|
NIEZNANY KS. JERZY POPIEŁUSZKO
Ostatnie wakacje
JAN GROSFELD
- W sierpniu 1984 roku znalazłem się nad Bałtykiem, w
małej miejscowości niedaleko Karwi. Przeżywałem wówczas poważny kryzys życiowy.
Pewnego dnia do moich przyjaciół, którzy wynajmowali tam dom letniskowy,
przyjechał ksiądz Jerzy Popiełuszko. Choć znaliśmy się już wcześniej, to
wakacyjne spotkanie pozwoliło mi lepiej go poznać. A także Pana Boga.
Wokół księdza Jerzego już od dłuższego czasu panowała
atmosfera zagrożenia stwarzana przez Służbę Bezpieczeństwa. Funkcjonariusze nie
rezygnowali z żadnej okazji, również wakacyjnej. Sam Ksiądz mówił, że w pewnej
odległości od domku, w którym mieszkał, dniem i nocą kryli się wywiadowcy.
Można ich było dostrzec, także w ciemności, bo nie wahali się używać latarek.
Cel był jasny – zastraszyć Księdza, zmusić do rezygnacji i zaniechania działań,
które były nie do zaakceptowania przez komunistyczną władzę.
Ksiądz Jerzy nie rezygnował, ale nie oznacza to, iż
nie miał ludzkich odczuć i reakcji. Ogarniało go zdenerwowanie, lęk,
przygnębienie, powodowane nie tylko przez akcje przeciwników zewnętrznych, ale
i przez tak zwane dobre rady, płynące z bliższych środowisk.
Często wyobrażamy sobie świętych jako ludzi bez skazy,
załamań i grzechów. Ale cóż to byłaby za świętość, która opierałaby się na
cnotach ludzkich? Bóg nie byłby wówczas do niczego potrzebny. Na czym miałoby
polegać wytrwanie, jeśli przychodziłoby bez trudu, obaw, bez słabości? I św.
Paweł nie był od nich wolny, o czym świadczą Listy, gdyż „moc w słabości się
doskonali”. Gdy człowiek idzie z Bogiem ku Ziemi Obiecanej, „rośnie w drodze
jego siła”. Ludzka słabość była widoczna na twarzy księdza Jerzego, także w
rozmowach, jakie prowadziliśmy. Był szczery, słabości nie ukrywał, chociaż też
jej nadmiernie nie manifestował. Wątpię, bym umiał dodać mu otuchy, sam byłem w
sytuacji nie skłaniającej do optymizmu ani nadziei.
Pewnego dnia poprosiłem go o spowiedź. Poszliśmy do
lasu. I tam podczas spaceru lub siedząc na pniu drzewa wyznawałem swój grzech,
jak bardzo szczerze – nie wiem. Czułem się nieszczęśliwy, bez kierunku w życiu,
choć może sobie z tego nie zdawałem wprost sprawy. A jednak tym, co
zapamiętałem z tej spowiedzi, nie byłem ja sam z moimi problemami, lecz
niespodziewana zmiana, jaka zaszła w Księdzu. Jego twarz wypogodziła się,
zniknęły lęk i napięcie. Bóg sam wszedł w posługę sakramentalną, by okazać się
mocniejszym od ziemskiego niebezpieczeństwa i smutku. Pokój, którym Pan
napełnił swego sługę, udzielił się i mnie. Wracaliśmy podskakując, jak obiecuje
psalm: „Pagórki skakać będą jak baranki”.
Nigdy nie przypuszczałem, że groźby, do jakich
posuwała się tajna policja wobec księdza Jerzego, mogą się zrealizować i to w
takiej formie. Należałem, niestety, do tych ludzi bez wyobraźni i świadomości,
dla których śmierć staje się rzeczywistością dopiero wówczas, gdy faktycznie przychodzi.
On wyraźnie zdawał sobie sprawę z faktu, że zagrożenie śmiercią jest bardzo
konkretne. Czy bał się jej? Czy w ogóle jest ktokolwiek, kto naprawdę się jej
nie boi? Święty to taki człowiek, który jest świadomy wszystkich swych
słabości, grzechów, ograniczeń i... zdaje się w nich na Pana, bo wie, że On ze
śmierci wyprowadza życie. Porwanie i śmierć Księdza oraz jej okoliczności były
dla mnie szokiem. Tym jednak, co okazało się od szoku silniejsze, jest owo
sierpniowe doświadczenie interwencji Boga. W odmienionym obliczu Księdza Bóg
pokazał, że jest mocniejszy od strachu i śmierci. Dlatego nieżyjąca już żona
naszego przyjaciela nieraz po jego śmierci mówiła: „Słuchaj, prosiłam wczoraj
Jurka, by mi pomógł. A była to sytuacja bez wyjścia. I mnie nie zawiódł”.
|