najwyższej klasy. Długimi chwilami odnosi się wrażenie, że nawet ci, których kreacje nie są do końca udane, nie recytują po prostu swoich kwestii, nie grają, ale mają świadomość uczestniczenia w czymś istotnym. Większość z nich towarzyszyła Lupie w jego kilkunastoletniej podróży po duchowych meandrach XX wieku: od Witkacego począwszy, przez Gombrowicza, wiedeńskich dekadentów, Thomasa Bernharda – współczesnego piewcę agonii cywilizacji, aż po Dostojewskiego. Ślady tych doświadczeń zbiegają się w „Braciach Karamazow”. Stary Karamazow, po mistrzowsku zagrany przez Jana Peszka, wyposażony, wydawać by się mogło, we wszystkie możliwe wady, to tylko kładka, po której wchodzimy w coraz bardziej subtelne rejony hipokryzji i kłamstwa.

Ta psychodrama nie wciąga, nie oczarowuje. Ona oblepia jak gęstniejąca maź, chłoniemy ją wzrokiem, słuchem, oddychamy nią aż w końcu zaczynamy w niej uczestniczyć. To my się zastanawiamy: co to jest miłość i czy rozumiemy jej istotę? Jak kochać, nie w ogóle, ale pojedynczego człowieka. Czy jest Bóg, czy go nie ma – pytania, które u schyłku ubiegłego wieku zadawała sobie cała Rosja, stają się naszymi pytaniami. Finał spektaklu, w którym Iwan rysuje kredą linię odcinającą go od diabła, to akt religijny na miarę naszych czasów. Człowiek uśmiercił Boga i teraz rozpaczliwie próbuje odtworzyć hierarchię, którą sam zniszczył.

 

Fiodor Dostojewski „Bracia Karamazow” reż. Krystian Lupa, Stary Teatr w Krakowie

 

 

 

PIOTR MUCHARSKI

 

Wiek XX widział niejedną rewolucję estetyczną. Ta, której bohaterem jest Nicolaus Harnoncourt, nieporównywalna jest z żadną inną. W roku 1953 założył zespół Concentus Musicus Wien, którego artystyczne credo brzmi dla laika dość niewinnie: grać muzykę dawnych mistrzów (głównie baroku) zgodnie z dawną praktyką wykonawczą. Bynajmniej nie chodziło mu o archeologię. Harnoncourt szukał muzycznych wzorców dla współczesności: wstyd żyć w epoce, która wsłuchuje się tylko w muzykę przeszłości, albo zalepia sobie uszy muzyczną watą. Programy filharmonii dyktowane przez inżyniera Mamonia: wciąż te same kawałki Mozarta, Beethovena... i tak po Czajkowskiego („słucham tylko to, co znam”) . W dodatku zawłaszczone przez towarzyski rytuał i sprowadzone do estetycznych smaczków. Zaś muzyka współczesna jest żywa tylko w wersji pop.

Harnoncourta fascynowała muzyka wyrażająca – wypowiadał to niczym spadkobierca niemieckich filozofów – „ducha czasów”, przywracająca jedność życiu i sztuce. Dlatego wyprawił się do czasów klasycyzmu, baroku i dalej. Ciekawe, że pasjonował go nie tylko jej duchowy wymiar, oparcie, jakie dźwięki znajdują w logosie, to, jak są porządkowane przez dialogiczne i retoryczne zasady mowy dźwięków. Dla jego sztuki wykonawczej charakterystyczna jest fascynacja fizycznością odbioru muzyki, przekonanie, że muzyki słuchamy ciałem i to powoduje, że zawłaszcza nas ona całych (tak też sobie tłumaczę zdumiewającą popularność tej muzyki wśród młodych ludzi: barok rozimprowizowany i cielesno-taneczny znalazł do nich drogę ponad romantycznym zadęciem). Niechętny estetyzacji i przesubtelnieniom, obwiniający rewolucję francuską i jej egalitarne konsekwencje za banalizację muzycznego przesłania, w swoich interpretacjach stawiał na kontrast, zaskoczenie, nieprzewidywalność, chropowatą fakturę, rozumienie tekstu – żadnej taniej kokieterii. Jego zdaniem w muzyce chodzi o dużo więcej, niż „podobanie się”. Złośliwi pomstowali, że to obsesje potomka francuskich arystokratów, którzy wyemigrowali do Austrii, chroniąc się tam przed rewolucyjnym terrorem. Dla tych, którzy usłyszeli nagle, że duch, intelekt, emocje tańczą – raz pod niebem, raz potykając się w ziemskiej glinie – była to fascynująca próba artystycznego maksymalizmu, w takim sensie, w jakim maksymalistycznym projektem jest sama istota ludzka.

Najwięcej sławy przyniosły mu nagrania dzieł Monteverdiego i Bacha dokonane na przełomie lat 60. i 70. Od tego czasu Harnoncourt na swojej drodze zaliczył już „Zemstę nietoperza”, symfonie Beethovena i Brucknera, dyrygował najważniejszymi orkiestrami symfonicznymi Europy. Można się spierać, kto pierwszy przywrócił nam muzykę dawną. To kwestia dla purystów. Harnoncourt pozostanie ojcem duchowym całej plejady wybitnych muzyków, którzy dzięki jego odwadze wykonawczej i wyobraźni, występując ze skrajnie różnych estetycznych pozycji, otworzyli przed nami nowe światy. Moim zdaniem nic bardziej fascynującego nie przydarzyło się w kulturze ostatnimi czasy. Tych, którzy przyjdą na krakowski koncert, mogę zapewnić o jednym: to nie będzie tylko granie po nutach.

 

JOHANN SEBASTIAN BACH „Pasja według Świętego Jana”. Wyk. Concentus Musicus Wien, Arnold Schoenberg Chor, soliści, dyryguje Nicolaus Harnoncourt

Sobota, 25 marca 2000, godz. 19.00, Filharmonia im. Karola Szymanowskiego w Krakowie, Cykl „Wielkie wykonania”, Festiwal Kraków 2000

 

 

 

 

 
Ks. Jan Kracik: Być starym dawno temu

Feliks Netz: Filemon i Baucis – o Sandorze Marai

Dziennik Sandora Marai: „Jak powoli umieram”

Anna Mateja: Zanim pójdziemy do raju

Jacek Bocheński: Kawałek prozy

Jacek Filek: Chwilę po-być, nieco się ociągać

David Morris Polowanie na staruszków

„Danie miesiąca” polecają: Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski

Ściąga z kultury

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl