|
PAPIEŻ I ARTYŚCI
Oglądanie niewidzialnego
KS. JAN KRACIK
- Zaczęło się od nieufności. Rodząca się religia
zastała bowiem dojrzałą sztukę antyczną w służbie bogów i ludzi. Wola zaś Boga
została wyrażona jasno w Dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok mnie.
Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu”. Ani się im kłaniał!
Od przypomnienia tej prawdy zaczyna się historyczna
część papieskiego „Listu do artystów”. Powiedziano w nim dalej: „jednakże w
tajemnicy Wcielenia sam Syn Boży stał się widzialny”, co stanowiło „zachętę i
wyzwanie dla chrześcijan także na płaszczyźnie twórczości artystycznej”. O
trudnościach towarzyszących owemu wyzwaniu wspomniano także: początki sztuki
chrześcijańskiej były skromne, gdyż wiara nie pozwalała na bezkrytyczne
przyjęcie zastanego dziedzictwa. Konstantyńska wolność Kościoła pozwoliła na
wznoszenie bazylik, których architekturę zapożyczono z pogańskiej. Ale w młodym
chrześcijaństwie toczył się „zaciekły spór” wokół dopuszczalności sakralnych
wizerunków, które „rozpowszechnione już w praktyce kultowej Ludu Bożego stały
się przedmiotem gwałtownej kontestacji”, czyli walk obrazoburczych. Zaznaczono
też różnice w traktowaniu obrazu: na Wschodzie „ikona jest poniekąd
sakramentem”, na Zachodzie – „artyści zajmowali bardzo różne stanowiska, w
zależności także od najgłębszych przekonań” i środowisk kulturowych. Wyrażono
podziw wobec urody architektury romańskiej i gotyckiej, i wobec renesansowego
rozkwitu sztuki, której skarbnicą jest Pałac Apostolski. Wspomniano i wymowę
dzieł Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, prac Rafaela, Bramantego,
Berniniego. Powiedziano o rozwoju sztuki religijnej, plastycznej i muzycznej, w
ostatnich stuleciach. Wezwano do otwartości i dialogu Kościoła z kulturą,
zgodnie z apelem ojców Soboru Watykańskiego II, skierowanym do artystów.
BEZROBOCIE NAWRÓCONYCH ARTYSTÓW
Warto się nieco przyjrzeć okolicznościom i racjom, dla
których chrześcijanie z takim trudem i tak długo, także po upadku pogaństwa,
dochodzili do wniosku, że Wcielenie uprawnia i zachęca do tworzenia czczonych
wizerunków. Gdy się już z tym zgadzali, to przecież nie do końca. Zachód
dojrzewał do tych przekonań dłużej, a skupił się bardziej na praktykach niż ich
teologii. Pojawiało się też kwestionowanie kultu obrazów w programach
kontestatorów kościelnych, od waldensów i husytów po reformację. A Sobór
Trydencki krytykował nadużycia towarzyszące czci wizerunków i wydał zarządzenia,
których realizacja dotyczyć miała także artystów.
Nawracający się na chrześcijaństwo w I-II w. artysta
nie miał co liczyć, że zamiast Jowisza będzie teraz rzeźbił czy malował postać
Jezusa. Oferowano mu przestawienie się na robienie mebli lub malowanie ścian, a
za wykonywanie posągów bóstw dla pogan groziło wykluczenie ze wspólnoty wespół
z prostytutkami. W sakralnym wizerunku autorytety kościelne widziały bowiem
siedzibę demonów, której nie da się przejąć i ochrzcić. Bo „w duchu i
prawdzie” czcić należy Boga, który zakazuje wykonywania swych podobizn, nie
potrzebuje ołtarzy i „nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką” – jak
tłumaczył św. Paweł Ateńczykom (Dz. 17, 24). Prawdziwym obrazem Boga jest
człowiek, a świątynią Pana staje się wierzący. Uważano, że plastyczne przedstawianie
Boga znieważa Go (Justyn). Pytano: jeżeli bogowie są wszędzie obecni, po cóż
czcić ich podobizny, a jeśli kult ten ma się odnosić nie do kawałka marmuru,
lecz do przedstawionego w nim bóstwa, to czyż zgodziło się w nim ono zamieszkać
(Laktancjusz, Arnobiusz)? Nie przekonywało ich wyjaśnienie pogańskiego pisarza
Porfiriosa: rzeźbiarze przedstawili niewidzialną rzeczywistość w widzialnych
dziełach dla tych, którzy nauczyli się odczytywać z posągów, jak z ksiąg,
elementy poznania bogów.
Po konstantyńskim przełomie obalanie bóstw nie
poprzestanie na duchowym etapie walki: wiarą, etyką, argumentem. Ręce dosięgną
i zdemolują posągi bogów w świątyniach, pozbawiając je także zgromadzonych wewnątrz
kosztowności. Nie będzie to przecież w stanie unicestwić w samych sprawcach
potrzeby oglądania niewidzialnego. Ostatni poganie nie bez ironii patrzyli na
szybkie postępy chrześcijańskiej sztuki sakralnej. Już na początku III w.
ściany katakumb, baptysteriów i sarkofagów zapełniały coraz częściej
przedstawienia figuralne i symboliczne. Orantki, pasterze, ryby, Daniel czy
Jonasz w niebezpieczeństwie, nie mieli przecież skupiać uwagi na sobie, lecz
jedynie opowiadać o Bogu niosącym wybawienie. Obiektów kultu nie stanowiły
jeszcze nawet wizerunki Chrystusa, przedstawianego na początku IV w. jako
cudotwórca, a wnet, w duchu kanonów cesarskich, jako pantokrator, niebiański
prototyp władcy, w otoczeniu apostołów. Mozaiki w bazylikach, podobnie jak
przedtem sztuka cmentarna, stanowiły katechizm wiary, skupiony na wydarzeniach
biblijnych. W tej roli, dydaktycznej i zdobniczej, nie budziły większych
zastrzeżeń ze strony kościelnych autorytetów.
PASTERZE SWOJE, LUD SWOJE
Usprawiedliwień i wyjaśnień potrzebować będzie dopiero
kultowa funkcja wizerunku, zaznaczająca się wyraźniej od V w. Pierwszeństwo
należało do praktyki. Teoria i kościelne działania korygujące usiłowały nadążyć
za masami. Romańsko-barbarzyński Zachód miał bez porównania słabsze tradycje
kultu wizerunków niż Grecy. Wierni interesowali się tu długo jeszcze bardziej
relikwiami niż obrazami, te więc nie stały się też tematem poważniejszej
refleksji teologicznej. Gdy zanikało instytucjonalne pogaństwo, niejeden biskup
sądził, że można już zmniejszyć dawne rygory chroniące wiernych przed bałwochwalstwem.
Nacisk oddolny był ogromny. Nowe praktyki zaczynały jednak nierzadko
przypominać poprzednie: lud łatwo utożsamiał czczoną postać z jej przedstawieniem,
które nabierało cech jakby samoistnych, przejawiając sprzyjające proszącym moce
– uzdrawiając i chroniąc przed nieszczęściem.
Potężniejąca wiara mas w dość mechanicznie pojmowaną
cudowną moc wizerunku, uruchamiała pielgrzymki, materializowała kult,
sekularyzowała nadzieję, naśladowanie świętych zamieniała w hagioterapię,
pobudzała hojność, dając utrzymanie rzemieślnikom, artystom i opiekunom
sanktuariów. Zwykłych ludzi mało obchodziły toczące się na ten temat spory na
wysokościach intelektu teologów czy oficjalne interpretacje owego kultu. Jego
bowiem zwolennicy i przeciwnicy polemizowali zawzięcie. W VIII w. podczas
obrazoburczej kampanii cesarza Leona III sporo biskupów konformistycznie
zmieniało zdanie w sprawie kultu wizerunków (bronili go wytrwale jedynie
mnisi), który w końcu zyskał zatwierdzenie II Soboru Nicejskiego w 787 r.
Żywioł spontanicznej pobożności masowej wymusił
kompromis. Skoro się nie da powstrzymać rzeki, należy ją regulować; co też i
czyniono, by utrzymać kontrolę nad prawowiernym pojmowaniem (gorzej było z jego
upowszechnieniem) praktyk: cześć nie odnosi się do wizerunku, lecz do przedstawionej
postaci, a tę, skoro była cielesna, można przedstawiać. A pozostałe? W dialogu
Jana, biskupa Tesalonik, z poganinem (VII w.), ten drugi pyta: „Przyjmijmy, że
przedstawiacie Boga jako Logos wcielony, ale cóż powiesz o aniołach? Ich
przecież także malujecie w ludzkiej postaci”, choć uważacie, że to istoty
duchowe. Podobnie wszak można „interpretować cześć oddawaną naszym bogom
poprzez ich posągi”. Na co biskup: aniołowie nie są całkiem niewidzialni, jak
boska natura, mają ciała subtelne, jak powietrze czy ogień. Takiego tłumaczenia
nie dało się zupełnie zastosować do Boga Ojca, toteż aż do XII w. przedstawiano
Go prawie wyłącznie przy pomocy symbolu Wszechmocy (Ręka), a Jego odwieczność
miała wkrótce wyrazić postać starca.
„ŚCIANY BŁYSZCZĄ ZŁOTEM, A BIEDACY GOŁYM CIAŁEM”
Św. Bernard z Clairvaux pisał w XII w.: „Co w
sanktuarium robi złoto? (...) Oczy poją się relikwiami oprawnymi w złoto, a
sakiewki otwierają się. Wystawia się na pokaz bardzo piękny obraz jakiegoś
świętego (...) biegną ludzie i całują, wzywa się ich do składania darów (...)
Ściany kościoła błyszczą złotem, a biedacy w nim gołym ciałem. Kościół kamienie
przyobleka złotem, a synów swych porzuca nagich”1. Erazm i humaniści wyrażali
obawy, by malowany wizerunek Chrystusa nie przesłonił ewangelicznego,
prowadzącego do naśladowania. Bernard, opat cystersów, którzy w swych
kościołach rezygnowali z rzeźb i wielkiego zdobnictwa, zauważył związek
kosztownego wyposażenia świątyń z położeniem ubogich. Przepych kościelnych
wnętrz ganił pod koniec XV w. Savonarola. Obaj nie wiedzieli jeszcze, co
potrafi barok. Potrydencka formacja kościelna wyznacza sztuce, i to kosztownej,
znaczną rolę w religijnej perswazji masowej.
Renesansowy mecenat Kościoła nad bogactwem
architektury i sztuki sakralnej rywalizował o środki nie tylko z aktywnością
charytatywną. Powstały w kręgu Bramantego i Rafaela, a przedłożony Leonowi X
raport o zabytkach starożytnego Rzymu ujawnia i destrukcję towarzyszącą
budowlanemu rozmachowi. Autorzy ubolewali, że wielu „papieży pozwalało na
rujnowanie i zniekształcanie starożytnych świątyń, posągów, łuków i innych budowli
(...) Ileż wapna wypalono z posągów i innych ozdób antycznych!”
Ale obrońcy ginącego antyku sami zapełniali dla nich
przecież czynione wyrwy w substancji kultury własnym talentem. Najlepsi spośród
nich traktowani byli przez współczesnych już nie jak rzemieślnicy, lecz jak
narodowi bohaterowie. Papieski, książęcy, miejski, klasztorny mecenat umożliwił
rozkwit geniuszu mistrzów odrodzenia. Co nie oznacza, iż współdziałanie
artystów ze sponsorami było samą harmonią. Świadkiem takich sytuacji jest
współpracujący z Rafaelem i Michałem Aniołem Giorgio Vasari, autor
niezastąpionych „Żywotów najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów”.
Stąd parę przykładów.
OKIEM VASARIEGO
Gdy Leonardo malował w Mediolanie Ostatnią Wieczerzę w
dominikańskim refektarzu, przeor przynaglał go do szybszej pracy. Mistrz
uwiecznił tedy jego rysy w postaci Judasza. Połączenie zapału Bramantego i
niecierpliwości papieża Juliusza II przyspieszyło wprawdzie przebudowę
watykańskich gmachów, ale kilkadziesiąt lat później, już po śmierci obu
sprawców, budowle zaczęły pękać i wymagały wzmacniania. Wspaniała polichromia
Kaplicy Sykstyńskiej powstała dzięki zazdrości Bramantego i innych rywali
Michała Anioła, którzy wystarali się dlań o to zlecenie, by mistrza dłuta
skompromitować jako malarza, jakim się Buonarroti jednak także okazał. W ciągu
20 miesięcy samotnej pracy nie chciał nikomu pokazywać jej postępów, zamykając
drzwi nawet przed Juliuszem II. Doszło do awantury, która omal nie skończyła
się porzuceniem roboty przez mistrza. Naglony przez papieża odpowiadał, że
skończy, kiedy będzie z dzieła zadowolony, Juliusz zaś replikował, że to on
chce być zadowolony, i żeby to było szybko. Każdy prawie mecenas miał podobne
pragnienia, choć nie każdy mógł sobie pozwolić, jak ten krewki pontifex, na
uderzenie artysty laską. Wola następnych papieży, Leona X i Klemensa VII, nie
raz jeszcze odrywała Michała Anioła od jednej niedokończonej pracy, by powierzyć
mu inną, we Florencji lub Rzymie.
Powstawanie dzieł zależało wprawdzie od dopływu
środków od zleceniodawców, ale ich hojność nie zawsze pobudzała twórczą wenę.
Gdy Sebastiano del Piombo uzyskał u Klemensa VII upragniony tytuł dworski z pensją,
porzucił malowanie, by oddać się błogiemu próżnowaniu. Renesansowe kanony
piękna przenoszone w sakralną sferę nie wszystkich zachwycały. Bartolomeo
Baccio należał do tych florenckich mistrzów, którzy pod koniec XV w. dali się
porwać uruchomionym przez kazania Savonaroli ascetycznym nastrojom. Przyniósł
więc wszystkie swe rysunki i studia aktów, by wraz z instrumentami muzycznymi,
pachnidłami, maskami karnawałowymi, erotyczną literaturą i innymi narzędziami
pokus spłonęły na stosie. Po straceniu Savonaroli Bartłomiej wstąpił do jego
klasztoru. Namalowany jednak przezeń, już jako dominikanina, obraz św.
Sebastiana, wystawiony w kościele, zachwycał artystów, lecz poruszał zmysły
kobiet. Konfratrzy przenieśli więc wizerunek do kapitularza, a następnie
sprzedali.
Bartolomeo Ammannati, który wyrzeźbił m.in. pełną
nagich postaci manierystyczną fontannę na florenckim placu Signorii, pod koniec
życia przeżywał z tego powodu wyrzuty sumienia. Dał im rzadko spotykany wyraz w
liście do Akademii rysunku w 1582 r.: „pragnę publicznie napisać, wyznać i
powiadomić, o ile tylko mogę, każdego, jak wiele zła dokonałem i jak nad tym
ubolewam”, obraziwszy Boga, wykonując „obnażone figury satyrów, faunów i inne
rzeczy podobne, odsłaniając te części, które trzeba osłaniać, i których bez
wstydu oglądać nie można, a które zakrywać poleca i rozum, i sztuka”. Ostrzegał
adresatów przed prezentowaniem nagości, budzącej u mężczyzn czy kobiet grzeszne
myśli. Troska o stan tychże myśli omal nie doprowadziła do zamalowania Sądu
Ostatecznego w Kaplicy Sykstyńskiej. Skończyło się na opatrzeniu postaci
zaczątkami przyodziewku.
PRZYSTANEK TRYDENT
Wśród postanowień Soboru Trydenckiego z 1563 r.
znalazło się zalecenie, by unikać zmysłowości w malowaniu kościelnych
wizerunków. Należało też kult relikwii i obrazów oczyścić z wszelkich zabobonów
oraz wyeliminować zeń chęć zysku. Przy tym pielgrzymki nie mają dawać „okazji
do hałaśliwych uczt i pijaństwa, tak jakby uroczystości ku czci świętych miały
być obchodzone z zabawą i rozpustą”. Uznawanie nowych cudów i dopuszczanie
wizerunków do kultu wymaga aprobaty biskupa. Należy wiernym przypominać naukę
II Soboru Nicejskiego, że obrazom należy się cześć nie dlatego, „iżby miało
się wierzyć, że się w nich jakaś boskość czy moc znajduje, i że dlatego mają
być otoczone kultem, bądź iżby miało się je o coś prosić, bądź obdarzać je zaufaniem,
jak to dawniej czynili poganie, którzy swą wiarę w idolach umieszczali, lecz
dlatego, iż cześć im okazywana odnosi się do prawzorów, które one
przedstawiają”.
Zamierzenie soboru, by w traktowaniu świętych obrazów
przez wiernych więcej było skupienia się na przedstawionych przez nie
postaciach i chęci ich naśladowania niż mało pobożnego tłoczenia się do nich po
cuda, trudne było do zrealizowania. Łatwiej było spełnić zalecenia, które nie
wymagały przebudowy zasiedziałej mentalności, lecz np. usunięcia z kościołów
wizerunków nie całkiem zgodnych z Biblią czy uznanych za nieprzystojne, jak
strojni jeno w listek figowy Adam z Ewą czy skąpo odziana Maria Magdalena.
Paolo Veronese w 1573 r. musiał się tłumaczyć przed inkwizycją, czemu malując
Ostatnią Wieczerzę umieścił na obrazie chłopca z papugą, a jednego z apostołów
zatrudnił czyszczeniem sobie zębów wykałaczką. Oskarżony powołał się na prawo
do marginesu fantazji i przykład Sądu Ostatecznego Michała Anioła, gdzie
postacie przedstawione są nago. Na co usłyszał, że przecież uczestnicy tego
Sądu nie wystąpią w strojach. Artystę zobowiązano do dokonania poprawek.
Synod krakowski biskupa Marcina Szyszkowskiego z 1621
r. domagał się za soborem stosownych obrazów w świątyniach, zakazywał malowania
i rzeźbienia Panny Marii w stroju nazbyt świeckim lub zagranicznym, dodawania
na wizerunkach sakralnych wbrew historii psów, kotów czy zajęcy. Obrazy nie
nadające się już do renowacji należało palić. O słabo znanej realizacji tego
zalecenia myślimy dziś ze zgrozą.
Historia potoczyła się inaczej. Stroje malowanych
Madonn stworzyłyby bogatą kolekcję mody bieżącej i imaginowanej. Biżuteria zaś,
jaką pobożność potrydencka obwiesiła mnóstwo czczonych wizerunków Maryjnych,
zgromadzona razem, dałaby fortunę większą od magnackiej. Przeciwnikom
wystawnych koronacji obrazów, zatroskanym o pusty skarb Rzeczypospolitej i
rozliczne potrzeby społeczne, zarzucano niedostatek czci do Najświętszej Panny,
oziębłość w wierze czy wręcz uleganie wpływom innowierczym albo i masońskim.
Nowi fundatorzy też chcieli uwiecznić swą troskę o
chwałę Boską, podobnie jak ich poprzednicy. Rozpierali się tedy pośmiertnie,
tarasując swymi nagrobkami kościelne wnętrza, obwieszali w nich ściany
insygniami wojskowymi, a herbami zdobili mszalne paramenty. Ubolewał nad tym w
1624 r. miłośnik sztuk i protektor artystów, mediolański arcybiskup i kardynał,
Fryderyk Boromeusz.
Niejeden fundator, nie bez zachęty ze strony
zainteresowanych zresztą, wolał się wykosztować na wielki klasztor czy strojny
kościół, stawiany czasem obok innego kościoła, niż zbudować za to kilka
skromniejszych świątyń parafialnych dla swoich poddanych. Kustosze sanktuariów
prześcigali się w rozgłaszaniu niezwykłych właściwości własnego wizerunku,
rywalizując o pątników. Ich rzesze przyciągały następne rzesze, a przynoszone
przez nie wota i ofiary – tychże ciąg dalszy, wedle mechanizmu ukazanego już
przez św. Bernarda, który pisał, że „sam widok tych kosztownych, lecz cudownych
próżności pobudza ludzi bardziej do dawania datków niż do modlitwy. I tak
bogactwa pociągają za sobą bogactwa, i tak pieniądz przynosi pieniądz”. Wolno
sądzić, że święty przesadził. Niemniej zarówno wówczas, jak i znacznie później,
im bardziej sacrum kojarzyło się z decorum, a łaska z cudem, tym trudniej było
pogodzić wystawną sztukę z potrzebami charytatywnymi i związać kult z etyką, a
świętość z codziennością.
|