PAPIEŻ I ARTYŚCI

Widzialne Piekło, niewidzialne Niebo

STEFAN CHWIN

 

Oczywiście istnieje bardzo długa i bogata historia konfliktów między Kościołem a artystami. Jakich to na przykład udręk duchowych przyczyną była choćby dla Mickiewicza czy Słowackiego postawa Kościoła wobec Powstania Listopadowego! A sprawy nowsze? Sam pamiętam, jak źle pisarze mojego pokolenia przyjęli jasnogórskie kazanie Prymasa Wyszyńskiego wygłoszone na początku strajków sierpniowych w 1980 roku, czy to, co Prymas Glemp głosił w swoich homiliach po wprowadzeniu stanu wojennego. Pamiętam też kazanie proboszcza, który z okazji noblowskich uroczystości, transmitowanych przez telewizję ze Sztokholmu, przestrzegał wiernych przed „dobrą, ale, nie zapominajmy, bezbożną poezją” Wisławy Szymborskiej. Równie stanowcze było otwarte potępienie przez Prymasa Tysiąclecia jednego z dramatów Różewicza.

Więc konflikty były, są i będą.

Nie to jest jednak najważniejsze. Prawdziwie ważna jest sama obecność Kościoła w naszym świecie i jej znaczenie dla artysty, lepiej więc mówić o sobie, a nie o innych czy za innych.

Moja dusza, a przynajmniej ta jej warstwa, którą uważam za najgłębszą, ukształtowała się w gotyckich murach Oliwskiej Katedry, do końca więc moich dni pozostanę wdzięczny braciom z zakonu cystersów za to, że zechcieli na nadmorskiej równinie pod Gdańskiem wznieść ku radości mego serca ten wspaniały gmach, w którym co niedziela bywaliśmy z rodzicami nie tylko po to, by spotkać się z Bogiem, lecz i by pooddychać prawdziwym pięknem. W takiej świątyni każda Msza była uzdrawiającym zastrzykiem Życia, tym więc boleśniej odczuwam dzisiaj to, co widzę w nowo powstających świątyniach, które czasem, niestety, przypominają skrzyżowanie dworca kolejowego ze skocznią narciarską, bo w takich świątyniach mimo starań nie potrafię się skupić, tak drażniące i rozpraszające jest wszystko, co widzę dokoła, a o życiodajnym oddychaniu pięknem nie może być oczywiście mowy.

Zawsze uważałem, że Kościół był od wieków wielkim, rozumnym strażnikiem piękna i dzisiaj także mam nadzieję, że Arka Kościoła będzie płynąć przez czas, chroniąc piękno przed uderzeniami kultury masowej, choć wiem, że takie nadzieje trochę się z rzeczywistością rozmijają, bo przecież Kościół był i jest zawsze taki, jakie jest społeczeństwo, w którym spełnia on swoją apostolską posługę, inny zatem – to zrozumiałe – był Kościół w renesansowej Wenecji, a inny może być dzisiaj w Grójcu, chociaż widziałem w Moguncji świątynię, w której karminowo-błękitnymi światłami płonęły witraże wykonane ręką samego Chagalla, więc to, co zdawałoby się niemożliwe, bywa czasem możliwe.

Jest to zresztą dzisiaj ogólniejsze pytanie, jak Kościół w swej misji apostolskiej ma się odnieść do kultury masowej, by nie utracić kontaktu z młodzieżą, która po kilka godzin dziennie ogląda wideoklipy MTV i rozumiem, że wszelkie nadzieje na uczynienie z Kościoła Arki wysokich wartości estetycznych przedstawiają się raczej dziwacznie, niemniej – jak myślę – zbliżenie Kościoła do kultury masowej nie sprzyja zbliżeniu artystów do Kościoła, przynajmniej tych artystów, którzy entuzjastami kultury masowej nie są, podobnie jak nie sprzyja temu – to druga strona sprawy – estetyczny konserwatyzm niektórych proboszczów. Ratują trochę sprawę Duszpasterstwa Środowisk Twórczych, często prowadzone przez księży na bardzo wysokim poziomie, ale są to wysepki w morzu, którego barwa jest zupełnie inna.

Bardzo ważne wydaje mi się w liście papieskim szczególnie jedno zdanie: „Kościół potrzebuje sztuki. Musi bowiem sprawiać, aby rzeczywistość duchowa, niewidzialna, Boża, stawała się postrzegalna, a nawet w miarę możliwości pociągająca”. Papież zachęca artystów, by poprzez swoją sztukę czynili rzeczywistość Bożą postrzegalną i pociągającą. Jest to bardzo ważne zalecenie, bowiem pewna przynajmniej liczba ludzi traci dziś zainteresowanie własnym zbawieniem, właśnie dlatego, że pośmiertna nagroda nie wydaje się im wcale pociągająca. „Dlaczego ja się mam właściwie tak strasznie starać dostać do Nieba, skoro Niebo jest takie mdłe?” – usłyszałem niedawno z ust młodej osoby. To, co czeka nas po tamtej stronie, wydaje się tak nieokreślone, mgliste i bez smaku w porównaniu z rozkoszami ziemskimi, jakie oferuje nam cywilizacja konsumpcyjna, że bolesny trud życia uczciwego może się niejednemu wydać nie warty podjęcia. Pragnąć zaś Nieba wyłącznie ze strachu przed Piekłem – to, jak myślę, o wiele za mało.

Czy jednak sztuka jest dziś w stanie ukazać rzeczywistość pośmiertną jako postrzegalną i prawdziwie pociągającą bez odwoływania się do wątpliwej jakości hollywoodzkich wizji zaświatów w stylu New Age, które zdominowały już zbiorową wyobraźnię na całym chyba świecie? Myślę, że sztuka XX wieku jest w tym zakresie zupełnie bezsilna. Cień Oświęcimia i gułagu długo będzie jeszcze kłaść się na nasze dusze. Obrazy Nieba zostały z naszej wyobraźni dość skutecznie wyparte przez obrazy Piekła. Dawni artyści potrafili tworzyć wizje Rozkoszy Nieba (choć trzeba przyznać, że i Piekłu poświęcali wiele uwagi), dziś nikt tego nawet nie próbuje i Niebo jawi się czasem ludziom jako rzeczywistość tak dalece niewyobrażalna i jałowa, że nie sposób pożądać jej całym sercem. Czy sztuka odzyska kiedyś tę świetlistą radość, z jaką średniowieczni artyści oddawali się malowaniu obrazów Wiecznego Szczęścia? Dziś trudno mi w to uwierzyć. O Piekle wiemy prawie wszystko. Kompetencja w sprawach Kary bywa bardzo rozległa nawet u dzieci, co zaostrza ich postawę wobec bliźnich. Z Niebem jest dużo gorzej.

Ale obok owej rezerwy wobec wyobrażeń Nieba sztuka unika dziś także wizji Ukrzyżowania, zresztą i sami księża coraz rzadziej chcą umieszczać w centralnym miejscu świątyni, nad głównym ołtarzem, wizerunki krwawiącego Ciała, by – jak mi powiedział niedawno jeden z katechetów – niepotrzebnie nie płoszyć wiernych, tak jakby kościół miał się stać jednym z miejsc wypoczynku po pracy. W papieskim liście jest wiele takich słów jak „żywiołowa radość i miłość wiary”, trochę zaniepokoił mnie brak słowa „Ukrzyżowanie”, choć w swoich innych wypowiedziach Papież bardzo zdecydowanie broni teologii Krzyża. Wielkie to zadanie dla współczesnej sztuki pogodzić radość wiary z prawdą o Ukrzyżowaniu, bo dusze dziś, szczególnie dusze młode, pod wpływem New Age, a także – tak! – poezji księdza Twardowskiego – coraz częściej wierzą, że skoro Bóg jest Dobrem i Miłością, przyjmie do swego królestwa absolutnie wszystkich ludzi, bez względu na jakiekolwiek ich przewiny i nawet Szatan znajdzie się kiedyś w Niebie, więc właściwie naśladowanie Ukrzyżowanego nie jest wcale konieczne, bo Bóg na Sądzie i tak wybaczy każdemu.

Cała zresztą formacja New Age, także w sztuce, zachęcająca do „odważnej duchowej samorealizacji”, zdecydowanie, acz nie ostentacyjnie, odrzuca etos Krzyża zawarty w słowach Papieża „Jeden drugiego brzemiona noście”, tymczasem kto nie bierze krzyża na swoje ramiona, zwykle zwala go na ramiona innych. Wszystko to, jak myślę, wpływa nie tylko na sposób codziennego życia, lecz i na atmosferę w kościołach, gdzie długowłose dziewczyny chwalą radośnie Pana przygrywając sobie na gitarach i kołysząc się całymi rzędami jak fala na festiwalu w Kołobrzegu, co bywa dla mnie – chłopca wychowanego w gotyckiej katedrze i rozmyślającego czasem nad tajemnicą oświęcimskiego bólu – nie zawsze łatwe do zniesienia. Ale wiem, że tak już musi być, różne są bowiem formy chwalenia Pana i Kościół, jak wiele razy to udowadniał, w swej mądrości potrafi współbrzmieć ze zmianami ducha czasu, by jak najwięcej dusz znalazło się pod jego pasterską opieką. W jaki sposób jednak sztuka mogłaby pokazać dziś młodzieży atrakcyjność – także estetyczną – trudnego, uczciwego życia wedle Chrystusowego wzoru, a więc życia pełnego poświęcenia i rezygnacji z siebie na rzecz innych, bardziej potrzebujących, nie potrafię sobie tego wyobrazić. „Poświęcenie”, „ofiara”, „wyrzeczenie” to nie są słowa, które brzmią dzisiaj dobrze w sąsiedztwie takich słów jak „przebojowość”, „sponsor” i „samorealizacja”. Z pewnością wielką rzeczą byłoby odbudowanie żywego piękna tych słów, nie wiem tylko, czy ktoś jeszcze potrafi to zrobić.

Cieszy mnie natomiast to, że Kościół otworzył swoje podwoje także dla wielkiej sztuki, organizując wspaniałe koncerty i wystawy w swoich świątyniach. Jest to droga wiodąca ku Tajemnicy poprzez piękno formy, co przyjmuję z radością, choć wiem, że nie da się tą drogą poprowadzić wszystkich wiernych, bo takie koncerty jednych przyciągają, a innych (może większość?) właśnie wypłaszają ze świątyń. Wniosek stąd taki, że Kościół chyba nie powinien szukać jakiejś jednej spójnej estetyki wiary, lecz raczej otwierać się na różne odmiany piękna i nie zamykać się na współpracę z różnymi artystami.

Dla mnie samego Kościół jest skarbnicą tych pytań, wokół których krąży od dawna moja wyobraźnia, a od których – jak to dostrzegam – odwraca się coraz więcej młodych ludzi, więc jego obecność w świecie ma dla mnie wielkie znaczenie, bo niczym Arka przechowująca dziedzictwo ludzkiego niepokoju w obliczu tajemnic życia – niepokoju, bez którego, jak myślę, prawdziwa sztuka nie jest możliwa – Kościół samym swoim istnieniem podtrzymuje w ludzkich sercach to uzdrawiające cierpienie, które czyni nas ludźmi. Dlatego myśl, że – jak prorokował Witkacy – kiedyś Kościoła może zabraknąć, napełnia mnie prawdziwym przestrachem szczególnie wtedy, gdy podczas moich podróży oglądam prawie puste kościoły w Niemczech, Francji czy Anglii, w których z ukrytych pod sklepieniami głośników płynie cicha, kojąca nerwy muzyka w stylu New Age, mająca przyciągnąć wiernych przed ołtarze, starannie okryte pokrowcami z grubego, białego płótna.

Stefan Chwin (1949) – prozaik, historyk literatury, krytyk. Opublikował m.in. książki o literaturze „Bez autorytetu” (1981, wspólnie ze Stanisławem Rośkiem), „Romantyczna przestrzeń wyobraźni” (1988), „Literatura i zdrada” (1993) oraz powieści „Ludzie – skorpiony” (1984), „Człowiek – Litera” (1989), „Krótka historia pewnego żartu” (1991, 1999) i „Hanemann” (1995).

 

 

 

 

 

 

 

 
Ks. Tomasz Węcławski: Wobec piękna, które zbawia

Piotr Wojciechowski: Papież i jego pisarz

Janusz Marciniak: Miłość bez wzajemności

Tadeusz Sobolewski: Na własną odpowiedzialność

Rafał Węgrzyniak: Między kruchtą a sceną

Marek Buś: Czy Norwid jest potrzebny Kościołowi?

Ks. Jan Kracik: Oglądanie niewidzialnego

Tadeusz Boruta: U źródła Łaski

Stefan Chwin: Widzialne Piekło, niewidzialne Niebo

Piotr Cieplak: Potyczka z Panem Bogiem

Wojciech Kilar: Święte słowa...

Aldona Mickiewicz: Adresat nieznany

Czesław Miłosz: List i jego odbiorcy

Stanisław Rodziński: Poszukiwanie epifanii piękna

Władysław Stróżewski: Piękno – środek Zmartwychwstania

Danie miesiąca polecają Monika Olejnik i Władysław Stróżewski

Ściąga z kultury

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl