|
NIEZNANY KS. JERZY POPIEŁUSZKO
Kontrapunkt nr 38: Nieznany ks. Jerzy Popiełuszko
Kłopot z księdzem Jerzym
Z ks. infułatem Zdzisławem Królem, postulatorem procesu
beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki rozmawiają ks. Adam Boniecki i Michał
Okoński
„Tygodnik Powszechny”: – Kto to jest
postulator?
KS. ZDZISŁAW KRÓL: – Najkrócej mówiąc, to człowiek
wyznaczony przez biskupa diecezji, w której toczy się proces beatyfikacyjny, do
zajmowania się organizacją tego procesu. Proces rozpoczął się, jak wiemy, 8 lutego
1997 r. Na razie toczy się na szczeblu diecezjalnym, dlatego pytanie, kiedy
ksiądz Popiełuszko będzie błogosławiony, jest przedwczesne. Naszym zadaniem
jest zebranie wszystkich dokumentów i świadectw ludzi, którzy znali ks.
Jerzego, słyszeli jego nauczanie; szczególnie tych, którzy mogą powiedzieć coś
na temat jego męczeństwa. To ważne rozróżnienie: prowadzimy proces
beatyfikacyjny męczennika, a nie wyznawcy, więc nie musimy dogłębnie studiować
życiorysu, analizować go pod kątem życia cnotami kardynalnymi, udowadniać
heroiczności cnót itd.
– Dlaczego w
ogóle zaczyna się czyjś proces beatyfikacyjny?
– Prawo kościelne przewiduje, że o beatyfikację
konkretnego człowieka mogą wystąpić biskupi – w naszym przypadku jest
jednogłośna uchwała Konferencji Episkopatu na temat wystąpienia do Kongregacji
ds. Beatyfikacji i Kanonizacji o przeprowadzenie procesu beatyfikacyjnego ks.
Jerzego Popiełuszki. Ale przecież nie było to jakieś widzimisię biskupów. Była
powołana komisja, która badała życie ks. Jerzego, przedstawiła dokumenty,
zapisy rozmów, z których wynikało, że ta beatyfikacja jest powszechnie
oczekiwana.
– Słyszało
się nawet głosy, że proces rozpoczyna się za późno...
– Kościół w tych sprawach zazwyczaj nie jest
gwałtowny. Chwała Bogu, świętych nie wybiera się w demokratycznym głosowaniu...
Dokumenty komisji, o której wspomniałem, nie miały
potem stać się dowodami w procesie. Na razie chodziło po prostu o ustalenie,
czy sprawa w ogóle ma szanse. Powiedzmy sobie szczerze: proces beatyfikacyjny
kosztuje.
– Czy
stworzono fundusz beatyfikacyjny ks. Jerzego?
– To należy do obowiązków postulatora. Oczywiście nie
można traktować sprawy w kategoriach biznesu, tym bardziej, że zapewnienie
pokrycia wszystkich kosztów nie oznacza automatycznie sukcesu procesu.
– Jakie
wydatki wiążą się z procesem?
– Wszyscy, którzy pracują w trybunale, otrzymują zwrot
kosztów podróży (niektórzy dojeżdżają), ale nie biorą wynagrodzeń. Wszyscy –
począwszy od postulatora, a kończąc na członkach trybunału – pracują
bezinteresownie. Koszta to przede wszystkim przepisywanie setek stron,
wydawanie ich drukiem dla późniejszych studiów w Kongregacji i tłumaczenie na
język zrozumiały w Rzymie. Tu nie można opierać się na wolontariuszach, ale
trzeba znaleźć profesjonalistów. Nie powiem, o jaki proces beatyfikacyjny
chodzi, by nikogo nie zniesławiać, ale kiedyś odesłano z Rzymu grubą księgę do
poprawek. Trzeba więc pracować wyjątkowo starannie i bez pośpiechu. Mamy złe
doświadczenia z minionego okresu, kiedy budowano most na 22 lipca, który po
kilku dniach trzeba było remontować.
W jakim zespole to robimy? Prymas powołuje Trybunał, a
postulator przedstawia kandydatów na sędziów. W naszym procesie sędziów jest
dwóch: ks. prałat Stefan Kośnik jako oficjał Sądu Biskupiego, biegły w
procesach beatyfikacyjnych prawnik (doktorat na KUL-u z prawa beatyfikacyjnego)
i kanclerz Kurii, ks. prałat Grzegorz Kalwarczyk. Ci sędziowie mają trzech
notariuszy, którzy notują wszystkie zeznania. Sędzia dyktuje notariuszowi każde
zdanie do protokołu. Sesje beatyfikacyjne nie są nagrywane. Wśród notariuszy
jest ksiądz Andrzej Łaguna, prawnik, który pisał pracę na temat męczeństwa.
Do Trybunału zalicza się też tzw. promotor
sprawiedliwości – najważniejszy i mający najwięcej pracy. Jest nim o. Gabriel
Bartoszewski, również specjalista od prawa beatyfikacyjnego, prowadzący w
przeszłości kilka procesów, m.in. o. Honorata Koźmińskiego. Kiedyś funkcję
promotora sprawiedliwości nazywano advocatus diaboli – bo czuwa on nad
poprawnością procesu i przygotowuje pytania, które potem zadawane są świadkom
(warto wiedzieć, że sędziowie przesłuchują świadków nie w dowolny sposób, ale
według ściśle ułożonego schematu).
Do dyspozycji Trybunału jest zespół teologów,
historyków i filozofów, który ocenia wszystko, co o Jerzym pisano. Są cenzorzy,
którzy oceniają poprawność teologiczną wszystkiego, co on napisał. I są
wreszcie eksperci, których zadaniem jest klarowne wyjaśnienie (np. dla
czytelnika z Rzymu) polskich zawiłości historycznych – czym zajmował się,
powiedzmy, IV Departament. Bp Choromański nam kiedyś opowiadał, że pojechał do
Rzymu, gdzie pytano go o polskich komunistów, w przekonaniu, że przypominają
komunistów włoskich. A kiedy pytający nic nie mogli zrozumieć, powiedział:
„Czekajcie, aż do was przyjdą, wtedy zrozumiecie”. Trzeba więc umieć
opowiedzieć naszą historię ostatnich lat, by rozjaśnić najbardziej delikatny
aspekt sprawy: wykazać, że prześladowanie ks. Jerzego to nie była tylko gra
polityczna, ale nienawiść, walka z Kościołem i religią.
– Na jakim
etapie jest proces beatyfikacyjny?
– Zakończyło się przesłuchiwanie świadków.
– Ilu?
– Naprawdę nie wiem – postulatorowi nie wolno ani
zeznawać, ani zaglądać do akt. W momencie rozpoczęcia procesu przedłożyłem
Trybunałowi teczkę z adresami i telefonami ok. 50 świadków.
– Niektórzy
przyjaciele ks. Popiełuszki żalili się nam, że nie zostali poproszeni o
złożenie świadectwa...
– Przychodziło do nas bardzo wielu ludzi, prosząc, aby
ich przesłuchać. Wielu z nich po pierwszej rozmowie wycofywało się. Okazywało
się bowiem, że ich wiedza często polegała na tym, że słuchali ks. Popiełuszki,
uczestniczyli w Mszach za Ojczyznę...
– O tych nie
mówimy – mówimy o przyjaciołach ks. Jerzego.
– Myślę, że takich też jest wielu. Ale ja wiem, co oni
wiedzą; wiem, że to, co chcieliby powiedzieć, zostało już powiedziane.
– Czy można
powiedzieć: „wiem, co chcieliby powiedzieć”?
– Można, bo z nimi rozmawiałem. Często chęć zeznawania
nie wynika z wiedzy, ale z głębokiej miłości do Jerzego. Nie poprosiliśmy o
zeznania także Lecha Wałęsy. Wydawałoby się, że i ja powinienem zeznawać –
skoro Jerzy był moim współpracownikiem jako Krajowego Duszpasterza Służby
Zdrowia, był moim podwładnym jako kanclerza Kurii, wielokrotnie rozmawiałem z
nim służbowo, a wreszcie – był moim przyjacielem. To moja gosposia chodziła
stawiać mu bańki, kiedy chorował. Dzisiaj wszyscy mówią, że byli jego
przyjaciółmi – nie spotkałem nikogo, kto twierdziłby inaczej – ale kiedy trzeba
było postawić mu bańki, to moja gospodyni jechała z Rynku na Żoliborz.
Jest taka filozoficzna zasada: „entia non sunt
multiplicanda sine necessitatem”, nie należy mnożyć bytów bez konieczności. Nie
należy mnożyć świadectw. Jeśli jest jakiś wzór, wystarczający, by zadanie
rozwiązać, po co szukać innego?
– Czyli
Trybunał nie stara się przesłuchiwać wszystkich?
– Nie ma takiej potrzeby. A przede wszystkim: gdybym
chciał przesłuchiwać wszystkich, musiałbym mieć jeszcze ze 300 tys. złotych.
– A ile
Ksiądz ma?
– 30 tysięcy. W tej chwili wszystko, co mieliśmy
zebrane, wydaliśmy – jesteśmy na zero. Na szczęście znalazła się grupa ludzi,
która złożyła oświadczenia o gotowości przyjścia z pomocą – zrobienia aktu
notarialnego, że jeśli będę niewypłacalny, wesprą mnie swoim majątkiem.
Prosili, by nie podawać ich nazwisk, ale mogę powiedzieć, że byli z księdzem Jerzym
zaprzyjaźnieni.
Proszę pamiętać też, że prowadzimy proces w sprawie męczeństwa.
Najbardziej interesuje nas udowodnienie, że ks. Jerzy miał świadomość, iż jest
głosicielem prawdy, dobra, sprawiedliwości; że staje w obronie człowieka i
wiary, że nie może się wycofać. „Jestem na wszystko gotowy” – to często
podkreślał, jakby wiedział, że go zabiją. O tym niewiele się mówi, a ja tego
dotykałem wiele razy – on wiedział.
– Skoro
mówimy o męczeństwie: jak udowodnić to, że ks. Jerzy zginął z nienawiści do wiary?
– Nie musimy tego udowodnić. Przecież nie możemy znać
najgłębszych intencji zabójców.
– Dlatego ten
proces wydaje nam się tak trudny – skoro twierdzenie o męczeństwie opiera się
na ocenie stanu psychiki zabójcy...
– To jest niemożliwe. Bo przecież przypominałoby to
lustrację: ludzie, którzy na kogoś nagromadzili oszczerstw, którzy
prześladowali, teraz mają dostarczać dowodów winy lub niewinności.
– Widzieliśmy
na procesie toruńskim, jak prokurator Pietrasiński niemal zrównywał mordercę i
ofiarę...
– Więc do nas należy co innego: pokazując działalność
księdza Jerzego, musimy udowodnić, że płynęła ona z wierności nauce Kościoła.
Spójrzcie, kogo Jerzy cytował – Ojca Świętego, kardynała Wyszyńskiego i oczywiście
Ewangelię. Przynajmniej kilka razy czytał mi wcześniej kazanie, które miał
powiedzieć podczas Mszy za Ojczyznę. Zdarzyło się, tylko jeden raz, że mu
powiedziałem „Jureczku, czy nie należałoby, no wiesz, tutaj...” Przyznał, że
już wcześniej ktoś mu na to samo zwrócił uwagę. I poprawił, żeby nie być źle
zrozumianym. Zależało mu na tym, by być głosicielem Ewangelii, by być wiernym
Kościołowi.
– Wróćmy do
udowodnienia męczeństwa za wiarę.
– Gdybyśmy umieli powiedzieć to tak prosto i
zwyczajnie, nie prowadzilibyśmy procesu. Ale spróbujmy podsumować: Po pierwsze,
ks. Jerzy był człowiekiem pełnym wiary, który prowadził swoją działalność z
pobudek religijnych, nie politycznych. Po drugie, wiedział, że mogą go
zamordować i nie zrezygnował. Czy dla głupstwa można dać się zabić? Trzeba mieć
głębokie przekonanie.
– Można dać
się zabić dla Polski.
– Ale trzeba patrzeć na to, co on robił – to była
działalność głęboko religijna.
– Relacje o
ostatnich chwilach życia Ks. Jerzego pochodzą od morderców. Czy ich zeznania
można brać pod uwagę?
– Nie chciałbym używać słowa „mordercy”. Nawet po
kilku wywiadach, jakich udzieliłem w związku z 15-leciem śmierci Jerzego,
krytykowano mnie za to, że „głaszczę” ludzi, którzy dopuścili się takiej
zbrodni. A przecież moją rolą nie jest wywoływać zemstę. Jestem chrześcijaninem
i bardzo mi się spodobała odpowiedź Ojca Świętego, który niedawno zapytany
przez dzieci w Rzymie, dlaczego przebaczył Ali Agcy, odpowiedział: „Bo Pan
Jezus kazał”. Te dzieci od razu zrozumiały, więc dlaczego nam tak trudno
zrozumieć? Podczas procesu toruńskiego, za który odpowiadałem od strony
kościelnej, wymogłem na reprezentujących nas oskarżycielach posiłkowych, by nie
mówili, że żądają kary śmierci (a miałem nawet przeciek, że na Piotrowskiego
kara śmierci była już wypisana). Radziłbym, aby kiedyś ktoś przypomniał tamto
przemówienie Krzysia Piesiewicza, dlaczego Kościół jest przeciwny karze
śmierci.
Co zaś do postawy uczestników zabójstwa ks. Jerzego,
powiem tylko tyle, że jeżeli chodzi o ich stosunek do sprawy, nie mamy
merytorycznych zastrzeżeń. Niektórzy z nich okazali nam nawet daleko posuniętą
lojalność. Nie mogę mówić o rzeczach, o których przyrzekliśmy, że nigdy nie
będą podane do publicznej wiadomości. A słowo kapłańskie się liczy.
– Można więc
ten wątek podsumować tak: na nasze pytanie o problem z zeznaniami świadków
śmierci, odpowiada Ksiądz – nie ma takiego problemu.
– Nie ma takiego problemu. A do momentu przejęcia
przez sprawców jest świadectwo Waldemara Chrostowskiego, dziś ogromnie
zaangażowanego w proces.
– O ile
pamiętamy, ks. Popiełuszko, mimo iż był duszpasterzem pielęgniarek,
odpowiedzialnym za medyczne zabezpieczenie pielgrzymki Papieża w r. 1983, nie
został do Ojca Świętego dopuszczony. Dlaczego?
– Jest tu pewne przekłamanie, które chętnie wyjaśnię.
Proszę pamiętać, że we wszystkich pielgrzymkach byłem jednym z
wiceprzewodniczących komitetu organizacyjnego. Miałem problemy, ponieważ władze
państwowe nie chciały pewnych ludzi dopuścić do komitetu. Jedną z osób
najbardziej kontestowanych był właśnie ks. Jerzy Popiełuszko. Powiedzieli mi
wprost, obrzucając go zresztą wszystkimi najgorszymi określeniami, że ks. Jerzy
nie może być szefem służby zdrowia. Sprzeciwiłem się, mówiąc, że ja się nie
wtrącam w to, że pan R. jest przewodniczącym ze strony miasta, więc oczekuję,
że i władze nie będą ingerować w skład naszej strony. Ks. Jerzy – mówiłem – zna
środowiska medyczne, wie, na co kogo stać, i my nie będziemy dawać na jego
miejsce kogoś nieprzygotowanego.
A do Papieża żaden z nas nie mógł się zbliżyć – mimo
iż byłem wiceprzewodniczącym, też nie mogłem podejść. Popatrzcie na zdjęcia z
tamtego czasu – kto był w ochronie. Czy ludzie, którzy potem należeli do grona
formujących zespół ludzi mających zamordować ks. Jerzego, mogli dopuścić go do
Ojca Świętego?
– Wynika z
tego, że o dopuszczeniu ludzi do Papieża decydowały władze bezpieczeństwa.
– No tak – to BOR dawał przepustki. Inna rzecz, że
czasem łatwiej było do czegoś przekonać naszych niż przedstawicieli Watykanu.
Jakbyście kiedyś chcieli zrobić wywiad na temat zamachu na Papieża, to ja jeden
z żyjących znam historię problemu, jaki pojawił się podczas Mszy na Stadionie
Dziesięciolecia. Arcybiskup Dąbrowski ściągnął mnie z korony stadionu, od
ołtarza na dół, gdzie stał generał X, który powiedział: „Trzech ludzi uciekło
z więzienia w Niemczech, ostatnio widziani byli we Wrocławiu, mają zrobić
zamach na papieża. A ksiądz walczy o to, żeby papież był jak najbliżej ludzi...
Czy ksiądz się nie boi, bo jak coś się stanie, to księdza oskarżymy?” Musiałem
ryzykować i uznałem, że rozstrzygająca jest wola Ojca Świętego – że chce być
blisko ludzi. Dali mi wtedy ze dwudziestu chłopców ze szkoły policyjnej.
Pamiętam, że mieli brudne i wytarte spodnie, stanęli przy ołtarzu i wypięli się
na ludzi, żeby zapewnić odpowiednio „efektowny” przekaz telewizyjny.
– Ksiądz
Jerzy nie krył też żalu po spotkaniu z Prymasem. Wypuszczono go z aresztu, przyszedł
do Prymasa – a Prymas potraktował go bardzo surowo, zarzucił mu, że nie zajmuje
się pielęgniarkami... Ks. Jerzy wspomina o tamtym spotkaniu w swoich
„Zapiskach”, więc może i o tym warto porozmawiać.
– Były rozmowy, w których i ja byłem surowy dla Jerzego.
Były rozmowy, w których był surowy biskup Romaniuk. Może się tego dziś
wstydzimy, ale przecież nie oznacza to, że chcemy o tym zapomnieć. Mnie było
najłatwiej, bo on był ze mną w stałym kontakcie. I to ja rozmawiałem z Jerzym
jako ostatni w diecezji, w czwartek wieczorem po nabożeństwie dla lekarzy u
sióstr wizytek, gdzie byliśmy na kolacji. Był też u mnie we wtorek (we wtorek,
a w piątek morderstwo!), rozmawialiśmy w gabinecie kanclerskim. Świadkami byli
ks. Grzegorz Kalwarczyk (obecny kanclerz) i ks. Włodzimierz Jabłonowski
(obecnie proboszcz w Otwocku). Wszyscy z nim dyskutowaliśmy, szukając
najlepszego rozwiązania, najlepszego modus. To nie kto inny, ale ja byłem
wzywany do Urzędu ds. Wyznań, żeby tłumaczyć się z pewnych rzeczy, które działy
się na Żoliborzu, więc musiałem mieć pełny obraz sytuacji. A nie było tygodnia,
żebym się nie musiał tłumaczyć w którymś z urzędów. Jednego dnia wzywali w
sprawie ks. Sikorskiego, drugiego w sprawie ks. Małkowskiego, trzeciego w
sprawie ks. Niedzielaka, czwartego dnia czepiali się mnie – że kanclerz, a mówi
takie rzeczy...
Ksiądz Prymas kilka razy rozmawiał z księdzem Jerzym
na naszą prośbę – tych, którzy byli na pierwszej linii. I do mnie, jako
przełożony, mógł kiedyś powiedzieć: „no co ty tam wyrabiasz”, a przecież nie
robię z tego historii, że miał do mnie niechęć. Kiedy indziej dał ks.
Popiełuszce książkę z dedykacją i życzeniami, aby dalej ofiarnie prowadził
swoje dzieło. Prymas jest wierny swemu hasłu „Caritati in iustitia” – jeżeli
szuka sprawiedliwości, to czyni to z miłością. Mógł powiedzieć ks. Popiełuszce,
żeby bardziej się zajął pielęgniarkami, ale to nie było przesłanie, jakie
niektórzy odczytali.
Zrobię mały nawias o tym, jak powstają plotki. Kiedy
ks. Jerzy został zamordowany, pan Klemens Szaniawski przyprowadził do mnie
kilku ludzi, którzy skarżyli się, że prymas czyni wszystko, aby Jerzego nie
pochować w Warszawie; że go chce „wyrzucić” do Suchowoli. Tak się składa, że
ja prowadziłem sprawę pogrzebu.
– Pytając o
postawę Prymasa nie opieramy się na domniemaniach przyjaciół, tylko na
zapiskach samego księdza Jerzego: „SB na przesłuchaniu szanowało mnie
bardziej”. Czuć w tym ogromne rozgoryczenie.
– Całe szczęście, że nie napisał: „mój przyjaciel,
ks. Zdzisław Król, wezwał mnie do siebie i mówił mi różne surowe rzeczy”.
Jakbyśmy analizowali wszystkie wypowiedzi ks. Jerzego, chciałoby się nam
powiedzieć: Jureczku, dlaczego ty nam tak utrudniasz ten proces beatyfikacyjny?
Dlaczego nie mówiłeś tylko pod kątem swojej przyszłej świętości?
Ale on był taki, prawdziwy, nie dający się wcisnąć w
schemat. Byłem w tym czasie kanclerzem Kurii, bardzo blisko współpracującym z
Prymasem. Więc mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć: Ksiądz Prymas nie
miał żadnego urazu, nie mówił, że ks. Jerzy to „zbuntowany ksiądz”, którego
musimy temperować, żebyśmy przez niego nie mieli kłopotów.
– Nie było
tak?
– Nie było. Co nie znaczy, że nie było innych członków
władzy kościelnej, którzy tak go właśnie oceniali. Bo był z nim kłopot! Był
kłopot! Nie będę wyliczał ludzi, którzy nie odzywali się do niego na trzy
miesiące przed śmiercią. Nie będę mówił o tych, którzy nie chcą świadczyć w
procesie beatyfikacyjnym, bo wstydzą się swojej ówczesnej postawy (są nawet
tacy, których zmuszamy do udziału w procesie, bo nie jest naszą rolą poszukiwanie
tylko dobrych świadectw; nawet powinniśmy znaleźć ludzi, którzy mają do postawy
ks. Jerzego zastrzeżenia). A z ówczesnego Sekretariatu Episkopatu więcej było
zastrzeżeń niż od Prymasa.
Pamiętajmy o pierwszej próbie zabójstwa. Słynna sprawa
wyjazdu Jurka do Rzymu, to była próba ratowania go przez przyjaciół i przez
władzę kościelną. Zapominamy, że rozmowa z Księdzem Prymasem dotyczyła i tego.
Czy biskup może patrzeć spokojnie na to, jak jego ksiądz stoi na krawędzi; czy
może patrzeć i nie szukać rozwiązania?
– Czy postać
księdza Jerzego jest źródłem pojednania, miłości, „zwyciężania dobra złem”,
czy może prowokuje zaciętość, złość, nienawiść do – no właśnie – „morderców”?
– Dla mnie liczą się fakty. Gdy przed jego domem
godzinami wystawali esbecy, prosił o wyniesienie im herbaty. W stanie wojennym
wychodził do żołnierzy na ulicach, by połamać się z nimi opłatkiem. Dwa razy
zdarzyło się, że obaj siedzieliśmy w samochodzie śledzonym przez SB – nie
zauważyłem, żeby miał do tych ludzi nienawiść. Raczej miał chrześcijańskie
współczucie – szkoda człowieka, jaka szkoda, że tak go można zdeprawować... A
przypomnijmy sobie też, jak zachowywał się podczas aresztowania. Siedział w
Pałacu Mostowskich w jednej celi ze złodziejami i mordercami – jak z nimi rozmawiał,
jak go szanowali. Wynosząc własne wiadro, zachowując się skromnie, wzbudzał u
tych ludzi szacunek.
Często zastanawiam się, jak to się stało, że ten grób
zwyczajnego, prostego księdza przyciąga kilkanaście milionów ludzi... Przecież
jeśli przeczytamy jego kazania, to one nie są aż takie mądre. Nie był to Piotr
Skarga...
– Może to
jest odpowiedź na to, jak mówić dzisiejszemu człowiekowi o Chrystusie...
– ...mówić własnymi słowami, prosto, a nade wszystko –
mówić własnym życiem. I posługując się środkami, które muszą być
chrześcijańskie. Dzisiaj też często zdarza mi się słyszeć: „gdyby nie to, że
ksiądz Jerzy mnie nauczył, to ja bym tych takich synów...” Ostatnia moja
rozmowa z nim u sióstr wizytek dotyczyła tego właśnie. Siedzieliśmy w
refektarzu i ksiądz Jerzy opowiadał o Mszach za Ojczyznę: że dziękuje Bogu, bo
nigdy nie doszło podczas nich do jakichś zachowań gwałtownych czy bójek.
Pamiętam, że wyszliśmy wtedy razem. Mój samochód był
na ropę, jego na benzynę, więc on szybciej zapalił. Ruszyłem za nim,
przejechaliśmy Krakowskim Przedmieściem i wjeżdżaliśmy w Miodową, gdy na
światłach przy Senatorskiej rozdzielił nas biały samochód. Ale ja, człowiek
niepokorny, przekroczyłem linię ciągłą, nie wiedząc, że mijam tych, którzy go
śledzą. Jerzy pojechał trochę szybciej, minął Długą i dojeżdżał do Franciszkańskiej,
gdzie ja skręcałem do domu. Puściłem mu długie światła na pożegnanie, a on
podniósł lewą rękę do góry. Tak mi został przed oczami.
|