|
PAPIEŻ I ARTYŚCI
Między kruchtą a sceną
RAFAŁ WĘGRZYNIAK
- Dzieje teatru w Polsce otwiera dramatyzacja
Ewangelii, „Nawiedzenie grobu”. Pierwszy dialog teatralny toczył się przy
pustym grobie pomiędzy dwoma aniołami a trzema niewiastami. Na pytanie „Kogo
szukacie?” padała zdecydowana odpowiedź: „Jezusa Nazareńskiego”.
Nieprzypadkowo więc w powstałym w 1968 spektaklu Grotowskiego „Apocalypsis cum
figuris”, mającym zamknąć historię teatru, zresztą nie tylko chrześcijańskiego,
znalazła się trawestacja „Nawiedzenia grobu”: dwie wiejskie baby myły się w
miednicy, dreptały dookoła sali i rozpościerały przed oczami widzów białe
prześcieradło jako dowód Zmartwychwstania.
Przedstawienie Grotowskiego, ukazujące powrót
Chrystusa zakończony brutalnym odtrąceniem przez ludzi, można było
interpretować, zgodnie z sugestią Jana Błońskiego, jako historię „śmierci Boga
w ludzkich duszach”. W ostatniej scenie Szymon-Piotr mówił przecież do
Ciemnego-Chrystusa: „Idź i nie przychodź więcej”. Ale Jerzy Grotowski przede
wszystkim poddawał próbie „mit Chrystusa”, posługując się, jak to określił Konstanty
Puzyna, dialektyką „prowokacji i bluźnierstwa z jednej, a fascynacji i
tęsknoty z drugiej strony”. Podobnie we wcześniejszych spektaklach, zwłaszcza w
„Księciu Niezłomnym” Calderona-Słowackiego, obsesyjnie powracał do Pasji,
jednocześnie apoteozując i ośmieszając postacie, pragnące odkupić świat poprzez
dobrowolną ofiarę. Z perspektywy czasu nie ulega wątpliwości, że „Apocalypsis”
była przejawem nie tylko osobistych zmagań Grotowskiego z postawą i nauczaniem
Jezusa, ale też podjętych bardziej otwarcie już po porzuceniu teatru poszukiwań
dróg zbawienia człowieka na ziemi w duchu gnozy, łączącej elementy manicheizmu,
sufizmu i jogi. Na dwa lata przed śmiercią Grotowski zaprezentował we Wrocławiu
stworzoną we włoskiej Pontederze „Akcję”, będącą rodzajem synkretycznego
rytuału złożonego z fragmentów antycznych misteriów, karaibskich tańców i
pieśni wibracyjnych oraz gnostyckiej „Ewangelii Tomasza”. W epilogu „Akcji”
pojawiał się przybijany do krzyża Chrystus, który odrzucał swą mękę, by
ostatecznie ją zaakceptować.
MORD W KATEDRZE
„Apocalypsis”, z Jezusem jako wiejskim przygłupkiem i
bezbronnym ślepcem, z drastycznymi scenami nawiązującymi do Ewangelii, w
których zacierana była granica między przeżyciem mistycznym a erotycznym, pomimo
zamierzonej wieloznaczności, ze zrozumiałych powodów oburzała wielu katolików.
Wywołała też ostrą, choć opóźnioną, reakcję Kościoła. W 1976 biskup Bronisław
Dąbrowski w rozmowach z rządem PRL w imieniu Episkopatu domagał się zdjęcia
spektaklu z afisza. W tym samym czasie prymas Wyszyński, w homilii wygłoszonej
w krakowskim kościele na Skałce, dosadnie określił dzieło Grotowskiego jako
„prawdziwe świństwo”. Przypadek „Apocalypsis” nie był bynajmniej odosobniony.
Podobnie przyjęte zostało przez hierarchię kościelną wystawienie przez
Kazimierza Dejmka w 1962 „Historyi o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim”
Mikołaja z Wilkowiecka. Episkopat wystosował do MKiS oficjalny protest, a
prymas Wyszyński w jednym z kazań dał wyraz swemu oburzeniu z powodu odgrywania
„Historyi” „z przymrużeniem oka”. Aferę zażegnał Jerzy Zawieyski, który
wytłumaczył biskupowi Zygmuntowi Choromańskiemu, że wprawdzie Dejmek
zainscenizował staropolskie misterium wielkanocne „bynajmniej nie dla
podniesienia uczuć religijnych”, ale „nic skandalicznego ani nic niemoralnego
się nie dzieje”, jeśli niedawny propagator socrealizmu traktuje dramaty
religijne jako trwałą podstawę polskiej tradycji teatralnej. Wkrótce zresztą
władze komunistyczne atakowały Dejmka za wprowadzenie do Mickiewiczowskich
„Dziadów” elementów chrześcijańskiej obrzędowości i liturgii, a w 1969 nie
zgodziły się na granie stworzonego przez niego w Ateneum pasyjnego widowiska
„Dialogus de Passione”.
Twórcy teatru, decydujący się na ukazanie na scenie
tematyki religijnej albo chociaż odwołanie do chrześcijańskiej symboliki,
musieli się więc liczyć w PRL z niechęcią czy wręcz wrogością władz, ale też ze
sporą nieufnością Kościoła, mającą przecież wielowiekową tradycję. Tę
dwuznaczną sytuację umiejętnie wykorzystywał Konrad Swiniarski. Wystawiając w
Starym Teatrze dramaty z klasyki narodowej, w duchu marksizmu i freudyzmu
podkreślał wpływ czynników społecznych czy biologicznych na zachowanie
człowieka, ale zarazem przywoływał chrześcijańskie pojęcia dobra i zła, winy i
kary, miłosierdzia i sprawiedliwości. Przewrotne, a chwilami nawet bluźniercze
inscenizacje Swinarskiego „Nie-Boskiej komedii” Krasińskiego, „Dziadów”
Mickiewicza czy „Klątwy” i „Wyzwolenia” Wyspiańskiego nie mogły się obejść
bez trójkątnego oka Opatrzności, obrazu Sądu Ostatecznego, atrybutów Męki
Chrystusa, krucyfiksu, a zwłaszcza wizerunku lub figury Matki Boskiej. Swinarski
prowokował zarówno ateistów, jak i osoby wierzące.
Władze komunistyczne w zasadzie starały się
uniemożliwić ludziom teatru nie ukrywającym swych związków z Kościołem
uprawianie zawodu (dość przypomnieć likwidację w 1967 Teatru Rapsodycznego
Mieczysława Kotlarczyka), rzadko też tolerowały w repertuarze scen zawodowych
utwory współczesnych pisarzy katolickich. Domeną teatru religijnego stać się
miały zespoły działające na KUL-u, przy niektórych KIK-ach bądź w seminariach.
Sytuacja radykalnie zmieniła się po wyborze na Papieża byłego aktora Teatru
Rapsodycznego i dramaturga, Karola Wojtyły, a szczególnie po masowych
manifestacjach więzi z Kościołem podczas pierwszej podróży Jana Pawła II do
Polski i rewolcie z roku 1980. Odpowiadając na oczekiwania publiczności, teatry
zaczęły wystawiać sztuki Karola Wojtyły: „Brata naszego Boga”, „Przed sklepem
jubilera”, „Hioba” czy „Jeremiasza”. W ślad za nimi pojawiły się na scenach
dramaty Rostworowskiego, Zawieyskiego czy też Brandstaettera. Wprowadzenie
stanu wojennego jeszcze spotęgowało to zjawisko. Pragnąc dać wyraz zbiorowym
emocjom, teatry sięgały wówczas po różne teksty o charakterze mniej lub
bardziej religijnym; „Księgę Hioba” czy „Księdza Marka” Słowackiego.
Najmocniej i najczyściej jako protest przeciwko „zabiciu nadziei” zabrzmiał
jednak „Mord w katedrze” Eliota, wystawiony przez Jerzego Jarockiego siłami
warszawskiego Teatru Dramatycznego w kościele św. Jana, a krakowskiego Starego
Teatru w Katedrze Wawelskiej. Wpisanie spektaklu w architekturę świątyni, choć
podyktowane tematyką i charakterem utworu Eliota, było niezwykle znamienne.
HEREZJE
W okresie stanu wojennego rozwinął się bowiem na
szeroką skalę, zapoczątkowany jeszcze pod koniec lat 70. przez dawnych aktorów
Kotlarczyka, Danutę Michałowską i Tadeusza Malaka, teatr kościelny. We
wnętrzach świątyń, w budynkach przykościelnych, ale też pod gołym niebem,
zwłaszcza z okazji tygodni kultury chrześcijańskiej, Mszy za ojczyznę,
pielgrzymek czy papieskich wizyt, prezentowane były zarówno monodramy
(„Święta” wg pism Teresy z Avila albo „Nawracajcie się” wg „Apokalipsy św.
Jana” w wykonaniu Danuty Michałowskiej), jak i rozbudowane widowiska
(„Misterium Męki i Zmartwychwstania” Brandstaettera, powstałe pod okiem Hanny
Skarżanki w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej lub „Epitafium św. Kazimierzowi”
wrocławskiego NST).
Najgłośniejszym spektaklem teatru kościelnego był
niewątpliwie „Wieczernik” Ernesta Brylla, wyreżyserowany przez Andrzeja Wajdę
w 1985 w warszawskim kościele na Żytniej. Bryll ukazał uczniów Jezusa zebranych
w Wieczerniku i zmagających się ze zwątpieniem i lękiem, ale jego dramat, choć
odwołujący się do Ewangelii, jak pisała Marta Fik, „dzieje się po prostu w
»pogrudniowej« Polsce, i kiedy mówi się tu o dławieniu idei, nikt nie ma
wątpliwości, że idzie nie o Chrystusa, lecz o »Solidarność«”; ponadto Wajda
wprowadzając do przedstawienia koksowniki czy wycie syren milicyjnych uczynił
wszystko „aby te skojarzenia ujednoznacznić”. Teatr kościelny lat 80. służył
bowiem przede wszystkim manifestowaniu sprzeciwu wobec narzuconego porządku,
utwierdzaniu wiary w sprzeciwu tego ostateczne zwycięstwo. Nieprzypadkowo w
kościelnych przedstawieniach pobrzmiewały często tony mesjanistyczne, a ich
podstawą były „Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego” Mickiewicza albo
„Anhelli” Słowackiego. Widowiska religijne stały się więc elementem narodowego
rytuału.
Zapewne w dużym stopniu reakcją na prostoduszny,
bogoojczyźniany charakter teatru religijnego z czasów stanu wojennego, a także
na słabości i ograniczenia polskiego katolicyzmu, były przedstawienia młodych
reżyserów debiutujących pod koniec lat 80., często wyraźnie nawiązujące do
twórczości Grotowskiego, Swiniarskiego czy Dejmka. Andrzej Dziuk w „Dr.
Faustusie” wg Marlowe’a, „Wielkim Teatrze Świata” Calderona czy „Sic et nunc”
wg Duncana, wpisującym dzieje miłości Abelarda i Heloizy w układ łacińskiej
mszy, ukazywał dramatyczne rozdarcie człowieka między czystą duchowością a
grzesznym ciałem, nadzieją na zbawienie a lękiem przed potępieniem. W
moralitetach Piotra Tomaszuka, w „Turlajgroszku” i w osnutym wokół cudu w
Zabłudowie pod Białymstokiem „Głupie” własnego autorstwa, w „Klątwie”
Wyspiańskiego czy najnowszych „Słowach Bożych” ValleInclána nieodmiennie
triumfuje zło. W misteriach Piotra Cieplaka ludzie poddani są na równi
działaniu „siły ciążenia” i „łaski”; tylko wiara, nadzieja i miłość jest w
stanie ocalić ich przed pogrążeniem się w nicości. W „Historyi” Mikołaja z
Wilkowiecka Jezus wyprowadzał z Piekła gromadę współczesnych postaci
znajdujących się we władzy Złego. W „Historii o Miłosiernej” Suassuny Matka
Boska stawała się obrońcą kilku grzeszników zawieszonych między Niebem a
Piekłem. Tadeusz Słobodzianek, będący zarazem dramatopisarzem i reżyserem,
poprzez dzieje rycerzy okrągłego stołu w „Merlinie” oraz prawosławnej sekty
Eliasza Klimowicza w „Carze Mikołaju” i „Proroku Ilji”, ukazywał nieuchronną
klęskę prób stworzenia Królestwa Bożego na ziemi. W wystawionej przez
Słobodzianka „Magii Grzechu” Calderona Ulisses był współczesnym Polakiem, wydanym
na pokusy permisywnej kultury i poskramianym przez Kościół.
Przedstawienia z tego nurtu, z pewnością jednego z
najżywotniejszych we współczesnym teatrze, często są nierówne, ale cechują się
odważnym podejmowaniem zagadnień religijnych. Łączy je nawiązywanie do formy
misterium lub moralitetu, poruszanie kwestii teologicznych czy moralnych,
konfrontowanie prawd wiary z potocznym doświadczeniem. W wielu z nich dostrzec
można wyraźną rezerwę w stosunku do instytucji kościelnych i ludowej
religijności, poszukiwanie inspiracji w kręgu innych wyznań, choćby
prawosławia, uleganie herezjom, zwłaszcza manicheizmowi, i nie cofanie się
przed bluźnierstwem.
KRZYŻ W GŁĘBI DUSZY
Inspiracje religijne nietrudno też dostrzec w, zgodnie
uznawanych za najwybitniejsze dokonanie teatru lat 90., spektaklach Krystiana
Lupy. Inscenizując w 1990 „Braci Karamazow” Dostojewskiego, Lupa skupił się na
duchowych przemianach Iwana, Dymitra i Aloszy, zakończonych objawieniami.
Dzięki motywom z „Mszy h-moll” i „Pasji wg św. Mateusza” Bacha oraz scenom z
Ewangelii przedstawienie zmieniło się w „podróż od incarnatus przez crucifixus
do resurrexit”. W „Lunatykach” Brocha odnalazł Lupa odbicie dzisiejszej
sytuacji duchowej człowieka. W pierwszej części spektaklu, powstałej w 1995,
próby przywrócenia moralnego porządku w świecie ulegającym gwałtownym
przemianom prowadzącym do rozpadu tradycyjnych wartości, a także wyeliminowania
zła i cierpienia, doprowadzają Escha do idei Odkupienia poprzez Ofiarę.
Popełniający samobójstwo Bertrand wydaje się jednak nie tyle Chrystusem, co
Antychrystem. W drugiej części „Lunatyków”, z 1998, rozgrywającej się w czasie
Wielkiej Wojny, ludzie pogrążeni „w ciemnej otchłani”, w obliczu katastrofy,
zobojętnieli wobec powszechnego bólu i śmierci, daremnie wypatrują znaków
zwiastujących nadejście czasu Paruzji i Sądu Ostatecznego, zwycięstwa Dobra nad
Złem. Lupa, odwołujący się do idei Wielkiej Przemiany przejętej z pism Junga,
posługujący się symboliką alchemiczną czy elementami Kabały, wpisuje się
zapewne w nurt New Age, ale zarazem wyznaje: „Ja ciągle mam jeszcze krzyż w
głębi duszy i cały jestem zrobiony z tego symbolu, bo kultura, która mnie
utworzyła, należy do tego krzyża i ja się jej nie wyprę”.
Z pewnością teatr polski, nawet mając obojętny lub
niechętny stosunek do Kościoła, nie jest w stanie wyrzec się chrześcijańskiego
rodowodu. W XX-wiecznym teatrze europejskim istniała tendencja do odnowienia
związków z religią i nadania spektaklowi charakteru misterium. W Polsce, ze
względu na rolę katolicyzmu w kulturze i tradycję teatralną, była ona
szczególnie silna, a ostatnimi laty wcale nie słabnie. Czasami nawet teatr
usiłuje zająć miejsce religii. W ukończonym w 1989 „Teatrze w świecie
widowisk” Zbigniew Raszewski dał wyraz przekonaniu, że „w naszych czasach
teatr wcale nie musi być częścią liturgii, nie musi grać w kościele i nie musi
odgrywać Ewangelii, aby zachować w sobie tę czystość, która go dzisiaj
fascynuje w religii”, nie powinien zwłaszcza udawać, że „ma receptę na
»sacrum«”, bo „z tego może w końcu wyniknąć moralna dwuznaczność nie do wytrzymania”.
Rafał Węgrzyniak (1960) –
historyk i krytyk teatru. Opublikował m.in. „Wokół »Wesela« Stanisław
Wyspiańskiego” (1991).
|