|
NIEZNANY KS. JERZY POPIEŁUSZKO
Słowa wybaczenia
EDWARD WENDE
- Po jednej z pierwszych Mszy za Ojczyznę przedstawiła
nas sobie Maja Komorowska. Dla niej było oczywiste, że powinienem go poznać, a
ja chciałem go poznać, bo z daleka wydawał się być wrażliwym, delikatnym,
dobrym człowiekiem. Szybko się zaprzyjaźniliśmy; wiele mu zawdzięczam – zarówno
ja, jak moja żona i dzieci.
Kiedy w r. 1983 pojechaliśmy razem nad morze, a jemu
SB bez przerwy deptała po piętach, czuł już zbliżające się zagrożenie, a może
nawet nadchodzącą śmierć. Powiedziałem mu kiedyś: „Jurek, jeżeli będziesz
dalej tak nieostrożny i będziesz chodził sam, coś może się stać. Musisz
uważać”. Na co on: „Wszystko w rękach Pana Boga”. Przechadzaliśmy się po plaży
w Dębkach i Jurek zapytał, czy jak go zamkną, będę go bronił. Wydało mi się to
absurdalne – jako prawnik nie widziałem powodu, dla którego mieliby go zamykać.
„No dobrze, ale gdyby...” Rzecz jasna zgodziłem się, ale cały czas myślałem,
że jest przeczulony, może nawet histeryzuje. Szybko się okazało, że przeczucia
go nie zawiodły.
Już w kilka miesięcy później, w grudniu 1983, Jerzego
wezwano do prokuratury, gdzie czekała pani Anna Detko-Jackowska (adwokaci
nazywali ją „żółta”, bo chodziła po sądzie w żółtym dresie). Po przesłuchaniu,
na którym roiło się od idiotycznych pytań – np. czy kapłan w czasie liturgii
może deformować hostię (chodziło o trzymanie jej w palcach tworzących znak
„V”) – prokurator zarządziła przeszukanie w maleńkim, odziedziczonym po ciotce
17-metrowym mieszkaniu przy ul. Chłodnej. Fakt, że w ogóle posiadał mieszkanie,
posłużył do wywołania kampanii pomówień. Tekst niejakiego Michała Ostrowskiego
„Garsoniera obywatela Popiełuszki” – opublikowany w „Expresie Wieczornym”, a
następnie w innych gazetach i czytany w radiu – wyszedł najprawdopodobniej spod
pióra Urbana.
Wraz z Tadeuszem de Virion odmówiliśmy asystowania
przy przeszukaniu. Uważaliśmy, że jest to czynność egzekucyjna i że adwokaci
nie powinni jej uwiarygodniać. Chcieliśmy natomiast, żeby Jurek nie był sam,
więc zadzwoniliśmy po Waldka Chrostowskiego. Obaj opowiadali potem, że
funkcjonariusze (wśród nich przyszły zabójca Leszek Pękala) chodzili jak po
sznurku – bez najmniejszego zastanowienia wyjmowali z różnych zakamarków a to
amunicję, a to materiały wybuchowe, a to bibułę. Te podrzucone przez SB
przedmioty posłużyły za podstawę zatrzymania Księdza na dwie doby w Pałacu
Mostowskich. Następnego dnia moja żona przygotowała jego ulubioną zupę pomidorową,
którą udało mi się dostarczyć. Gdy wróciłem do domu i ok. dziesiątej wezwał
mnie prokurator Traczewski, żebym się natychmiast zgłosił w Pałacu Mostowskich.
Nie chciał powiedzieć, o co chodzi, więc zdenerwowałem się, czy czegoś mu nie
zrobili. Gdy dotarłem na miejsce, stojący w drzwiach funkcjonariusz,
rozglądając się lękliwie, powiedział: „Panie mecenasie, wypuszczą go”. A więc
nawet tam byli ludzie życzliwi. Okazało się, że po interwencji arcybiskupa
Dąbrowskiego u gen. Kiszczaka zdecydowano o uwolnieniu Popiełuszki. Nie sąd,
nie prokurator, tylko minister spraw wewnętrznych decydował o czyimś uwolnieniu...
Przesłuchania ks. Jerzego trwały długo – do lipca
1984, kiedy przygotowano akt oskarżenia. (Do procesu, jak wiadomo, nie doszło –
księdza objęła amnestia.) Podczas przesłuchań odmawiał odpowiedzi. Ściśle
stosował się do naszych rad i zachowywał spokój. Nie dawał się sprowokować,
nawet gdy pani prokurator konsekwentnie mówiła do niego „proszę pana”.
Jurek był ciepłym, dobrym, głęboko wierzącym człowiekiem.
Podczas wakacji, jakie spędzaliśmy w Dębkach, odprawił Mszę z okazji moich
urodzin. Pamiętam, że w homilii mówił bardzo mądre rzeczy, najprostszym językiem.
Nie był intelektualistą. Przed porwaniem mówiło się, że wyjedzie na studia do
Rzymu, ale on zwierzył mi się: „Edward, przecież ja nie jestem typem mola
książkowego. Z pewnym trudem skończyłem seminarium. Moim powołaniem jest być
wśród ludzi, a nie studiować w Watykanie. Ja się do tego nie nadaję”. Robotnicy
go uwielbiali. To zresztą był, moim zdaniem, prawdziwy powód, dla którego
został zabity – miał wpływ duchowy na rzesze ludzi, a komuniści utożsamiali to
z władzą cywilną – uważali, że jest przywódcą, liderem politycznym, a tego nie
mogli tolerować.
Ksiądz Jerzy oczywiście nigdy nie wydałby swoim
wiernym poleceń politycznych, ale tego komuniści nie potrafili pojąć. Jeszcze
przed zatrzymaniem analizowałem jego kazania pod kątem ewentualnego procesu –
tam naprawdę nie było żadnych haseł politycznych. Może jeden raz się
zdenerwował, po zabójstwie Grzegorza Przemyka, kiedy mówił o szatanie, który
„przerwał niewinne, młode życie w sposób bestialski, zabrał matce jedynego
syna, bo nie wystarczyło mu, że wielokrotnie pastwił się nad matką i chłopcem,
że 1 maja matkę wraz z synem, który za parę dni miał zdawać maturę,
przetrzymywał w areszcie bez żadnego powodu”. I to wszystko – reszta była po
prostu prawdą; prawdą niewygodną dla komunistów, ale zawsze w kontekście
Ewangelii.
To nie były nigdy wezwania do buntów – odwrotnie,
zawsze apelował, żeby ludzie rozchodzili się w spokoju, żeby nie dali się
sprowokować. Trzeba też pamiętać o gestach, jakie czynił wobec swych
prześladowców – o tym wychodzeniu do żołnierzy z opłatkiem, o noszeniu kawy
esbekom, o tym, co mówił podczas ostatnich rozważań różańcowych na temat
zwyciężania zła dobrem... Podczas przemówienia końcowego w procesie toruńskim
powiedziałem to, co po tylu latach mogę powtórzyć – że zabójstwo się oskarżonym
udało, ale celu nie osiągnęli. „Z zamierzonego zła nie powstaje zło, ale
wielkie niezamierzone dobro”. Kończyłem wówczas: „Tragedią, tak, tragedią
oskarżonych jest i to, że im się to zabójstwo tak udało. Odebrali i sobie
szansę. Bo gdybyśmy na tej sali mogli usłyszeć głos księdza Jerzego, to
usłyszelibyśmy słowa miłosierdzia i wybaczenia”.
|