KONTRAPUNKT

Kawałek prozy

JACEK BOCHEŃSKI

 

Umarłem w okolicznościach nieznanych, które nie będą przedmiotem opisu. Mogło się to zdarzyć pewnej nocy w łóżku zamiast przebudzenia między godziną trzecią a czwartą. I już. Cichy trzask czegoś tam w sercu i upadek w otchłań. Albo mogło się odbyć na jakimś dobroczynnym śmietniku dla dogorywających starców, w dusznościach, wymiocinach, rzężeniach, górach kału i kałużach moczu. Mogłem umrzeć w katastrofie lotniczej nad Oceanem Atlantyckim. Mógł mnie zabić pijany debil pod płotem. Mogli mnie powiesić. Mogłem dożyć ciekawych czasów i zginąć zatłuczony kolbą, a mogłem też wskutek tragicznego wypadku utopić się w małej i niewygodnej wannie, którą mam u siebie w łazience. Błysk atomowy raczej wykluczam, bo rzadko spełnia się coś, o czym przedtem tyle mówią.

Zresztą jak było, tak było. Nie pamiętam swoich ostatnich godzin, a może tylko sekund, kiedy trzepnęło mnie w głowę takim łupniem kosmicznym i przedstworzennym, po którym przestałem istnieć. Chociaż lepiej byłoby powiedzieć, że to nie ja przestałem istnieć, tylko wszechświat dokoła skończył się nieodwołalnie, ja natomiast uleciałem w pewnego rodzaju przestrzeń. Tak to określam, ponieważ idzie o coś, co niekoniecznie trzeba nazywać przestrzenią. Równie dobrze nadaje się słowo dźwięk. Uleciałem w pewnego rodzaju dźwięk. Ale jest jeszcze kilka innych słów, których mógłbym użyć, na przykład czas lub światło. Zwracam uwagę, że nie ciemność. Jeśli już, to raczej światłociemność, albowiem światło, o którym opowiadam, miało różne stopnie intensywności, obszary jaśniejsze i ciemniejsze, a także fazy zmienne, jakby falujące.

Najważniejszą rzeczą jest, że to, w co uleciałem po śmierci, nie wydawało się, mówiąc uczenie, zewnętrzne wobec mnie, inaczej niż byłem przyzwyczajony za życia. A więc przestrzeń nie mieściła się poza mną i nie pływałem w niej niby nurek w basenie, jak ktoś może sobie błędnie wyobrażać. To ona pływała we mnie. Właśnie w tym ułamku sekundy, gdy kosmiczne i przedstworzenne coś dało mi ostatecznego łupnia w mózg, w tym – powiadam – ułamku sekundy eksplodowałem, rozlałem się na całą dotychczas niedostępną, nieskończoną przestrzeń, ogarnąłem ją, objąłem i zawarłem w sobie. Podobnie dźwięk, o którym przed chwilą była mowa, nie dobiegał do mnie z zewnątrz, z żadnych tam sfer niebieskich ani radioźródeł galaktycznych. One wszystkie były we mnie, przez akt śmierci zjednoczyłem się z nimi i skupiłem je w sobie, jak bezmierna fonoteka, w której leżałyby miliardy taśm z nagranymi sygnałami dźwiękowymi ze wszystkich mgławic i lat świetlnych. Nie znaczy to, Boże broń, że ich wszystkich naraz i nieustannie słuchałem, byłoby to nudne, bo suma dźwięków składała się tylko na przeciągły, słaby pogłos, coś pośredniego między dalekim szumem morza a dzwonieniem ciszy. Postępowałem z nią właśnie jak z fonoteką albo encyklopedią w stu tomach. Nie czyta się przecież encyklopedii od deski do deski, ale zawsze można tu i ówdzie zajrzeć. Dźwięk stał się jedną z możliwych form mojej pośmiertnej egzystencji. Sięgałem sobie po nią, jeśli wolno się tak wyrazić. Sięgałem wybiórczo. A wtedy bywał to dźwięk konkretny, mógł przybierać postać krakania wrony, skwiru archeopteryksa, kwintetu na instrumenty dęte, grzmotu, a także mowy ludzkiej, szeptu, śpiewu albo wrzawy stadionu. Mówienia było tam szczególnie dużo, różne zdania głupie i mądre się słyszało, dodałbym tylko, że wszystko to brzmiało trochę inaczej niż na ziemi, mianowicie tak jak brzmią głosy słyszane w wyobraźni czy zapamiętane z dawnych rozmów, które odbyło się w dzieciństwie.

Chwilowo poruszam te sprawy bardzo pobieżnie, unikając wdawania się w zawiłości i podając jedynie najniezbędniejsze informacje wstępne, siłą rzeczy w uproszczeniu. Z czasem wrócę do tematu i rozwinę go w miarę potrzeby.

A teraz, nim przejdę do właściwej relacji, muszę omówić, też wstępnie i krótko, kwestię widoku. Wiąże się to ze światłem, z tymi pulsacjami, fazami i światłocieniem. Ogólnie biorąc, utraciłem wszystkie zmysły. Nie było więc mowy o tym, żebym mógł kiedykolwiek jeszcze doznać najzwyklejszych wrażeń: ot na przykład wziąć do ręki filiżankę gorącej herbaty, poczuć palcami ciepło i miłą gładziznę porcelanowego uszka, przypatrzeć się ornamentom naczynia, wielu kwiatkom różowym oraz niebieskim, a także listkom seledynowym, spojrzeć na kolor płynu i rozpoznać po odcieniu, czy herbata jest dobrze zaparzona, taka brunatno-czerwonawa, świetlista, następnie wciągnąć nozdrzami wilgotną parę, wchłonąć jej cierpki, herbaciany aromat do płuc, wreszcie umoczyć usta, wessać jeden łyk... Mój Boże! To se ne vrati, jak żartowano kiedyś w Warszawie, nie wiadomo dlaczego po czesku. Jednak mimo utraty zmysłów zachowałem znajomość wrażeń zmysłowych i zdolność wywoływania ich w sobie. Tak mniej więcej ogłuchły Beethoven zachował znajomość tonów i zdolność tworzenia muzyki. Oczywiście dotyczyło to również mojego wzroku. Nie mogę twierdzić, że widziałem. Ale obrazy były mi dostępne, odczytywałem je z owych zmiennych natężeń światła, falowań, pulsowań i chyba też wirowań, które odbijały się na jakichś niezwykłych, utajonych we mnie i nieznanych mi dawniej ekranach. Nie oglądałem więc, ale właśnie czytałem obrazy, dorozumiewając się całkiem dobrze ich wyglądu na podstawie pewnego systemu znaków czy symboli zastępczych, tak jak się czyta z nut muzykę, na przykład partyturę IX Symfonii Beethovena, którą w dodatku można było przedtem napisać nie słysząc. A w ogóle kto chce coś wiedzieć o treści i charakterze widoków, jakie roztoczyły się we mnie (nie przede mną!) w chwili, gdy dostałem ostatecznego kopa w śródmózgowie i uleciałem do wieczności, niech zamknie oczy i wyobrazi sobie byt wypatroszony, odwrócony na wierzch stroną spodnią, wnętrznościami, i niech jednocześnie myśli intensywnie o radosnych chórach z IX Symfonii.

To nie wszystko. Wciąż jeszcze za mizernie to przedstawiam. Napomknąłem już o tych ekranach, na których wyświetlane były moje pośmiertne widzenia (będę odtąd mówił „widzenia”, „zobaczyłem”, „spostrzegłem” i tak dalej, chociaż nie jest to całkiem ścisłe, ale ułatwi mi opis). Otóż takich ekranów było wiele. Mówiąc o nich używam liczby mnogiej i chcę to wyraźnie podkreślić. Widziałem każdą rzecz na wielu ekranach, z wielu stron jednocześnie, wielorako i wielokrotnie. Nie miałem oczu, ale gdybym je miał, musiałyby one być podobne do oczu owada, muchy czy innego stawonoga, oczu składających się z iluś tam tysięcy oczek, jakichś takich oczu wielookich, widzących za dalami dale, i przody, i tyły, i wierzchy, i spody, i podspody. Nie wiem już, co w malusieńkim ułamku sekundy, gdy dokonywałem śmiertelnej transcendencji, gdy wychodziłem z siebie, a raczej gdy byłem wypluwany z siebie i wstrzelany w zaświat, co w tym momencie bardziej mnie oszołomiło: sam fakt, że odbywa się taka transcendencja, czy wielość panoram, w które nagle mogłem spojrzeć. Ale chyba to pierwsze. Chyba jednak transcendencja.

Jak każdy człowiek, myślałem czasami za życia, co mnie spotka, gdy umrę. Nie myślałem o tym zbyt często. Byłem, oczywiście, zajęty pilniejszymi sprawami i wydawało mi się, że nie warto tracić czasu na beznadziejne dociekanie tajemnicy, której nie rozwiążę i na którą nie mam wpływu. Wolałem odsuwać ją od siebie jako kwestię bezprzedmiotową, a co gorsza przykrą. Lecz jeśli już zadawałem sobie pytanie, z czym się zetknę w stanie pośmiertnym, to wyobrażałem sobie jedną wielką dziurę, doskonale czarną, nieruchomą i bez granic. Taką zupełną nicość. A jeśli się w tę nicość długo i zawzięcie wpatrywałem, żeby może coś w niej rozróżnić, coś wychwycić, o coś się zaczepić, to po wielkim wysiłku udawało mi się zobaczyć doskonale czarny, sypiący się jednostajnie proszek. I to już było naprawdę wszystko.

No ale – ja! Ego. Podmiot. Ja. Co będzie z tym „ja”? Bo przepraszam bardzo, moje zwłoki i moje ja to wcale nie to samo. Zwłoki zeżrą bakterie i jakieś inne stworzonka. Zgoda, niech im będzie na zdrowie (tak to mówię, a mam powody, do czego, jeśli da Bóg, dojdziemy). Zwłoki to jelita, kręgosłup, tętnice, trąbka Eustachiusza, genitalia, ośrodkowy układ nerwowy i co tam jeszcze chcecie, duma człowieka – kora mózgowa, naturalnie. Niech to wszystko zeżrą wirusy, bakcyle, robaki, mrówki. Smacznego, kochane żyjątka (tak im życzę, a – powtarzam – mam powody). Ale moje nieszczęsne ja! Moje subiektywne, osobiste, niepokojące ego, które wynalazł nawiedzony lekarz wiedeński badając wariatów, a które ja z pewną umysłową ambicją, na tak zwanym wyższym poziomie abstrakcji nauczyłem się odróżniać od swych osobistych płuc, wątroby, żołądka, trąbki Eustachiusza, kory mózgowej i innych składników organizmu. Organizm przeznaczałem co do miligrama na pokarm dla fauny i flory. Ale ego jest niejadalne, niepożywne, nieorganiczne, nie da się z niego wydusić ani odrobiny białka, azotu czy soli mineralnych.

Jednak i z tym się pogodziłem, że mi to ego, tę moją jaźń, tę moją – co tu gadać – duszę zżarli filozofowie materialiści, pozytywiści, neurofizjologowie i różni rozdłubywacze tkanek, którzy mówili, jak naprawdę jest, bo zaglądali do środka. A było fatalnie. Całe moje ego, moje psychiczne diabli-wiedzą-co, moja dusza-nie-dusza, słowem cała mojość moja, aczkolwiek niejasna pod względem swej istoty, wsobna taka i podmiotowo-suwerenna, tkwiła mnóstwem korzeni w moim organicznym mózgu i z niego tylko mogła wynikać, jak płomień z knota świecy. A ci rozdłubywacze potrafili jeszcze dokładnie wskazać, gdzie jaki korzeń czy raczej korzonek, gdzie jaki korzoneczek jakim mikroskopijnym włókienkiem trzyma moje ego na uwięzi, żeby nie mogło odfrunąć. Ani za życia, ani w godzinie śmierci mojej, amen. No właśnie. Amen nie mówiłem.

Co do religii, muszę przyznać, że nie byłem człowiekiem wierzącym. Właściwie mój stosunek do czynnika nadprzyrodzonego przypominał nieco odnoszenie się nieśmiałego mężczyzny do niedostępnej miss świata. Kto wie nawet, czy nie było to zachowanie impotenta. Lekko ćmiący ból nieosiągalności i wiecznej rozłąki. Trudno mi twierdzić, żebym z wyrokami tych materialistów i neurofizjologów godził się całkiem bez żalu. W istocie jednak znosiłem je dzielnie. Rzeczowo. Przyjmowałem po prostu do wiadomości, że jest jak jest. Mam doczesne ego, które razem ze mną wpadnie kiedyś w czarną, wielką dziurę. Innej szansy nie ma. Stwierdzono naukowo. I tylko ta dziura wydawała mi się jeszcze większa i czarniejsza.

Żyłem więc bez religii, na co złożyły się różne przyczyny związane z wychowaniem w dzieciństwie, przejściami wieku dojrzałego i pewnymi cechami mego usposobienia. Opowiem o tym wszystkim w odpowiedniej chwili. Nie odczuwałem nigdy potrzeby modlitwy. Nie znam w gruncie rzeczy przeżycia religijnego, bo nie doświadczyłem go osobiście pod żadną postacią. Nawet w cierpieniu, w niebezpieczeństwie, w najgorszych opałach, kiedy na przykład wepchnięto mnie do więzienia i zwaliłem się na jakiś wszawy barłóg, albo innym razem, kiedy zmiotła mnie lawina śnieżna i toczyłem się łamiąc żebra, nie przyszło mi na myśl oddać się w opiekę Najwyższemu. Nie przejawiłem takiego odruchu krzykiem ani szeptem, ani chociażby niemym spojrzeniem, niczym. Pamiętam, że w okolicznościach tego rodzaju gwałtownie siwiałem, ale nie wzywałem Boga. Z zimną determinacją, jakby wręcz obojętnością powierzałem się losowi.

Nigdy nie złorzeczyłem Bogu. Natomiast gdy raz (a było to krótko po wypuszczeniu mnie z więzienia) szedłem samotnie przez niewielki lasek i nagle przeleciał w górze helikopter policji politycznej, to zadarłem głowę i całkiem spontanicznie wrzasnąłem: „Ty skurwysynu, świńska mordo, ty drański śmierdzielu”. I dopiero po chwili zrobiło mi się trochę wstyd tego krzyku. Oczywiście, nigdy się nie spowiadałem. Wszystkie winy, bo nie powiem – grzechy, wszystkie niegodziwości swoje, upadki, hańby niosłem na grzbiecie jak wór kamieni i zaniosłem do grobu, który mi pewnie gdzieś zrobiono.

Ale miałem też tajemnicze poczucie powinności. Miałem w sobie jakiś mus nakazujący coś robić, czegoś nie robić. Wiem z całą pewnością, że ten mus we mnie siedział i wiercił mi dziurę w brzuchu, a jego pomysły, wymagania i pretensje bywały niesłychane, w dodatku zaś występował z nimi w najmniej odpowiednich momentach. Życie moje polegało w znacznej mierze na dekownictwie przed służbą u tego rozkazodawcy, na mydleniu mu oczu, na ciągłych próbach wymigania się od czegoś albo zrobienia czegoś za jego plecami, chociaż o dezercji nie mogło być mowy. Prawdę mówiąc, porządnie się u niego natyrałem. Poniosłem wiele strat, niestety bezpowrotnych, a wykonując różne nakazane misje oberwałem też nielicho. No choćby to więzienie. Ostatecznie tylko wskutek podbechtywań mojego tajnego dyrygenta zapudłowano mnie w tym zakichanym kryminale.

Ale mus wewnętrzny sprawiał mi jeszcze inne trudności. Nie wiedziałem, kim on jest, skąd się wziął i na jakiej podstawie tak się rządzi. Nigdy tego dostatecznie nie zgłębiłem. Nie zawsze rozumiałem jego zarządzenia, w szczególności ich logikę. Przyłapałem go zresztą na rażących błędach, za które, naturalnie, ja musiałem pokutować, gdy tymczasem on wydawał mi już nowe polecenia. Jednak nie idzie mi w tej chwili o doznane krzywdy. Idzie mi o niejasne źródła i tytuł tych poleceń. Znałem różne teorie etyczne, próbowałem szukać w nich wytłumaczenia sprawy, ale raczej bez skutku.

Urodzony byłem w epoce, na którą padł cień dwóch nawiedzonych: dziewiętnastowiecznego emigranta z Nadrenii, oszalałego pieniacza ludzkości, Marksa, i tego drugiego diabła, wiedeńskiego lekarza-psychiatry, podglądacza ludzkości, Freuda. Marksowi będę jeszcze musiał poświęcić należną uwagę, gdy przyjdzie na to pora. Co się tyczy Freuda, nie dał mi się tak bardzo we znaki. Ale jako dziecko swoich czasów usiłowałem, rzecz prosta, wyjaśnić sobie zagadkę moralnego musu i jego pochodzenia zwracając się do obu naszych proroków. Otóż pieniacz zawiódł w tej mierze całkowicie, gdyż pochłonięty wyłącznie przedmiotem swego pieniactwa, miał zwyczaj sprowadzać każdą sprawę do tego jednego przedmiotu, a jeśli się sprowadzić nie dała, co najwyżej lekceważył ją albo wyśmiewał. Ta się nie dała. Trochę zatumanił i naciągnął, sugerując, że źródłem moralności jest przynależność klasowa, trochę zlekceważył, trochę wyśmiał. Więcej pociechy miałem z podglądacza, który wymyślił mi ego. Ten znowu uczepił się swojej sypialnianej pornografii jak pijany płotu. Wyobrażałem go sobie zawsze z nieco zaczerwienionymi uszami, gdy zapuszcza żurawia za gors mojej babci Michaliny albo gdy podkasuje nocne koszule wiedenek. Takie z koronką i falbankami. A potem jeszcze chichocze nad Edypami, mężami tych kobiet, i zagląda do malowanych nocników. które na pewno stoją tam pod łóżkami.

Ale od Freuda dowiedziałem się, gdy byłem już mężczyzną po trzydziestce i miałem za sobą dość liczne perypetie z musem wewnętrznym, że nad moim ego istnieje rodzaj dobudówki, jakby wyższej kondygnacji. Freud lubił konstrukcje dwupoziomowe, w których coś było pod spodem, coś na wierzchu, a prócz mitologii greckiej lubił, jak przystało na starego wiedeńskiego profesora, łacinę. Otóż dobudówka do ego nazywała się superego. Pewne cechy upodobniały ją do mego wewnętrznego rozkazodawcy. Superego sprawowało kontrolę nad ego. Było jednak nie tyle czynnikiem inspirującym i kierowniczym, ile cenzorem. Było wyższym mną, nie pozwalającym niższemu mnie na różne paskudztwa, do których niższy ja ciągle się rwałem. Tymczasem ja prawdziwy chciałem w istocie wiedzieć, skąd moje superego wie, że to są paskudztwa. Takie było moje zasadnicze pytanie. Na to Freud odpowiadał, że superego jest kulturalne, inaczej niż samo ego – instynktowne i pierwotne. Superego, począwszy od wczesnego dzieciństwa, pobierało nauki i dostosowywało się do panujących obyczajów. Gdybym był młodszy i zadawał się z Marksem, byłbym to wyjaśnienie przyjął za dobrą monetę. A teraz kręciłem tylko głową. Rozumiałem, że podczas pobierania swoich nauk jedno superego dowiaduje się czego trzeba od drugiego czy wielu drugich. W porządku. Ale z czego czerpało początkową wiedzę jakieś takie superego pierwsze? Po prostu ze wstydu – zdawał się mówić zdziwiony Freud i czerwieniały mu uszy. Byłem jak natrętne dziecko. Chciałem dalej pytać: a skąd był wstyd?

Tak przedstawiało się moje przygotowanie, że tak powiem, intelektualne do spotkania z wielką dziurą. Jakie tam zresztą przygotowanie! W rzeczywistości nie zrobiłem żadnych przygotowań. To, co tu przytaczam, jest garścią szczegółów ilustrujących moje nieskładne wyobrażenia o śmierci i częściowo o sumieniu, z którym wedle powszechnej opinii człowiek powinien przed śmiercią uporządkować stosunki. Tego jednak też nie zrobiłem. Jak bardzo wszystko to było ode mnie dalekie, wystarczająco świadczy fakt, że nie spisałem nawet testamentu. Cóż dopiero mówić o przygotowaniu do śmierci w zakresie metafizycznym! Miała mnie pochłonąć absolutna nicość, wszelkie związki moje z bytem, wszelkie odniesienia do jakiegokolwiek wyobrażalnego jestestwa miały bezapelacyjnie ustać, moja tożsamość miała ulec zatracie i nie miał się zachować najlżejszy ślad mojej świadomości.

Gdy jednak rzeczywiście skonałem, to znaczy podległem ostatecznemu trzepnięciu i eksplodowałem w zaświat, ogarnęło mnie zdumienie bezgraniczne jak sama nieskończoność. Właśnie stan zdumienia był moim pierwszym stanem po śmierci. Wiedziałem, że nie żyję. Zdałem sobie sprawę z różnych jaskrawych braków. Mniejsza o to, że nie miałem rąk, nóg, tułowia i w ogóle własnej substancji. Ale nie mogłem się też o nic oprzeć, ponieważ brakowało oparć. Jak już wyjaśniałem, nie było żadnych obiektów na zewnątrz mnie, chociaż wszystkie istniały poniekąd we mnie. A więc nie mogłem się nigdzie w stosunku do niczego przesunąć, zmienić miejsca, wykonać ruchów, które niezliczoną ilość razy wykonywałem za życia: na przykład wstać z fotela i usiąść na kanapie, albo przejść od kamienia do kamienia. Wcale mi to jednak nie dokuczało. Nie czułem potrzeby takich ruchów, przynajmniej w tym pierwszym momencie. Raczej zachłysnąłem się bezmiarem innych możliwości. Gdy w sposób instynktowny i zupełnie teoretyczny skupiłem się na sprawie siedzeń, wkrótce z jakichś nieokreślonych wirów i świetlistych mgieł wynurzył się fotel, po czym okazało się, że może powstać tyle foteli czy kanap, ile zechcę, i to w dowolnym gatunku. Stwarzałem je w swoim wnętrzu, a wywołać je nie było trudniej niż pomyśleć: fotel, kanapa. Podobnie mogłem wyłonić stado żyraf, piramidę Cheopsa lub konstelację Andromedy. Zjawiały się także inne twory, wcale przez moją wolę nie wezwane. Lecz najbardziej dziwiło mnie, że umarłem, a przecież istnieję. Wszystkiego byłbym się spodziewał, tylko nie tego. Więc jednak, więc jednak to tak – myślałem. A mówili, że wszelkie procesy psychiczne ustaną. No i proszę! Nie ustały. Nie biło mi serce, nie oddychałem, mój encefalogram byłby z pewnością płaski, gdyby go zrobiono, a ja sobie nadal o różnych takich sprawach najzwyczajniej w świecie myślałem. Myślałem, wiec byłem, niczym Kartezjusz.

Fakt ten zasługiwał niewątpliwie na refleksję filozoficzną, ale nie trzeba sądzić, że w tych okolicznościach zająłem się filozofowaniem. Nie było mnie stać na myśli szczególnie głębokie. Muszę od razu uprzedzić ewentualny niesłuszny domysł czytelnika, że moja inteligencja, zetknąwszy się z tak nowymi perspektywami i warunkami poznawczymi, odpowiednio wzrosła. W rzeczywistości pozostała na tym samym poziomie, co zawsze, a w pierwszej chwili, jakby pod wpływem wstrząsu i ogólnego oszołomienia, spadła nawet na poziom niższy od zwyczajnego. Krótko mówiąc, kompletnie zbaraniałem. Ograniczyłem się do spostrzeżenia, że coś tu wyszło inaczej, niż było przewidziane, i chyba dusza z ciała wyleciała, ot co. Masz, babo, placek. Zamiast korzystać z niesłychanych możliwości i rozejrzeć się uważnie po wszechświecie, trwałem w słodko-rzewnym ogłupieniu. Kłębiły się jakieś chaosy, tumany, przypływały figury trudne do zidentyfikowania, wirowały miliardy drobin, brzmiały tony, dzwony, dźwięki i podźwięki, rozlegały się echa zgiełków całkiem bliskich i niezmiernie odległych, jakby głosy tłumów, jednostek ludzkich i całej historii świata, a ja zagapiony i zasłuchany w to wszystko, tak sobie lekko, niematerialnie, głupawo byłem i tylko się zdumiewałem.

 

 

 

 

 
Ks. Jan Kracik: Być starym dawno temu

Feliks Netz: Filemon i Baucis – o Sandorze Marai

Dziennik Sandora Marai: „Jak powoli umieram”

Anna Mateja: Zanim pójdziemy do raju

Jacek Bocheński: Kawałek prozy

Jacek Filek: Chwilę po-być, nieco się ociągać

David Morris Polowanie na staruszków

„Danie miesiąca” polecają: Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski

Ściąga z kultury

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl