|
NIEZNANY KS. JERZY POPIEŁUSZKO
„Wcześniej czy później zginę”
ANNA SZANIAWSKA
- Poznałam go w Prymasowskim Komitecie Pomocy
Więzionym, Internowanym i ich Rodzinom. Siedział na stole, ubrany na sportowo,
roześmiany, na absolutnym luzie. Nie wiedziałam, kto to, więc spytałam Danusię
Szaflarską. Pamiętam, jak się oburzyła: „No jak to, to ty nie wiesz? To
przecież ksiądz Popiełuszko!”.
W tym czasie znali się już z moim mężem. Klemens
systematycznie chodził na procesy robotników „Ursusa” i Huty Warszawa. Kiedyś
z ubolewaniem mówił mi: „wyobraź sobie, na sali było kilku aktorów, ale tylko
jeden ksiądz” – właśnie Jerzy Popiełuszko. Na sali sądowej rodziła się ich
przyjaźń – profesora logiki i księdza. Odważę się powiedzieć, że było to nawet
coś więcej niż przyjaźń – raczej miłość, miłość syna do ojca i ojca do syna.
Klemens był niewierzący, ale przez przyjaźń z Jerzym jakoś przybliżył się do
Kościoła (a trzeba powiedzieć, że nie rozmawiali o Panu Bogu: Jurek nie
próbował nikogo nawracać...). Dla mnie to było coś wzruszającego, bo, choć
otwarty, mój mąż nie był człowiekiem, który łatwo „kupował” i dawał przyjaźń.
A jednak coś musiało się w nim przełamać i on autentycznie tego chłopaka
pokochał.
„Chłopaka”, bo przecież Jurek był bardzo chłopięcy.
Uwielbiał gadżety – jak widział coś elektronicznego, ręce same mu się
wyciągały. Kiedy przychodził do Komitetu Prymasowskiego, który przypominał
wtedy świetne delikatesy, zachowywał się jak w sklepie z zabawkami. Samochodem
też cieszył się jak dziecko: kiedyś jechałam do Komitetu, słyszę klakson, z
sąsiedniego wozu wychyla się Jerzy i woła: „Ścigajmy się”. Nie brakowało mu
też jakiejś chłopięcej próżności. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł po wakacjach,
opalony, w krótkich spodenkach, gdybym była młodsza – po prostu do zakochania.
Widać było, że ma świadomość, jak świetnie wygląda, i jak to go cieszy.
Dzisiaj kreuje się go na jakąś udrapowaną wielkość, a
my przecież obserwowaliśmy, jak rósł każdego dnia. Gdy przyszedł do seminarium,
bardzo źle mówił po polsku. Urodzony w Okopach, wsi na Białostocczyźnie, miał
nawet kompleksy na tym tle i milczał, a klerycy się z niego śmiali. Pamiętam
Mszę za Ojczyznę, na którą spóźniliśmy się po wizycie u przyjaciół i zostaliśmy
na zewnątrz, z Pawłem Czartoryskim i Kazimierzem Dziewanowskim. „Jak to jest –
mówił wtedy Paweł – że ten chłopak z miesiąca na miesiąc tak dojrzewa? Przecież
każde jego kazanie jest bogatsze: językowo, treściowo, ideowo”. To zjawisko
fascynowało do tego stopnia, że autorstwo kazań przypisywano komuś innemu.
Nawet ludzie dobrze znający Jurka pytali czasem, czy to nie Klemens je pisze.
Prostowałam, jak mogłam, bo przecież to była jego samodzielna praca – czasem
tylko przychodził, prosił Klemensa, żeby zerknął, czy coś nie przekracza jego
poczucia smaku, czy nie przeszarżował...
Skromność Jerzego: pamiętam kontrast między nim a
księdzem Jankowskim. Proboszcz św. Brygidy już wtedy otaczał się przepychem, a
Jurek mieszkał w maleńkim pokoiku, za przepierzeniem, gdzie, żeby oglądać telewizję,
trzeba było wejść na tapczan (bo tylko tapczan się tam mieścił). Ale mówił o
Jankowskim z podziwem: „no, on to jest panisko”. Był dumny, że taki słynny
ksiądz w ogóle z nim rozmawiał. Inny przykład. Gdy było 40-lecie powstania w
getcie, ktoś zwrócił się do mnie z prośbą, by Jurek odprawił Mszę w intencji
poległych Żydów. A Jurek powiedział, że jest niedouczony: nic nie wie o
Holokauście, o Żydach... U niego na wsi się o tym nie mówiło, podobnie w
seminarium, więc poprosił, żeby znaleźć kogoś, kto podczas Mszy powie coś o
samym wydarzeniu. „Ja nie mogę być w fałszywej roli, mówić coś, czego nie
czuję, to jest zbyt ważna sprawa”. Zachwycił mnie, że się tak do tego przyznał.
O wykład na temat Zagłady – wykład, który odbył się w trakcie Mszy –
poprosiliśmy Jana Józefa Lipskiego.
Kiedy rozmawialiśmy o polityce, Jurek nie mówił z
pozycji działacza czy przywódcy mas. Nie chcę lukrować jego postaci, ale w nim
naprawdę nie było ambicji do władania duszami. Czuł się odpowiedzialny za
powierzone mu środowisko – za pielęgniarki, hutników, do których trafił
niemalże przypadkiem (bo nie bardzo miał kto pójść do strajkujących...).
Zabiegał o nich, dbał, wiedział o każdej rodzinie, która jest w potrzebie.
Kiedy przychodził do Komitetu prosić o pomoc, mówił: „jak nie dacie, to
ukradnę”. Zdumiewał się, że na Msze za Ojczyznę przyjeżdżają aż takie masy z
całego kraju.
Był lojalny wobec swoich podopiecznych. Pamiętam, że
byłam kiedyś na „jego” niedzielnej Mszy o dziesiątej rano. W czasie kazania
oznajmił, że zgłosił się do niego robotnik z Huty Warszawa, który zwierzył mu
się, że przymuszony zgodził się na współpracę z UB. Jurek przeczytał jego oświadczenie:
„Pragnę Księdza poinformować, że czując się poniżony w stosunku do swojej
godności ludzkiej wymuszeniem na mnie napisania oświadczenia, żadnej współpracy
prowadzić nie zamierzam. Proszę Księdza o rozpowszechnienie mojego listu,
Łaskawiec Wiesław, pracownik działu »tt« Huta Warszawa”.
Pode mną ugięły się nogi. Myślałam „Chryste Panie, tu
jest mnóstwo ubecji, tego człowieka nie ruszą, bo już podał swoje imię i
nazwisko, więc jest jakoś chroniony (skądinąd odwaga i uczciwość tego robotnika
– niebywała!), ale Jurek podpisał na siebie wyrok śmierci”. Po Mszy podbiegłam
do niego wołając: „Jurek, coś ty zrobił”. Odpowiedział: nie mogłem inaczej,
nie mogłem zawieść zaufania tego człowieka.
Czy się bał? Po ludzku się bał. Rozmawialiśmy kiedyś o
tym, że nie powinien wracać od nas sam – niby to tylko dwa przystanki, ale
trzeba iść ulicą Krasińskiego: czy się nie boi, że ktoś wyjdzie z zaułka, da mu
w głowę? (To było już po tym, jak wrzucili mu do mieszkania cegłę z ładunkiem
wybuchowym.) Zabrzmi to patetycznie, ale tego nie zapomnę: „Aniu, wcześniej
czy później ja zginę”. Odpowiedziałam: „to lepiej później niż wcześniej”. „To
już w rękach Pana. Zresztą cóż jest wspanialszego dla księdza niż zginąć za
Boga i Ojczyznę?” – wszystko takim normalnym, naturalnym głosem.
Odprowadziliśmy go wtedy, a on powtarzał, że nie może tak żyć, ciągle otoczony
kokonem.
Ludzie mnie pytają, po której stronie byłby dzisiaj
ksiądz Jerzy. Samo pytanie jest porażające, bo już zakłada dzielenie. Opowiadam
wtedy, jak go pamiętam i proponuję: sami osądźcie, do kogo byłoby mu bliżej.
Nie chcę go szufladkować. Myślę, że byłby dziś głęboko nieszczęśliwy. Miał taką
idealistyczną wizję „Solidarności”, próbował godzić zwaśnione nurty opozycji –
myślę, że patrząc na tę obecną nienawiść, czułby się źle. Przecież gdy mówił
„zło dobrem zwyciężaj”, to nie był frazes. W pierwszą Wigilię stanu wojennego
przyszli do nas z parafii św. Stanisława Kostki, że wszędzie szukają księdza
Jerzego. Co się okazało: Jurek wziął opłatki i jeździł po Warszawie, dzielić
się z żołnierzami, którzy klękali na śniegu, spowiadali się, płakali, całowali
po rękach, że ich nie potępia, tylko przychodzi z dobrym słowem...
Jurek nie był intelektualistą, a skupiał wokół siebie
paletę ludzi wybitnych, patrzących w niego jak w obraz. Myślę, że przyciągała
ich jego normalność, jego człowieczeństwo i jego – dla nich – niepojęta odwaga.
Wiem, że dziś toczy się proces beatyfikacyjny Jurka i... jakoś mi dziwnie. Nie
wiem, jakie warunki powinien spełnić kandydat na ołtarze, znałam go jak brata,
kochałam i podziwiałam, a przecież mi się w takim tradycyjnym obrazie świętego
nie mieści. Zbyt był normalny.
|