|
PAPIEŻ I ARTYŚCI
Na własną odpowiedzialność
TADEUSZ SOBOLEWSKI
- Na pytanie wywołane „Listem do artystów” trudno
odpowiadać z chłodnego dystansu, bez uwzględnienia sfery subiektywnych przeżyć.
W ciągu minionych 20 lat zmieniał się nasz stosunek do Kościoła, zmieniał się
sam Kościół. A także zmieniała się funkcja kina. Starając się odpowiedzieć na
pytanie, czy Kościół potrzebuje dziś kina i czy kino polskie potrzebuje
Kościoła oraz czy „perspektywa religijna jest kinu potrzebna”, szukam punktu
widzenia, z którego dałoby się ogarnąć obie wymienione sfery w sposób obiektywny.
I nie znajduję.
Trudno mi zobaczyć Kościół i kinematografię jako dwie
osobne całości, wzajemnie sobie potrzebne. One są przede wszystkim potrzebne
mnie, istnieją dla mnie i w pewnym sensie są współtworzone przeze mnie – uczestnika.
Będę więc mówił w pierwszej osobie, nie po to, by eksponować indywidualne
przeżycia, ale żeby zwrócić uwagę na pewien nurt kultury, który mnie (nas)
kształtował. Był taki czas w życiu naszego pokolenia, kiedy odczuwaliśmy
szczególną łączność między kinem a religią. Dziś nie wydaje się już ona tak
wyraźna, ani tak powszechnie odczuwana. Jeszcze 15-20 lat temu po amatorsku
doszukiwałem się wspólnej natury przeżycia filmowego i przeżycia religijnego. I
znajdowałem przykłady w filmach Tarkowskiego, Olmiego, Mizoguchiego,
Pasoliniego. Także – na zasadzie negacji – u wielkich buntowników, demaskatorów
religijnych złudzeń: Buńuela i Bergmana. Ich arcydzieła, takie jak „Viridiana”
i „Goście Wieczerzy Pańskiej”, na mocy dziwnego paradoksu oddziaływały
religijnie, w imię prawdy, oczyszczając wiarę z iluzji.
RELIGIA NIE PRZYSŁANIAŁA TAJEMNICY
Ale także filmy prowadzące wprost ku przeżyciu
religijnemu mają działanie paradoksalne. Oglądając je, wchodzimy głęboko w
swoje „ja” i równocześnie się tego „ja” pozbywamy. Moim zdaniem, jest to
najistotniejsza cecha, która łączy intensywne przeżycie filmowe z przeżyciem
religijnym. Stajemy się częścią przedstawionego, a ono staje się częścią nas.
Patrzymy więc na świat jak gdyby okiem stwórcy i uświadamiamy sobie tym samym,
że rzeczywistość ma naturę duchową, mentalną. Drzewo sfilmowane przez
Tarkowskiego kontemplujemy tak, jak kontemplował naturę człowiek pierwotny, jak
patrzy na nią dziecko, poeta lub człowiek głęboko religijny – widząc symbol.
Dla Tarkowskiego kino było żywym symbolem, czymś takim jak ocean z „Solaris”
Lema. I nieważny pozostaje fakt, że w dzienniku Tarkowski określa siebie jako
agnostyka. Można powiedzieć bez przesady, że w latach 60. i 70. kino dla wielu
z nas pełniło rolę małego kościoła. Przeżycie filmowe prowadziło ku przeżyciu
religijnemu, ku religii samej. Tu kolejny paradoks: filmy najsilniej
przeniknięte duchem ewangelicznym były często dziełem zdeklarowanych ateistów
lub agnostyków. Dlaczego właśnie im wierzyło się najbardziej? Czy dlatego, że
wiązali Ewangelię z osobistym lub rodzinnym doświadczeniem? Że wpisywali w nią
siebie? Że religia nie przysłaniała im tajemnicy? W „Ewangelii według
Mateusza” (która podobała się kardynałowi Wojtyle, o czym zaświadcza
kalendarium życia Jana Pawła II), Pasolini w roli Matki Boskiej obsadził swoją
matkę. Kazimierz Kutz w swoim najlepszym filmie, „Soli ziemi czarnej”, postać
własnego stryjka, powstańca śląskiego, umieścił w kręgu symboliki wielkanocnej,
jego pójście do powstania ukazując w kategoriach pasyjnej ofiary, a
przebudzenie w Polsce jako zmartwychwstanie. Po latach w „Śmierci jak kromka
chleba” górników z „Wujka” Kutz uczynił bohaterami polskiej Pasji. Edward Żebrowski
z przeżycia szpitalnego wyprowadził swoje dwa najlepsze filmy z lat 70.:
telewizyjną „Szansę” i „Ocalenie”, w których pokazał szpital jako miejsce, w
którym nabiera sensu pojęcie ofiary. Krzysztof Zanussi pod wpływem śmierci
jednego ze swoich przyjaciół nakręcił „Spiralę”, film o nieśmiertelności.
Andrzej Wajda w „Piłacie i innych” zobaczył współczesnego Chrystusa, idącego z
krzyżem poboczem autostrady.
KLASZTOR ARTYSTÓW
W latach 70. w kulturze polskiej zapanował nowy
klimat. Dawało o sobie znać rozczarowanie elit do ustroju, demontaż ideologii
komunistycznej, którą niektórzy nazywali religią. Kościół katolicki niósł
obietnice wolności i w pewnym momencie, z inicjatywy Prymasa, wyciągnął rękę do
artystów. Zapowiedzią tego zbliżenia były Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej.
Pamiętam pierwszy filmowy efekt tego spotkania: dokument „Pielgrzym”
Trzosa-Rastawieckiego o pielgrzymce papieskiej 1979 roku. To wtedy po raz
pierwszy w Polsce kościoły zamieniły się w sale kinowe.
Film Trzosa rejestrował zjawisko, które zdumiewało
wówczas Polaków, przyzwyczajonych do traktowania religii jako kwestii ściśle
prywatnej oraz do przeciwstawienia religii i społecznego postępu. W 1979 pękła
jakaś bariera, nastąpiło odwrócenie pojęć. Ideologia okazała się martwa,
natomiast wiara objawiła się społeczeństwu jako oczywistość („nie można
zrozumieć człowieka bez Chrystusa”). Naród ukląkł, uklękli także ateiści.
Podział na wierzących i niewierzących, pielęgnowany przez władze, został
zawieszony, wręcz unieważniony. Później, w stanie wojennym, kiedy kultura
polska zeszła do kościelnych katakumb, ten podział zatarł się jeszcze bardziej.
Januszowi Boguckiemu, który patronował wejściu plastyków do kościoła, marzył
się klasztor czy aszram artystów. Już wtedy miało się poczucie, że uczestniczymy
w jakiejś utopii. Piękne w niej było to, że nikt nie wyznaczał granic Kościoła
– wyznaczyliśmy je sami, uczestnicy tego ruchu, czasem błądząc, czasem się
cofając, przybierając gombrowiczowską „gębę”, robiąc kościelne miny, a czasem
kontrolując się wzajemnie pod względem prawowierności. To doświadczenie nie
zostało przeżyte do końca. Było jednak ważne i jest ważne do dziś. Odkryliśmy
wtedy nową twarz Kościoła katolickiego, który okazał się naprawdę powszechny.
Miejsca takie jak warszawska Żytnia (parafia Miłosierdzia Bożego) były otwarte
dla wszystkich, gościli w nich prawosławni, ewangelicy, żydzi, buddyści,
ateiści.
Pamiętam taki festiwal filmów polskich w Gdańsku (w
roku bodajże 1983), gdy na spotkanie z Andrzejem Wajdą trzeba było przejść z
gmachu NOT do pobliskiego kościoła dominikanów. Wajda stał przy ołtarzu. Z
tłumu padło pytanie: kim jest dla pana Chrystus? Wajda odpowiedział szczerze,
bez namysłu: „zanim uwierzę w Boga, muszę zobaczyć w Nim człowieka”. Atmosfera
wspólnego zagrożenia sprawiała, że spotkanie Kościoła ze sztuką odbywało się w
duchu prawdziwej wolności, tak to się czuło. Na dłuższą metę trudno było jednak
temu duchowi sprostać. Mariaż kultury i Kościoła w latach 80. otwierał zawrotne
perspektywy ekumeniczne, zawierał w sobie wizje Kościoła otwartego i
społeczeństwa otwartego, którą nieśli ze sobą ludzie pierwszej Solidarności,
ludzie KOR-u. Było to zadanie rewolucyjne i właściwie trudno się dziwić, że gdy
zagrożenie minęło, dawne bariery i uprzedzenia wróciły. Zresztą od samego początku
spotkanie ludzi sztuki i ludzi Kościoła było poddane pokusie, aby udział
artystów i intelektualistów w kościelnych imprezach traktować jako formalny
akces religijny. Filmowcy znajdowali się w nieco innej sytuacji niż
dziennikarze czy plastycy. Aby wykonywać swój zawód, musieli korzystać z
mecenatu państwowego, co stawiało ich w innej roli wobec Kościoła. Nie będąc od
Kościoła zależne, środowisko filmowe uchroniło się przed bigoterią, która
zaczęła się szerzyć wśród artystów w stanie wojennym, co przybierało nieraz
kształt karykaturalny (pamiętam, jak Mirona Białoszewskiego dziwiła nagła
przemiana niektórych znajomych, których zetempowski entuzjazm pamiętał z
dawnych czasów).
NIEWIERZĄCY POSZUKUJE PRAWDY
Ciekawy ślad sporu o to, jakie miejsce ma zajmować
artysta w Kościele, pozostał w dokumencie BBC o „Dekalogu” Kieślowskiego. W
dwugłosie Kieślowski – Piesiewicz można odnaleźć własne ówczesne rozterki.
Piesiewicz wypowiada się apologetycznie, uważając, że ich filmy pełnią funkcję
religijną: „jeśli wielu ludzi sięgnęło po tych filmach do Dekalogu i
przypomniało sobie tych 10 podstawowych norm, to czy nie jest to zgodne ze
społeczną i moralną nauką Kościoła?” Kieślowski przerywa mu: „to trzeba zapytać
Kościół, czy ma ochotę na to, żeby ktoś wyręczał go w tej robocie. Bo ja
podejrzewam, że Kościół wcale nie chce, żeby go wyręczać. Księża tłumaczą
ludziom z ambony, że nie wolno robić różnych rzeczy i pokazują na przykładach,
jak źle to się kończy, gdy ktoś robi coś złego. Inna sprawa, że wszyscy ciągle
robią coś złego i to się ciągle źle kończy, i nic się praktycznie nie zmienia.
Więc trzeba by zapytać ludzi stamtąd, w czarnych sutannach, z tymi guziczkami...”
Rolę rozjemcy odegrał w filmie BBC ojciec Jacek Salij.
„Wartość filmów Kieślowskiego – mówił – nie polega na ich użyteczności
katechetycznej, choć niektórych z tych filmów, na przykład pierwszy czy piąty,
można by do takich celów użyć, jest w nich poważny zamysł nad uniwersalną
problematyką moralną. Natomiast kwestia, czy reżyser jest czy nie jest człowiekiem
Kościoła, jest czy nie jest wierzący, pozostaje dla mnie wtórna. A to dlatego –
mówił o. Salij – że ja w Pana Boga wierzę naprawdę. Wierzę, że Pan Bóg stworzył
wszystkich ludzi, wierzących i niewierzących. Jeżeli człowiek niewierzący
rzetelnie poszukuje prawdy, to bardzo ciekawe rzeczy znajduje, czasem nawet
ciekawsze niż człowiek wierzący”.
TREŚCI GOTOWE
Od tamtych dyskusji minęło niewiele lat, ale zarazem
minęła cała epoka. Znikło zagrożenie, które zapędzało artystów do sal
kościelnych. Upadł mur, który oddzielał nas od światowego targowiska próżności.
Kościół katolicki przestał być schronieniem dla narodu. Jako instytucja stał
się bardziej przejrzysty, pozbawiony aury tajemnicy. Ludzie przestali się
wstydzić zarówno swej wiary, jak swojej niewiary. Przeżycie religijne nie jest
już publicznym tabu. Intymne wyznania, dotyczące sfery religijnej, podobnie jak
seksu, można usłyszeć w telewizyjnych talk-show’ach. Współczesną kulturę masową
cechuje nie tyle brak tropów religijnych, co ich nadmiar. Antropolog kultury,
Monika Sznajderman, badając popularny repertuar video, nazwała go współczesną
biblią pauperum, co podważałoby obiegowy stereotyp, że filmy z wypożyczalni w
większości opierają się na scenach przemocy. Znakiem czasu jest używanie
skojarzeń religijnych w reklamie.
W tym wielokulturowym zgiełku, w jakim żyjemy, obraz
filmowy jakby stracił dawną intensywność. Współczesny młody człowiek nie będzie
już w kinie szukał religijnych wtajemniczeń – liczy na treści gotowe, podane z
góry. Współczesna technika nie stawia żadnych barier dla wyobraźni, pozwala
odbyć w kinie podróż w komputerowo stworzone zaświaty („Między piekłem a
niebem”). Ale czy jest to przeżycie religijne? Religijny był sposób, w jaki
Tarkowski filmował drzewa w „Zwierciadle”, a Rutger Hauer w „Legendzie o
świętym pijaku” Olmiego stawiał na stole kieliszek wina, w jaki Silvana Mangano
w „Teoremacie” Pasoliniego patrzyła na ciało mężczyzny.
We współczesnym kinie, jak w sztuce baroku, panuje
wystawność i iluzjonizm. Realizm magiczny. Religia zostaje coraz częściej
sprowadzana do roli baśni, cudownego remedium, ucieczki od ciężarów życia.
Zapominamy często, że religijny stosunek do rzeczywistości wymaga nie
pięknoduchostwa, ale dostrzeżenia prawdy, zobaczenia świata takiego, jaki jest,
tyle że z pewnego dystansu, który jest cechą przeżycia religijnego. Przykład
pierwszy z brzegu: na niedawnym festiwalu w Cannes Michael Winterbottom
przedstawił piękny film „Wonderland”. Wysoka technika została w nim użyta nie
do tworzenia iluzji, ale do przebicia się przez warstwę iluzji, jaką otacza nas
cywilizacja. W tym werystycznym portrecie współczesnej metropolii jest zawarty
dystans do świata. Winterbottom pokazał codzienne życie ludzi w Londynie jak
reportaż z nieznanej planety. Paradoksalnie, właśnie ten dystans wywołuje u
widza głębokie współczucie, utożsamienie się z życiem tych ludzi, podobne do
tego, jakie odczuwaliśmy, oglądając dokumenty Kieślowskiego. Więc wciąż jeszcze
kino jest zdolne do przekraczania barier? Wciąż może pomóc zobaczyć świat w
sposób religijny? Tylko co to właściwie znaczy – religijny? Trzeba to sobie
tłumaczyć wciąż na nowo. Jak sądzę, religia czy wiara nie są czymś, co się
posiada jak konto w banku, ale czymś, co się nieustannie uzyskuje i traci.
•
Kościół może dać artystom i krytykom pole do rozmowy
na ten temat. Ale już nie z pozycji instytucjonalnej władzy ani jedynego
posiadacza prawdy. Do szkółki nie damy już się zapędzić, bo przecież sam
Kościół pomógł nam wyzwolić się od światopoglądowych, ideologicznych autorytetów.
Nic więc dziwnego, że mówiąc dziś o sztuce w kontekście religii i Kościoła,
musimy mówić o sobie. Czerpać z własnego doświadczenia wewnętrznego.
Tadeusz Sobolewski (1947) –
krytyk filmowy, pracownik „Gazety Wyborczej”, współautor telewizyjnego cyklu „Kocham kino”.
|