»PAN TADEUSZ« ANDRZEJA WAJDY

„Pan Tadeusz” na wolności

Z Andrzejem Wajdą rozmawia Tomasz Fiałkowski

 

 

TOMASZ FIAŁKOWSKI: – Ekranizacja „Pana Tadeusza” wpisuje się w ciąg Pańskich adaptacji ważnych dzieł polskiej literatury, od „Popiołów” poprzez „Wesele” po „Ziemię obiecaną”; świadomie zostawiam na boku zarówno Iwaszkiewicza, jak i Andrzejewskiego czy Borowskiego. Wtedy jednak rozmawiał Pan z widzem na temat dylematów polskiej historii ponad cenzurą. Dziś mamy inną epokę, o cenzurze dawno zapomnieliśmy, można mówić wprost. Dlaczego „Pan Tadeusz”?

ANDRZEJ WAJDA: – Może właśnie dlatego, że realizując „Pana Tadeusza”, po raz pierwszy nie musiałem myśleć o jakimkolwiek kontekście politycznym. A dla kogo go robiłem? Oczywiście trudno jest robić film, który by nie miał widzów, ale ja nigdy nie myślałem o widowni inaczej niż o sobie. Najpierw zadawałem sobie pytanie, czy sam poszedłbym na taki film do kina. Jeżeli tak – no to jeszcze trzeba było się zastanowić, czy ktoś inny nie zrobi go lepiej. Kiedy wydawało mi się, że nie – zabierałem się do roboty.

Tym razem cały proces trwał trochę dłużej. Od chwili, kiedy napisałem pierwszą wersję adaptacji „Pana Tadeusza”, minęły prawie trzy lata, ponieważ jeszcze trzy lata temu obawiałem się, że wśród zalewającej kina amerykańskiej produkcji i wśród polskich filmów, które imitują kino amerykańskie, „Pan Tadeusz” wyda się kompletnym dziwolągiem, czymś, co nie rymuje się z żadną rzeczywistością. W końcu przywykłem jednak do myśli, że ten film nie tylko może, ale musi powstać. Trochę w tym zasługi moich przyjaciół, aktorów, ekipy. Słyszałem od nich: sytuacja jest jaka jest, ale właśnie dlatego powinniśmy nakręcić „Pana Tadeusza”. Pokazać, że jest widownia, która by chciała zobaczyć coś innego.

Nie próbowałem zresztą spekulować na temat tego, czego chce widownia, bo to zwykle prowadzi do nieszczęścia. Widownia chce tego, co już widziała. Na tym opiera się restauracja „McDonald’s”. Jadłeś już hamburgera, lubisz, zjesz jeszcze raz. Sztuka jednak polega na tym, żeby zaproponować coś, czego jeszcze nie jadłeś, ale być może będzie ci smakować. To jest próba, której wyniku nigdy nie da się przewidzieć. Pomyślałem: może właśnie przyszła chwila, by zwrócić się do przeszłości, odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jesteśmy i dokąd idziemy, zanurzyć się w naszym języku, skoro już wszystkie szyldy są po angielsku? Może taka bezinteresowna opowieść, z której nic nie wynika dla polityków, ma jakieś szanse? Zobaczymy.

– Znowu podstawowe pytania, choć już bez konieczności używania ezopowego języka.

– Kilka razy w życiu udało mi się spotkać z widownią, która czekała na taki właśnie, a nie inny film. Tak było z „Kanałem”, tak było z „Popiołem i diamentem”, z „Człowiekiem z marmuru”, z „Ziemią obiecaną”. Podobnie z „Brzeziną” czy „Pannami z Wilka”, zupełnie przecież pozbawionymi politycznych akcentów. Teraz miałem w dodatku poczucie, że w wolnym kraju zostałem uwolniony od obowiązków, które ciążyły na mnie przedtem. I nie chciałem użyć „Pana Tadeusza” do jakiegokolwiek celu: walki z lewicą, z prawicą, z błędami przeszłości, ze słabościami teraźniejszości. Uznałem, że wszystko to mam prawo odrzucić, że nie muszę dziś traktować „Pana Tadeusza” jako klucza do współczesności. Istnieje parlament, żeby się zmagać z polskimi problemami politycznymi, istnieje wolny rynek, który lepiej czy gorzej reguluje ekonomię, kino może być wolne.

Co to znaczy? Po prostu: mam przedstawić utwór Mickiewicza tak jak go dzisiaj czytam jako wolny człowiek. Wiele lat temu czytałem go na pewno inaczej. Dzisiaj robię to z zachwytem. Czytam go jako obraz świata przeszłości, jako utwór przede wszystkim epicki, to znaczy taki, który nie jest wymierzony ani przeciwko głupiej szlachcie, która robi zajazd, ani przeciwko śmiesznemu Hrabiemu, ani przeciw Sędziemu, który jest przecież postacią dwuznaczną. Mówi: „Dano mi dobra, wziąłem”, ale kto mu dał te dobra? Targowica...

– „Pan Tadeusz” to tekst, który wszyscy znamy od dzieciństwa. Jako reżyser i współtwórca scenariusza czytał go Pan jednak w szczególny sposób, musiał Pan np. myśleć o konstruowaniu ról, czego zwykły czytelnik nie robi. Jakie odkrycia Pan przy tym poczynił?

– Przede wszystkim zdziwiłem się, że w „Panu Tadeuszu” jest tyle akcji i tak dużo wyrazistych postaci. Podczas szkolnej lektury to schodzi na drugi plan, wydobywa się raczej opisy przyrody, piękno języka. Tymczasem aktorzy, kiedy zaczęli mówić dialogami z „Pana Tadeusza”, nagle stali się krwistymi postaciami. To nie są aktorzy, którzy recytują wiersze; to są normalni, realni, prawdziwi ludzie, którzy mówią wierszem, bo inaczej nie umieją, bo takim sposobem się mówi w tym świecie poematu. Mickiewiczowski wiersz okazuje się przy tym szalenie elastyczny, oddaje mnóstwo odcieni i każdy z bohaterów mówi inaczej. Czytając „Pana Tadeusza” trudno wyśledzić tę niesamowitą indywidualizację języka, pomiędzy kobietami i mężczyznami, pomiędzy dorosłymi i młodzieżą.

– Czyli że w epickim dziele kryje się utajony dramat?

– Epika też nie miałaby takiej siły, gdyby nie tworzyła mocnych postaci. Tylko że w lekturze widzimy je mniej wyraźnie niż na ekranie.

– To olśnienie nie byłoby możliwe, gdyby nie sposób, w jaki większość aktorów w tym filmie podaje mickiewiczowski wiersz. Biję się w piersi, ale idąc na projekcję nie bardzo wierzyłem, że na przykład Linda sprosta temu zadaniu.

– Gdyby pan przyszedł do Teatru Słowackiego na 50-lecie szkoły aktorskiej i posłuchał, jak Linda mówił Słowackiego, który jest dziesięć razy trudniejszy niż „Pan Tadeusz”, to by pan uwierzył, że to jest aktor urodzony do mówienia wierszy.

– Wracając do postaci; przysłuchiwałem się po projekcji rozmowie, której zapis publikujemy w tym „Kontrapunkcie”, i uderzyło mnie, że dla wszystkich jej uczestników centralną postacią filmu okazał się Gerwazy.

– Po pierwsze: Gerwazy ma najwięcej do opowiedzenia, bo to on przypomina całą historię sporu Horeszków z Soplicami. Po drugie: Daniel Olbrychski bardzo dobrze wcielił się w tę postać. Dał jej wszystkie te kolory, uczucia i namiętności, które nazywamy polskim charakterem.

– Gerwazy ucieleśnia polskość namiętną, emocjonalną i równocześnie destrukcyjną. Jest prawdziwy, wierzy mu się, uczucia, które nim miotają, są uzasadnione – a przy tym wszystko niszczy...

– To straszny demagog! Przypomnijmy, co mówi w Zaścianku: „Tak dawniej bywało: / Trybunał pisał dekret, szlachta wypełniała, / A szczególniej Dobrzyńscy, i stąd wasza chwała / Urosła w Litwie!”. Dokładnie takiej demagogii jesteśmy dziś świadkami w naszym parlamencie... Myślę, że ta postać w dużym stopniu usprawiedliwia to, co Zygmunt Krasiński napisał o „Panu Tadeuszu” w liście do ojca. Wylicza tam wszystkie zalety i wspaniałości poematu, porównuje go do „Don Kichota”, i na końcu dodaje: „wszystko z taką prawdą oddane, że strach bierze”. Trochę też strach patrzeć na ekranie na taką postać. Myśmy nigdy przedtem nie myśleli, że strach czytać „Pana Tadeusza”, w szkole nam tego nie mówiono. Ale czytelnicy „Pana Tadeusza” z czasów Mickiewicza dobrze o tym wiedzieli....

– W ten sposób film uprzytamnia nam sens dawnych sporów o „Pana Tadeusza” i powód, dla którego reakcje współczesnych Mickiewicza były tak gwałtowne.

– Przecież niezależnie od wszystkich wspaniałości poematu i od tego, że ostatnia księga nosi tytuł „Kochajmy się”, tak jakby Mickiewicz chciał wszystkich pogodzić – „Pan Tadeusz” portretuje morderców Rzeczypospolitej szlacheckiej. Co to jest „ostatni zajazd na Litwie”? Mickiewicz dodaje przypisy, w pierwszym wyjaśnia, czym był „zajazd” – czyli że emigranci już tego nie wiedzieli. I on im tłumaczy, że Polska szlachecka zginęła przez brak egzekutywy prawa. To jest przecież nasza dzisiejsza sytuacja: istnieje prawo, ale egzekutywy nie ma żadnej, każde bezprawie uchodzi na sucho.

– Powiedział Pan, że nie trzeba w wolnej Polsce uciekać się do historii, żeby mówić o polityce – a tu się okazuje, że portret społeczeństwa, jaki się z „Pana Tadeusza” wyłania, zawiera cechy, które i dzisiaj nas niepokoją.

– To prawda. Wcale tego nie chciałem, myślałem o „Panu Tadeuszu” jako o pięknym, bezinteresownym utworze, jako o zanurzeniu w dzieciństwie – a każdy chce dzisiaj zanurzyć się w dzieciństwie. Skoro mamy iść do Europy, każdy chce wiedzieć, jak się nazywa, jakim mówi językiem, kim byli jego rodzice, jaka jest jego przeszłość – choćby po to, żeby się troszkę od innych odróżniać, jak już do tej Europy wejdziemy. Tymczasem postacie Gerwazego czy Sędziego, zagrane przez moich przyjaciół Daniela Olbrychskiego i Andrzeja Seweryna, trochę ten plan zmieniły. Ja sam nie przypuszczałem, że te postacie nabiorą takiego życia, takiej krwi. Siedząc za kamerą przysłuchiwałem się czasem ze zdumieniem – co oni do mnie mówią?! Przecież sam im te teksty dałem do grania, znałem każde słowo, a mimo to przeżywałem zaskoczenie. Choćby ta scena, kiedy Sędzia mówi do księdza Robaka: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, / Ja z synowcem na czele i? – jakoś to będzie!”... Robiłem już film „Kanał”, który był dokładnie o tym; zrobimy powstanie, siądziemy na koń, a potem jakoś to będzie...

Przenikliwość Mickiewicza jest zdumiewająca. A przecież tym biednym emigrantom wydawało się, że zła przeszłość już jest za nimi. Co jeszcze mógłby zrobić Los, żeby ich nauczyć? Stracili wolność, stracili Polskę wielką od morza do morza, jakie jeszcze doświadczenie może im dać Historia? Okazuje się, że nic nie pomaga. I ciągle oglądamy wokół siebie te same cechy polskiego charakteru, które nas gubią. Co mówił do nas niedawno w telewizji Nowak-Jeziorański? Głównym wrogiem Polski są Polacy.

– Element przestrogi bardzo Pan wzmocnił konstrukcją filmu: otwiera go Epilog, zamyka Inwokacja, cała ta piękna historia opowiadana jest z perspektywy klęski. Jesteśmy w salonie Mickiewicza w Paryżu, bohaterowie już przegrali, wszystko się skończyło...

– To wydało mi się dobrą decyzją. Bo czym jest „Pan Tadeusz”? Wyrazem odwiecznego pragnienia powrotu do świata szczęśliwej przeszłości. Polacy stale myślą o tym, że kiedyś było lepiej. Trzeba jednak też pamiętać, jak jest dzisiaj – jak było wtedy, gdy Mickiewicz pisał swój poemat. Dlatego zawsze najsilniejsze wrażenie robił na mnie Epilog, zwłaszcza, że parę razy czytałem „Pana Tadeusza” za granicą. I zawsze mi się wydawało, że to jest dobry punkt odniesienia. Skoro nieszczęście już się stało, to schrońmy się do naszego cudownego świata, który co prawda nie istnieje, ale jest naprawdę naszym światem i nikt mu już nie zrobi krzywdy. Może współczesny widz ze swoimi codziennymi kłopotami też znajdzie w tym oparcie? Wszystko jest w formie, o czym nas Gombrowicz pouczał.

Chcemy być kimś innym. Wszystko jednak zależy od tego, czy kimś lepszym, czy gorszym. Myślę, że Mickiewicz dokładnie to chciał Polakom powiedzieć: dobrze, bądźcie inni, ale lepsi. I dodawał im odwagi: przegraliśmy, straciliśmy ojczyznę, ale jednak nie jesteśmy byle kim, mamy swój świat, a przede wszystkim swój język, w którym się chronimy.

Jeżeli ten film się spodoba, to najbardziej będę dumny z tego, że z ekranu, z którego zwykle wylewają się pomyje, publiczność nagle usłyszy coś zupełnie innego. I może zapyta: a jakim oni językiem mówią? Po polsku? Dziwne, dziwne. To się może okazać najważniejsze, nie polityczne aluzje, nie uwspółcześnienie, tylko właśnie język – wspaniały, bogaty, elastyczny, wszystko w nim można wyrazić. Zdumiewające, ale on wymusza też na aktorach niezwykłe tempo gry. A wydaje się zawsze, że polski język jest rozlazły – przetłumaczcie to na angielski, będziemy rozumieli, o co chodzi. Tymczasem język Mickiewicza to czysta energia.

– „Pana Tadeusza” odczytywano na rozmaite sposoby. Boy-Żeleński widział w nim powieść obyczajową typu balzakowskiego, Miłosz napisał w „Ziemi Ulro”, że to „poemat na wskroś metafizyczny”, którego przedmiotem jest ład istnienia jako obraz czystego Bytu. Traktowano go jako apoteozę polskości – i jako jej karykaturę. Wszystkie te odczytania są w jakiejś mierze prawdziwe, bo chodzi o dzieło wielowarstwowe. Która z tych warstw była dla Pana najważniejsza?

– Chciałem uchwycić ich możliwie wiele – ale film nie jest epicki, film zawsze jest dramatem. Jak dać widzowi do zrozumienia, że to nie jest zręcznie ułożona historyjka dla telewizji, tylko utwór, który przedstawia trwanie? Temu służy właśnie postać narratora i salon paryski, i wstrzymywanie narracji, takie chwile oddechu, kiedy człowiek pyta: dokąd my się tak spieszymy?

Wielkość Mickiewicza polega na tym, że można z „Pana Tadeusza” zrobić film obyczajowy w stylu Balzaka, można zrobić utwór romantyczny, i można w nim dostrzec ironię w stosunku do romantyzmu: przecież wątek Telimeny i Tadeusza to niezwykle inteligentnie przeprowadzona demaskacja romantycznej miłości. Myślę, że aktorzy stanęli tu na wysokości zadania.

– Mówiąc o Gerwazym wspomnieliśmy o ciemnych stronach naszego charakteru narodowego. Przy całej jednak dwuznaczności bohaterów jest w Pańskim filmie coś takiego, że my się z jego światem utożsamiamy. I że wzruszają nas ostatnie sceny – wkroczenie wojsk napoleońskich, polonez.

– Bardzo mi na tym zależało – bo tak jest w poemacie! Właściwa akcja „Pana Tadeusza” kończy się wraz ze spowiedzią Robaka, ale Mickiewicz poświęca jeszcze dwie księgi, żeby pokrzepić tych, którzy już się dowiedzieli, jak się zakończył ostatni zajazd na Litwie. A ten zajazd, gdy go streścić własnymi słowami, wygląda przecież okropnie. Sąsiedzi zajeżdżają sąsiadów, zwyciężają, triumfuje prawo silniejszego – ale są jeszcze wojska okupacyjne, które nie mogą się temu przyglądać biernie i wkraczają do akcji. Wtedy dopiero śmiertelni wrogowie łączą się, uderzają na te wojska, pokonują je – ale żadnego zwycięstwa oczywiście być nie może i jedynym ratunkiem jest szybka emigracja tych wszystkich, którzy tak wspaniale walczyli i tak bardzo wykazali się w boju. „My na was nieobecnych całą winę zwalim / I na Płuta” – czyli na rosyjskiego oficera, który już nie żyje. W całej tej akcji nie ma żadnego rozumu, nikt nie zastanawia się nad jej konsekwencjami, ponieważ wszyscy dali się porwać niesprawdzonej wiadomości, że Francuzi już się zbliżają. Jeden Żyd Jankiel ostrzega, że „Francuz jest daleko jeszcze, droga duża”, nikt go jednak nie słucha. Mickiewicz uznał chyba, że nie może dać tak ponurego utworu czytelnikom zdesperowanym, zmartwionym, szukającym pociechy, dlatego dodał „Rok 1812”, symbol nadziei, i potem finał, czyli „Kochajmy się”.

Wojska idą na Moskwę – ale przecież ci, którzy siedzieli w Paryżu, już wiedzieli, że ten marsz skończy się źle. Dalej nie można było opowiadać, bo dalej znowu była klęska. Może ma rację Miłosz, który w ogłoszonym ostatnio w „Tygodniku” wierszu napisał o Mickiewiczu: „Wzięli go sumieniem, / I prowadzili, trzymając za ręce”. Mickiewicz musiał w jakimś sensie napisać to, czego od niego oczekiwano.

– A kontekst współczesnego kina? W przypadku „Pana Tadeusza” też przecież widać, kiedy został nakręcony – choćby po montażu.

– Po prostu tempo dziś jest szybsze, aktorzy grają wyraziściej, dialogi brzmią dosadniej. Sam pilnie obserwuję kino współczesne, zrobiłem „Pana Tadeusza” z ludźmi od filmów akcji. Nie przeszkadzałem im, nie wydawało mi się, że powinniśmy wymusić na widzu, żeby się przeniósł w tamtą epokę, zaczął myśleć w innym rytmie. Mickiewicz też nie pisał swojego utworu przeciw współczesnym, tylko dla nich; my chcemy zrobić film dla tych ludzi, którzy przychodzą dzisiaj do kina.

– Językiem zrozumiałym dla współczesnego widza opowiedzieć mu historię inną niż te, do których się przyzwyczaił?

– Dokładnie tak – nawet bardzo inną. Ale nie wznosić bariery tam, gdzie ona jest niepotrzebna.

– Budując scenariusz wypreparowuje się akcję, postacie bohaterów, na boku zostaje to, co dla niektórych w lekturze „Pana Tadeusza” najważniejsze: opis, natura. Pan próbował różnych metod, by oddać tę warstwę poematu. Maria Janion zauważyła, że Pański matecznik to po prostu Grottger, pierwszy karton „Lituanii”. Nie pierwszy to zresztą cytat z polskiej sztuki w Pana filmach...

– Oczywiście że to Grottger. Jak ja mogę porozumiewać się z ludźmi, dla których robię film? Tylko na płaszczyźnie wspólnej nam kultury. Miałem chyba pięć lat, kiedy po raz pierwszy otworzyłem album Grottgera, wielką monografię autorstwa Antoniego Potockiego – i lepszej puszczy nigdy już nie zobaczyłem. Teraz więc nie musiałem jeździć do Białowieży czy do Puszczy Niepołomickiej; swoje wyobrażenie puszczy mam w głowie i to jest puszcza grottgerowska. Narysowałem ją, pokazałem Allanowi Starskiemu i zrobiliśmy ją pod Warszawą.

– Obok matecznika są też rozległe pejzaże, które otwierają się najpierw w scenie przyjazdu Tadeusza, potem, najpiękniej, podczas przemarszu wojsk napoleońskich...

– To Suwalszczyzna. Jeździłem tam z rodzicami na wakacje, pamiętałem te pejzaże z dzieciństwa i teraz pomyślałem: skoro mam robić powrót do dzieciństwa, niech to będzie moje dzieciństwo, nie Mickiewicza.

Można było oczywiście szukać miejsc historycznych – to zawsze kuszące. Zapytajmy jednak, gdzie rozgrywa się akcja poematu? Przed oczami poety! Na wystawie poświęconej realizacji filmu, która zostanie otwarta 22 października w krakowskim Muzeum Narodowym, zobaczy pan mój szkic – panoramę, gdzie jest i zamek, i dwór, bo wydawało mi się, że powinienem pokazać je równocześnie. Nagle jednak zrozumiałem, że to niepotrzebne. Zamek znaleźliśmy nad Wisłą, naprzeciwko twierdzy Modlin: to wybudowany przez Rosjan wielki magazyn dla armii, na wypadek, gdyby szła na zachód. Najpierw myśleliśmy o jakimś zamku krzyżackim, przejechaliśmy całe Pomorze – ale sień opisana w „Pana Tadeuszu” ma monstrualne rozmiary, w krzyżackich zamkach niczego takiego się nie znajdzie. Bo też i nie jest to żaden konkretny zamek, tylko ruina Rzeczypospolitej. Polska w ruinie, a oni w tej ruinie ucztują.

– Zatrzymajmy się jeszcze przy ironiczno-groteskowej warstwie poematu i filmu. Wspomniał Pan już, że amory Tadeusza i Telimeny to ironiczny portret ideału miłości romantycznej...

– Tak, Telimena jest prawdziwie romantyczną kochanką, a jej spotkanie z Tadeuszem i Hrabią tworzy bardzo zabawne sytuacje. Można by do niej odnieść kwestię Podstoliny z „Zemsty”: „Nie mieć męża bardzo boli”. No więc stara się, żeby ją mniej bolało i wreszcie, po tych wszystkich wielkich nadziejach, ląduje przy Rejencie.

– Ale do tego wątku należy też Hrabia, który pełni dwojaką rolę: z jednej stanowi ważny element ironicznie sportretowanej konwencji romantycznej, z drugiej wprowadzony zostaje w sam środek głównego węzła dramatu.

– Tutaj szczęśliwym zbiegiem okoliczności pojawił się aktor, który jest nieco starszy, dzięki czemu ironia wydobyta została z większą siłą. Gdyby to był młody człowiek, można by odnieść wrażenie, że on jest nieświadomy tego, co mówi. Kiedy jednak Hrabiego gra Marek Kondrat, rozumiemy, że to po prostu nieuleczalny romantyk, nic mu już nie pomoże... Zabieg trochę wbrew Mickiewiczowi, ale według mnie pogłębiający tę postać.

– Mówił Pan, że kręcąc film myśli Pan przede wszystkim o sobie jako potencjalnym widzu – trudno jednak całkiem zapomnieć o widowni, zwłaszcza młodej. Czy liczy Pan na to, że poprzez aktorów dziś „modnych”, jak Linda czy Żebrowski, poprzez dynamizm reżyserii i montażu trafi Pan do „pokolenia MTV”?

– Nie było moim zamiarem przybliżyć się do młodzieży poprzez aktorów – widziałem tych samych aktorów grających w filmach, na które nikt nie chciał przyjść. Wydaje mi się po prostu, że to są najlepsi aktorzy, jakich w tej chwili w Polsce mamy. Poczucie sukcesu daje im wewnętrzny dynamizm, a to jest szalenie istotne. „Pan Tadeusz” jawi mi się jako świat ludzi zadowolonych z siebie i szczęśliwych. A przecież wielu naszych przyjaciół, nawet tych, którzy odnieśli sukces, robi wrażenie zgorzkniałych, niezadowolonych. Realizując „Pana Tadeusza” starałem się unikać takich ludzi – i w ekipie technicznej, i w artystycznej. Szukałem aktorów, którzy będą nieśli z sobą element radości; ona w „Panu Tadeuszu” jest, niezależnie od tego czy ktoś wygrał, czy przegrał, czy jest taki, czy siaki. Oni wszyscy kochają życie i są w tym poemacie żywi – niech pozostaną żywi na ekranie. To był mój wybór.

A czy można trafić do młodego pokolenia? To się szybko okaże. Dzisiaj, po sukcesie filmu „Ogniem i mieczem”, który zyskał sześć, a może nawet siedem milionów widzów, sytuacja jest inna niż przed rokiem. Kiedy film wchodzi na ekrany, najpierw pojawiają się widzowie, którzy chodzą do kina regularnie; jeżeli oni nie zawiodą, to potem zaczynają przychodzić ci, co w kinie na ogół nie bywają. Na „Ogniem i mieczem” przyszli i jedni, i drudzy. Może polska widownia znudziła się już troszkę filmami podobnymi do siebie jak dwie krople wody? Przez lata w polskim kinie nie było w ogóle amerykańskich filmów rozrywkowych, które najbardziej publiczność pociągają, i nic dziwnego, że kiedy się pojawiły, zdobyły dużą widownię. Może jednak znowu przyszedł czas na zmianę? Polskie filmy, które postępowały za „Ogniem i mieczem”, miały więcej widzów niż podobne obrazy rok czy dwa lata wcześniej.

– Mówimy teraz o pewnym mechanizmie socjokulturowym; jest jeszcze problem reakcji na taką a nie inną interpretację ekranizowanego utworu. Po „Popiołach” ostro Pana zaatakowano, co miało oczywiście kontekst polityczny – ale zarzuty mogą też wiązać się z faktem, że każdy czytelnik nosi w sobie własny obraz ukochanego dzieła i Pańską wersję odrzuci.

– Burza wokół „Popiołów” to była bardzo zręcznie zrobiona manipulacja. Generał Moczar chciał dojść do władzy, więc potrzebował stać się obrońcą ojczyzny. Jego ludzie walczyli z „Popiołami”, bo chcieli dać znać, że są szczerymi patriotami. Ich patriotyzm bardzo był podobny do patriotyzmu z „Trylogii” Sienkiewicza, a nie chcieli zauważyć prostej rzeczy – że Żeromski nie jest Sienkiewiczem. A dzisiaj? Kto może na mnie napaść? Oczywiście, są u nas siły wsteczne, ale w wolnym kraju nie można niczego zmanipulować. Wtedy zresztą film wściekle atakowano, a publiczność i tak przychodziła go oglądać.

Wracając zaś do „Pana Tadeusza” – oczywiście jedni będą za, drudzy przeciw, tak było zawsze i tego się nie obawiam. Ważne jest co innego: czy publiczność zechce przyjść do kina. To zależy przede wszystkim od tego, czy film ma w sobie życie, czy pokazuje coś, czego ta publiczność dotąd nie widziała. Zobaczy, pomyśli: aha, taki świat, tak kiedyś było, tak mówili, tak się zachowywali, a więc nie zawsze byliśmy tym, czym jesteśmy dzisiaj. Niczego więcej nie chcę.

– Zaczęliśmy od Pańskich adaptacji klasyki, więc na nich skończmy. Kiedy wreszcie nakręci Pan „Przedwiośnie”?

– To dobre pytanie. Mam wrażenie, że „Przedwiośnie” pojawia się przed naszymi oczami co pewien czas i potem znika. Pojawia się zawsze, gdy narasta niezadowolenie. Bo o czym jest utwór Żeromskiego? O tym, że odzyskaliśmy wolność, ale matka-ojczyzna jedne dzieci przygarnęła, a inne odepchnęła. I te niesłusznie, niesprawiedliwie odepchnięte buntują się.

Czy dziś mamy do czynienia z taką sytuacją? Moim zdaniem, wbrew pozorom – nie. Myślałem o nakręceniu „Przedwiośnia” parę lat temu, kiedy lewica dochodziła do władzy; wydawało mi się wtedy, że trzeba szybko rozwiązać sprawy społeczne, bo jeśli nie zostaną rozwiązane, Polska nie uspokoi się i nie znajdzie swojego miejsca. Dzisiaj jednak po hasła sprawiedliwości społecznej sięgają najgorsze męty, najbardziej dwuznaczne postacie, które żyją z cudzego niezadowolenia. Nie jest to prawdziwy ruch społeczny, tylko spekulacja polityczna, która służy temu, żeby jednych wyeliminować z gry, a innych doprowadzić do władzy. Robiąc dzisiaj „Przedwiośnie” stałbym się sojusznikiem właśnie tej ciemnej siły, która nas chce zepchnąć z drogi do Europy i do dalszych sukcesów.

– No ale Żeromski atakowany był za „Przedwiośnie” jako kryptokomunista, niemal sojusznik Sowietów.

– Mimo wszystko jako kanwy dla następnego filmu szukałbym raczej czegoś z ducha „Pana Tadeusza”, utworu otwierającego się na jakiś nowy świat, w którym każdy może szukać swego miejsca, dzieła dającego nadzieję, a przy tym unikającego łatwych sądów. Inaczej z telewizją, która jest całkowicie przesiąknięta doraźnością i polityką, to jej niezbywalna cecha. Jeśli już zdecydowałbym się na polityczne „Przedwiośnie” – to dla telewizji.

 

 

 

 

 

 

 

 
„Pan Tadeusz” na wolności – rozmowa z Andrzejem Wajdą

„Nie zmylił się mistrz taki”

O „Panu Tadeuszu” Adama Mickiewicza

„Pan Tadeusz” w księgarni

Danie miesiąca – polecają Wojciech Karpiński, Barbara Skarga i Piotr Wojciechowski

Ściąga z kultury

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl