|
PAPIEŻ I ARTYŚCI
List i jego odbiorcy
CZESŁAW MIŁOSZ
List Jana Pawła II do artystów jest wydarzeniem
niespodziewanym, zachwycającym, cudownym. Na samym końcu stulecia
przerażających wojen i zbrodni, a zarazem kolejnych przewrotów w sztuce
urzeczonej bezustannym poszukiwaniem nowego, rozlega się głos mądry i spokojny,
przypominający nam wszystkim, co było celem i powołaniem sztuki od zawsze.
Trzeba jednak zapytać, na ile to posłanie ima się
naszej skóry? Może jesteśmy już tak zdemoralizowani, że słowa mające przywrócić
nasze poczucie wspólnoty z artystami epok minionych ześlizgują się po nas, nie
przekonując? Co prawda na próżno byśmy bronili się powołując się na to, że
język teologii jest nam obcy. Język Jana Pawła II jest nasz, najwidoczniej
ukształtowany w wyniku jego przemyśleń jako poety, i trafia do nas nie tylko
tam, gdzie powołuje się na Norwida i Dostojewskiego. Trudno o lepsze
sformułowanie zadań sztuki: „Każda autentyczna inspiracja artystyczna – pisze
Ojciec Święty – wykracza bowiem poza to, co postrzegają zmysły, i przenikając
rzeczywistość stara się wyjaśnić jej ukrytą tajemnicę. Ma swoje źródło w głębi
ludzkiej duszy, tam, gdzie pragnienie nadania sensu własnemu życiu łączy się z
nieuchwytnym doznaniem piękna i tajemniczej jedności rzeczy. Wszyscy artyści
zdają sobie sprawę, jak głęboka przepaść istnieje między dziełem ich ręki,
nawet najbardziej udanym, a olśniewającą doskonałością piękna, dostrzeżonego w
chwili twórczego uniesienia: wszystko, co zdołają wyrazić malując, rzeźbiąc i
tworząc, jest jedynie przebłyskiem owej światłości, która na kilka chwil
zajaśniała oczom ich duszy”.
Jakież są więc możliwe przyczyny oporu artystów wobec
tak jasno nazwanych dążeń każdego z nich?
Myślę, że jest jednak główna. Oto list mówi o pięknej
ziemi, takiej, jaka ukazała się oczom Jahwe: „A Bóg widział, że wszystko co
uczynił, było bardzo dobre”. Nie wspomina natomiast o diable, podczas gdy
artyści kończącego się stulecia mieli bez ustanku do czynienia, i to również w
sobie samych, z podszeptami sztuki demonicznej. Ich fascynacja złem i
cierpieniem poszła tak daleko, że uznali je, pod wpływem nauk przyrodniczych,
za prawo ziemi, za prawdziwe oblicze Ducha Ziemi. Diabelski grymas stał się
cechą wybitnych dzieł, tak że wielu naszych współczesnych dopatruje się w tych
dziełach oznak opętania, wzywających egzorcysty. Co więcej, ów grymas
przeniknął do samej formy i nawet znalazł teoretyków twierdzących, że dawna
harmonijna sztuka nie jest już możliwa, i że nowe piękno może być osiągnięte
tylko przez łączenie elementów brzydkich, zgrzytliwych, skłóconych ze sobą.
Drwina, ironia i sarkazm wydają się niezbędnymi przyprawami sztuki, do tego stopnia,
że bez nich wydaje się ona bez smaku, niby potrawa bez soli. Natomiast te
przyprawy dowodzą głębokich przemian w naszym odczuwaniu świata. Jest to jakby
lęk przed posądzeniem o naiwną pochwałę istnienia („widział, że wszystko, co
uczynił było bardzo dobre”), ubezpieczanie się przed towarzyską naganą przy pomocy
min i mrugnięć. Bo wiedza o sile zła jest już wiedzą towarzyską i działa
przeciwko błogosławionej wizji jakiegoś nowego Fra Angelico.
Sztuka otwarcie chrześcijańska, całą sobą
przyświadczająca dogmatom Kościoła, jest dzisiaj rzadkim zjawiskiem. Niemniej
pozostaje w mocy stwierdzenie w liście papieskim: „Sztuka bowiem, jeżeli jest
autentyczna, choć niekoniecznie wyraża się tylko w formach typowo religijnych,
zachowuje więź wewnętrznego pokrewieństwa ze światem wiary, tak że nawet w
sytuacji głębokiego rozłamu pomiędzy kulturą a Kościołem właśnie sztuka
pozostaje swego rodzaju pomostem prowadzącym do doświadczenia religijnego”.
„Głęboki rozłam pomiędzy kulturą a Kościołem” jest
jednak dzisiaj faktem i przyczyną jest w pierwszym rzędzie trudność pogodzenia
obrazów zła i cierpienia z obrazem Boga osobowego, który nie umarł, jak chciał
Nietzsche, ale jakby otoczył mgłami czy ukrył. Tajemnica istnienia coraz
bardziej staje się tajemnicą bólu. Głęboki dualizm chrześcijaństwa – bo przy całej
aprobacie życia ziemia jest dla niego „padołem łez” – bliższy jest artystom
niż pieśń pochwalna, jak bliższy był filozofowi artystów, Schopenhauerowi.
Dlatego już od stu lat artyści przodują w wyrażaniu sympatii do nie-teistycznej
religii współczucia, buddyzmu.
„Piękno zbawi świat”, sądził Dostojewski. Zważywszy
na powszechność podłości i okrucieństwa, na ciągłą przegraną dobra i ciągle
powtarzane zwycięstwo zła, nie powinno być piękna, a nawet stanowi ono wyzwanie
i jakby obrazę dla istot cierpiących. A jednak piękno istnieje, i to
równocześnie, tuż obok, a nawet w ścisłej łączności z widokami niczym nie
hamowanej przemocy, jakby na dowód bezstronności Boga, który ten sam deszcz
spuszcza na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. I ponieważ list papieski mówi o
pięknie, zrozumiała jest jego pochwała rzeczy stworzonych, choćby były one dla
nas niewypowiedzianie bolesne.
Czego dowodzi diabelski grymas sztuki XX wieku? Można
zaryzykować przypuszczenie, że paradoksalnie, oznacza zwycięstwo moralności nad
estetyką. Różne odmiany rozpaczy zdają się układać akt oskarżenia, żeby
wreszcie sprowokować odpowiedź Oskarżonego, który milczy, natomiast jego
prześmiewca i rywal nie ustaje w potokach inteligentnej i błyskotliwej wymowy.
Przekonuje artystów, że zgoda na świat jest zdradą i że kiedyś była pora na
pogoń za pięknem, ale na to jest już za późno.
List papieski nie wyłącza artystów
niechrześcijańskich, ale zwraca się szczególnie do chrześcijan i z tego, co
mówi, można wywnioskować, że jedynie ci ostatni mogą pokonać rozpacz
egzystencjalną pochodzącą z podszeptów Złego. Może tego dokonać tylko ich
wiara. Oto słowa listu: „Przymierze istniejące od zawsze pomiędzy Ewangelią a
sztuką, niezależnie od swoich aspektów funkcjonalnych, wiąże się z wezwaniem do
wniknięcia twórczą intuicją w głąb tajemnicy Boga Wcielonego, a zarazem w
tajemnicę człowieka. Każdy człowiek w pewnym sensie pozostaje nieznany samemu
sobie. Jezus Chrystus objawia nie tylko Boga, ale objawia w pełni człowieka
samemu człowiekowi. W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą”.
Ale my, czyli artyści, prosząc o dar wiary, czujemy
jednak ten grymas, tę maskę, która przyrosła nam do twarzy. Jak się jej pozbyć?
Rozmyślanie o tajemnicy człowieka prowadzi nas do wniosku, przed którym bronimy
się wszelkimi siłami: że Książę Tego Świata zwycięża, bo ma sojusznika w „ja”
każdego z nas. Czyż Martin Luther nie uznał diabła za władcę wszelkich naszych
uczynków i odruchów, ratunek widząc jedynie w łasce? I czyż postępy nauk
zajmujących się człowiekiem nie potwierdzały tego przekonania o ciemnym
obszarze wewnątrz każdego z nas? Tak wyćwiczeni, wszyscy jesteśmy podobni do
tego malarza, który postanowił przedstawić jaśniejące, wspaniałe oblicze, i za
każdym ruchem pędzla widzi, jak stopniowo zmienia się ono w niezamierzoną karykaturę,
w satyrę na istnienie.
Kiedy czytamy list papieski do artystów, serce nam
powiada, że każde jego słowo jest prawdą, chociaż prawdą w skali mileniów, nie
jednego krótkiego momentu w dziejach. Chcielibyśmy, żeby już wiek dwudziesty
pierwszy przyniósł potwierdzenie jego prawdy w postaci dzieł promiennych i
czystych, świadczących że choroby nękające kilka pokoleń zostały
przezwyciężone. I być może wtedy to, co wydaje się nam niemożliwe, okaże się
możliwe.
Czesław Miłosz (1911) –
ostatnio opublikował „Zaraz po wojnie. Korespondencja z pisarzami 1945-1950”
(1998).
|