Zbigniew Herbert



O Henryku Elzenbergu i Zbigniewie Herbercie 

Mistrz i uczeń

Lesław Hostyński

 

Związki między Henrykiem Elzenbergiem i Zbigniewem Herbertem mają charakter szczególny i daleko wykraczają poza relację mistrz – uczeń. Uczeń wspiął się na szczyt literackiego parnasu, a nauczyciel jako twórca nawet nie zbliżył się do jego wielkości, ale to nie dokonania literackie Elzenberga wywarły wpływ na ukształtowanie się postawy życiowej i twórczej Herberta.

W drugiej połowie lat 40. Herbert podjął studia prawnicze w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wtedy właśnie po raz pierwszy zetknął się z Profesorem. W tym czasie Elzenberg prowadził wykłady, proseminaria i seminaria z estetyki, etyki i historii filozofii starożytnej. Herbert był uczestnikiem części tych zajęć. W notatkach Elzenberga do proseminarium „Historia filozofii starożytnej”, prowadzonego w roku akademickim 1949/50, zachowała się informacja na temat znajomości języków obcych poszczególnych studentów. Przy nazwisku Herberta figuruje następująca informacja: „rosyjski, niemiecki – dość dobrze, angielski, francuski słabo (ale czyta), łacina”. Ponadto zachowała się lista obecności, z której wynika, że Herbert wygłosił dwa referaty 13 I i 3 III 1950 r. z II i IV księgi „De rerum natura”.1
Aby zrozumieć siłę oddziaływania nauczyciela na uczniów, konieczne jest przywołanie wspomnień niektórych z nich. W zgodnej opinii uczniów, Elzenberg uchodził za „ostatniego Europejczyka”.2 Bogusław Wolniewicz wspomina: „Elzenberg – to było dla nas nie tylko nazwisko osoby, lecz także pojęcie i symbol. (...) czuliśmy, słuchając w neogotyckim »Majusie« wykładów Elzenberga, że w nim i przez niego przemawia do nas, młodych profanów, Europa (...). Europejskość umysłu E1zenberga rzucała się w oczy, choć nie był wcale efektownym wykładowcą. Przeciwnie, jego wykłady były raczej suche, prowadzone zawsze według szczegółowo opracowanych notatek. (...) Inaczej było na seminariach i w rozmowach prywatnych. Tam dopiero umysłowość Elzenberga ujawniała swój właściwy blask, porażając nas często głębią i celnością sądu”.3 W takiej atmosferze Herbert rozpoczął swój dojrzały kontakt z dziedzictwem myśli europejskiej. Spotkaniom z Elzenbergiem zawdzięcza niewątpliwie, że został wyposażony nie tylko w narzędzia, dzięki którym mógł niebawem rozpocząć w pełni samodzielne zgłębianie europejskiej tradycji, ale też w świadomość znaczenia owej tradycji.

„odpisy swoich wierszydeł”

Oficjalne stosunki profesora i studenta szybko przerodziły się w relację, którą można byłoby określić jako przyjacielska. W liście do Elzenberga z 16 grudnia 1951 roku Herbert pisze: „Czytałem także w przekładzie Marka Aureliusza i książkę Pana Profesora o jego etyce. Myślę o nim nie bez smutku i rozczarowania, a zanim się to ułoży w logiczne tezy, zanotowałem wrażenie”. Owym wrażeniem płynącym z lektury „Rozmyślań” i habilitacji Elzenberga „Marek Aureliusz. Z historii i psychologii etyki” jest jeden z najpiękniejszych wierszy Herberta „Do Marka Aurelego”. W autografie owego wiersza Elzenberg po słowach: „to barbarzyński okrzyk trwogi / którego nie zna twa łacina”, wprowadził odnośnik, a pod spodem listu jak surowy nauczyciel zanotował uwagę: „Jak z tego fragmentu wynika, autor zna M. Aureliusza tylko ze słyszenia, gdyż jak wiadomo »Rozmyślania« jego pisane były po grecku”.4 To „potknięcie” nie przeszkodziło oczywiście w pełni obiektywnie ocenić utworu, a przy okazji wskazać również na własne słabości. W odpowiedzi na wspomniany list pod datą 29 XII 1951 roku Elzenberg samokrytycznie zauważa: „Moja książeczka o Aureliuszu jest blada i niemrawa: pisana jako praca habilitacyjna, z przekonaniem dużym do stoicyzmu, owszem, ale bardzo małym do samego aktu habilitacji i do profesora, u którego ją robiłem. Pański wiersz nie ma wad tego typu; wywołał zresztą u mnie skojarzenie, bardzo pochlebne, z Tiutczewem”. Ale zaraz w tonie lekko krytycznym zauważa: „Potykam się trochę o trzy wyrażenia »larum gwiazd« (i to srebrne – hm, hm); »zburzy twe litery« (mówi się wprawdzie czasem »zburzyć włosy«, ale normalnie rozumiane »burzenie« jakoś źle się stosuje do liter); wreszcie, w sposób subtelniejszy: »spokój zdejm«. Myślę, że u Pana jest tu obraz maski, ale czytelnikowi z równą przynajmniej siłą narzuca się obraz zbroi, a u mnie wynikło coś skombinowanego z obojga: wyraźnie widzę Marka zdejmującego szyszak (i mniej już wyraźniej przyłbicę) – a to się mija z intencją. Przyjąć ten zwrot czysto słownie (nie realizując obrazowo wcale) też trudno, bo zestawienie słów zbyt twarde i nie daje zadowolenia czysto językowego”. Po ukazaniu się drukiem w prasie dedykowanego prof. Henrykowi Elzenbergowi „Do Marka Aurelego”, w liście do Herberta z 6 IV 1953 roku dziękując za dedykację z pewna ulgą i satysfakcją stwierdza, mając na myśli swoją rozprawę habilitacyjną: „to i ta moja trochę mdła i szara książeczka doczekała się pewnej nobilitacji”.5
Nie chcąc publikować w latach 50., Herbert świadomie pozbawił się kontaktu z szerokim kręgiem czytelników. Jak można przypuszczać, ów dyskomfort łagodzony był poprzez kontakty z Elzenbergiem, wnikliwym czytelnikiem większości powstałych w tym czasie utworów Herberta. A także recenzentem, którego opinie, jak można przypuszczać, miały wpływ na późniejsze decyzje wydawnicze poety. Jako przykład posłużyć mogą krytyczne uwagi zawarte w liście z 14 III 1952 roku dotyczące „Wiersza z Ronsardem”, który nie znalazł się w debiutanckiej „Strunie światła”. Ta intelektualna przyjaźń dokumentowana korespondencją trwała do połowy lat 60. Z biegiem czasu relacja nauczyciel – uczeń zaczęła ulegać zatarciu i mimo różnicy wieku stała się przyjaźnią. W czerwcu 1953 roku Elzenberg wybierał się do kliniki w Gdańsku i licząc się z najgorszymi konsekwencjami, przesłał Herbertowi „odpisy niektórych swoich wierszydeł” z dyspozycją, aby ten ewentualnie podjął decyzję co do ich przyszłych losów.

„pisze Pan nieczytelnie...”

Z listów wyłania się wizerunek Elzenberga, nie tylko dbającego o rozwój intelektualny ucznia i przyjaciela zarazem, ale również po ojcowsku wręcz troszczącego się o swojego „Drogiego Pana Zbigniewa”. Odnaleźć więc można godne poznania wypisy z literatury, nie tylko filozoficznej, zalecane przez nauczyciela, sugestie dotyczące ewentualnych lektur. Jest też troska o stan zdrowia „młodego przyjaciela”, jak go nazywał w „Kłopocie z istnieniem”, czy „mojego Zbyszka”, jak o nim mówił do najbliższych6: „Dlaczego Pan ma gorączkę? Co to jest?? (Tym razem podkreślenie wyraża intensywność pytania!) Czy nie szkodzi Panu Brwinów jako miejsce pobytu?” Szczególne miejsce w tej korespondencji zajmują różnego rodzaju życzenia i gratulacje. 12 IX 1956 po ukazaniu się „Struny światła” Elzenberg pisze: „Wiele serdecznych pozdrowień, – no i coś w rodzaju gratulacyj, że »oni« Pana przecież wydrukowali”. 29 XII 1957 roku w życzeniach na Nowy Rok notuje: „Oby Pańskie kwiaty zajmowały coraz pocześniejsze miejsce śród tych stu dozwolonych! A jak który kiedy zakwitnie w kolorze nieprawomyślnym, niech mu to będzie wybaczone ze względu na inne jego piękne zalety!”
Nie brak również przyjacielskich napomnień czy wręcz stanowczych połajanek. List z 27 XII 1952 roku Elzenberg rozpoczyna od czterech dość ostrych uwag: „Nie może Pan powiedzieć, żeby Pańscy przyjaciele nie mieli z Panem utrapień. Po pierwsze, pisze Pan nieczytelnie, tak że ostatecznie nie wiem na pewno, z czego Pan żyje primo loco (...). Po drugie, pozwala się Pan »zdaje się« lać z uniwersytetu za niedotrzymanie »jakichś terminów« (...). Po trzecie, pisze Pan wiersze, które wydawnictwa katolickie uznają za »prowokacyjne«; chyba tylko z punktu widzenia współczesnej poetyki, mam nadzieję? Po czwarte, zarzucają Panu »Hamleta«, a Pan nie robi straszliwego rabanu”. 12 IV 1954 po lekturze kolejnych wierszy Herberta Elzenberg pisze: „moim zdaniem, mówi Pan czasem srodze nieprzystojne bluźnierstwa. Np. ten stale powtarzający się zarzut, że dopatrywanie się w świecie (albo wczytywanie w niego ab intus, a subiecto) jakiegoś ładu jest karygodnym »optymizmem«. Ja twierdzę, że to z Pańskiej strony grzech egzystencjalizmu w jednej z bardziej karygodnych jego postaci”.
W jednym z ostatnich listów z 4 III 1963 roku, dziękując Herbertowi za „piękne ple ple”, tzn. tom „Barbarzyńca w ogrodzie”, Elzenberg raz jeszcze okazuje się życzliwym krytykiem przede wszystkim dumnym z osiągnięć ucznia, który w tych esejach najbliższy jest swemu Mistrzowi, wielkiemu znawcy kultury francuskiej i włoskiej. To właśnie w tym zbiorze ujawnia się podobne dla obu postrzeganie historii jako terenu, na którym rozgrywa się wielki dramat zarówno ludzi, jak idei. Elzenberg pisze, że „Barbarzyńca w ogrodzie” czyli owo „ple ple”: „wydaje mi się (i jest na pewno) oparte na studiach bardzo gruntownych, bardzo przemyślane i bardzo pogłębione. To jest ta »granitowa podstawa«. Do czego jeszcze dochodzi to piekielne znawstwo sztuki (w sensie rozumienia)”. W tym też liście pada stwierdzenie, jak na Elzenberga, uchodzącego za kogoś, kto nie przywiązuje większej uwagi do uroków kuchni, zdumiewające: „O dojrzałej mądrości śródziemnomorskiej świadczy zdanie o winie, które się pije szklanką, a nie z jakichś tam durnych naparstków, a umiejętnie – i w doskonale wyważonej proporcji – rozmieszczone uwagi o treści kulinarnej ułatwiają czytelnikowi pożądane zachowanie kontaktu z solidną ziemską podstawą wszelkiej wzniosłości. I ten cień architektury na makaronie”. Aby jednak nie ograniczyć się jedynie do samych pochwał, Elzenberg formułuje również drobny zarzut: „Znajdzie się w książce kilkanaście może zdań, w których składa Pan ofiarę na ołtarzu pewnej bardzo dziś rozpowszechnionej tendencji w zakresie stylu: tendencji do metafor, w których możliwie dalekie od siebie człony zostały sprzęgnięte jakoś »na siłę«; by wywołać efekt zaskakujący”. Na koniec wreszcie wyznacza pole do rzeczowej dyskusji z zakresu sztuki, nie zgadzając się z tezą Herberta, kwestionującą „racjonalność” gotyku.

Nie być „psem na łańcuchu”

Elzenberg przekazywał swym uczniom, że w dziedzinie filozofii, a szczególnie na polu wartości, nie może być mowy o jakichkolwiek kompromisach. „Stan filozofowania jest – pisał w „Kłopocie z istnieniem” – stanem wojny. Nie dajmy się omamić pozorom: stosunki między filozofami mogą być jak najbardziej kurtuazyjne – nie przeszkadza to, że są walką, o światopogląd, a więc o życie. Kto się w tej walce nie broni, to znaczy nie atakuje, ten ginie: odebrane mu zostaje oblicze własne i zostaje starty z oblicza ziemi.” Takie rozumienie filozofowania stawiało samego Elzenberga, jak i tych, którzy pozostawali pod jego wpływem, w sytuacji człowieka gotowego w każdej chwili podjąć walkę w obronie uznawanych przez siebie wartości. Jednocześnie jego walka była czymś osobliwym, a osobliwość polegała na tym, że – jak wspomina jeden z uczniów – „trzeba w niej współdziałać z przeciwnikiem – a to po to, by go pokonać bezapelacyjnie, czyli nawet przeciw najsilniejszej obronie. Jeżeli on sam nie chce czy nie umie jej wystawić, to trzeba to zrobić za niego. Każda inna wygrana tu na nic”.7 Dlatego w Elzenbergowskiej aksjologii ogólnej obok elementów konstruktywnych ważną rolę pełnią elementy destrukcyjne, wynikające z krytyki innych poglądów. Stąd m.in. płynęła krytyka, czy wręcz negacja, teorii aksjologicznych uznających wartości utylitarne za podstawowe lub w ogóle rozważających je w sposób pozytywny.
Elzenberg był samotnikiem, myślicielem, dla którego jednym z najistotniejszych zadań życiowych stało się zachowanie niezależności intelektualnej i politycznej. W 1960 roku, kiedy minister nauki nie zatwierdził mu planu wykładów, pisał w liście do Irmy Radoskiej: „Nie wiem, ile jeszcze czasu przede mną, ale gdyby miało być dziesięć dni, to jedno już mam: nie umrę jako pies na łańcuchu”.8 Nie stać się „psem na łańcuchu”, do końca pozostać wiernym samemu sobie i wyznaczonym ideałom – to dewiza życiowa Elzenberga. Był jej wierny i stosował ją konsekwentnie, co wielokrotnie powodowało konflikty z otoczeniem. Nie wahał się, narażając własne życie, opowiedzieć za sprawą, w jego przekonaniu, wartościową, a świadczy o tym chociażby jego ochotniczy udział w I wojnie światowej w szeregach Legionów Piłsudskiego i udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku.
Herbert, wspominając czasy stalinowskie, kiedy był uczniem Elzenberga, mówił: „w tamtych czasach miałem absolutne poczucie, że zginę, ale nie pójdę na łatwiznę czy jakąś współpracę. Sam wystąpiłem wtedy ze Związku Literatów Polskich, nikt mnie nie wyrzucał”.9 29 III 1954 Elzenberg otrzymuje pismo następującej treści: „W odpowiedzi na pismo Sz. Kolegi z dnia 15 II b. roku, Zarząd Główny Związku Literatów Polskich zawiadamia uprzejmie, że na posiedzeniu swym w dn. 25 bm. postanowił uwzględnić prośbę Sz. Kolegi i skreślić Go z listy członków Związku Literatów Polskich”.10 Dewiza „Nie być jako pies na łańcuchu” może być odniesiona zarówno do nauczyciela, jak i ucznia.

jak największe wymagania

Wskazane cechy osobowości Elzenberga niewątpliwie miały duży wpływ z jednej strony na wybór odpowiedniej postawy życiowej przez osoby, z którymi pozostawał w bliskich kontaktach, z drugiej – oddziałały na ukształtowanie się jego własnych poglądów filozoficznych, odrębnych na tle polskiej filozofii dwudziestolecia międzywojennego i powojennej.
Zamiarem myśliciela było stworzenie systemu, w którym miejsce centralne miała zająć filozofia wartości. Co prawda, w tym czasie problemami wartości zajmowało się wielu wybitnych filozofów, m.in. Ingarden, Tatarkiewicz, Wallis, Czeżowski, S. I. Witkiewicz, ale żaden z nich nie dążył do stworzenia systemu aksjologicznego na fundamencie etyki perfekcjonistycznej, żaden z nich nie ograniczał filozofii do aksjologii ogólnej, obejmującej aksjologię formalną (filozofię wartości) i merytoryczną z estetyką i etyką jako dziedzinami głównymi. Dla Elzenberga filozofia de facto zaczynała się i kończyła na wartościach. Dla określenia tak rozumianej filozofii, prawdopodobnie pierwszy w polskiej literaturze przedmiotu, wprowadził termin „aksjologia”. Pojęcie „wartość” stało się dla niego pojęciem podstawowym i pierwotnym, było pojęciem, którego analizie poświęcił najwięcej uwagi, przy czym – co było cechą charakterystyczną dla jego postawy – badał nie warunki, a samą istotę zjawiska. „Służba w świecie wartości”, ich poznawanie i urzeczywistnianie, to jedyne godne człowieka poczynania. Świat, w którym nie ma należytej troski o wartości, jest światem barbarzyńskim. Dlatego należy wystąpić przeciwko takiemu światu, należy podjąć wysiłek „układania tablic wartości”, a pracę tę trzeba rozpocząć od siebie, zgodnie z dyrektywą: „Mniej troszczyć się o to, jak nam będzie, a więcej, czym będziemy”. 
Postawę Elzenberga wyróżnia jego niezwykle emocjonalne zaangażowanie w głoszone poglądy i wiara w ich słuszność. Dowodem na to miał być własny i oryginalny system aksjologiczny. Mimo niewątpliwej odrębności tego systemu, nietrudno dostrzec zbieżności z rozwiązaniami proponowanymi przez innych filozofów okresu międzywojennego. Szczególnie widoczne to jest w dziedzinie wartości estetycznych. Podobnie jak Ingarden, Czeżowski czy Tatarkiewicz, był zwolennikiem obiektywizmu aksjologicznego zainicjowanego w starożytności przez pitagorejczyków i Platona, a kontynuowanego i rozwijanego przez stoików, Plotyna, św. Augustyna, Albertiego, Hegla, Hartmanna, Schelera. Jak w przypadku sporu o sposób istnienia wartości, tak i w drugim zasadniczym problemie teorii wartości, a mianowicie w sporze między absolutyzmem a relatywizmem, Elzenberg opowiada się, tak jak Ingarden czy Tatarkiewicz, za tezą, że wartości estetyczne i etyczne są niezależne zarówno od indywidualnych upodobań poszczególnych jednostek, jak i od upodobań klasowych czy kulturowych. Elzenberg nie przyjmował rozwiązania, według którego rozbieżności sądów o wartościach można wytłumaczyć warunkami zewnętrznymi, ale uważał, że mimo tych warunków można i trzeba dojść do owych sądów.
W czasach dominacji filozofii o nastawieniu pozytywistycznym, Elzenberg proponował obronę wartości, wartości absolutnych i obiektywnych, rozumianych niemal na wzór platoński. Ten nowoczesny platonik był reprezentantem radykalnego, ontycznego obiektywizmu aksjologicznego w odmianie idealistycznej. W tym względzie był myślicielem wyjątkowym nie tylko w polskiej, ale i europejskiej filozofii XX wieku. Był zwolennikiem poglądu, że wartość estetyczna jest poznawalna, a poznaje się ją w przeżyciu kontemplacyjnym i poprzez ekspresję. W dziedzinie etyki był natomiast zwolennikiem perfekcjonizmu wywodzącego się z myśli stoickiej. Nie uznawał wyznaczania celów i rozwiązań połowicznych, był maksymalistą etycznym. „Jeśli chcesz, żeby ludzie za tobą poszli – pisał – to stawiaj im wymagania jak największe”. Te „jak największe wymagania” stawiał przede wszystkim sobie. Nie można zejść z drogi doskonalenia się wewnętrznego, nie można przestać dążyć do zbawienia, ale zbawienia etycznego, trzeba starać się być zawsze i wszędzie homine ethico, dążącym do poznania i realizacji wartości. I Elzenberg był takim „człowiekiem etycznym”, ale jednocześnie realnie oceniał to, że trudno zlikwidować istniejącą niewątpliwie sprzeczność między proponowanym przez niego ideałem a życiem. Dlatego między innymi w roku 1942 pisał: „»uzasadnionym«, obiektywnie »słusznym«, w pewien sposób »racjonalnym«, »rozumnym« jest tylko dążenie do wartości; faktem jednak jest dążenie do szczęścia, i to dążenie jest usprawiedliwione, nie ma w nim zła jako takiego. I trudno lub prawie niemożliwe jest żądać od człowieka całości postępowania, które by w jego przekonaniu nie było skierowane na szczęście; tylko szczęście (dla całości postępowania) ma, jako cel, dostateczną siłę motywacyjną. Żądać od człowieka, by działał z motywu wyłącznie aksjologicznego, z pragnienia realizacji i żadnego innego (tak jak z kantowskiego »obowiązku«) jest utopią”.11
Postawa Elzenberga jeszcze z jednego względu jest wyjątkowa. Jak rzadko komu udało mu się połączyć dwa bardzo istotne elementy: postulaty teoretyczne starał się – zresztą z dużym powodzeniem – realizować w działalności praktycznej. W dziedzinie estetyki jego praktyczna działalność to przede wszystkim twórczość eseistyczna i krytycznoliteracka. W esejach i szkicach krytycznoliterackich mógł zrealizować, przynajmniej w części, literackie marzenia młodości. Pod piórem Elzenberga te gatunki wypowiedzi urastały do prostych w formie, prawdziwie pięknych i przepojonych delikatnym liryzmem dzieł z pogranicza filozofii, krytyki literackiej i literatury.

Herbert na pytanie, w jaki sposób doszedł do fundamentalnej zasady życiowej, znajdującej pełną realizację w twórczości – zasady w swej istocie Elzenbergowskiej, polegającej na poczuciu „heroicznego wyboru za cenę wierności sobie, wierności tym wartościom, które są wartościami dzięki temu, że za nie się płaci” – odpowiadał: „Ja jestem przeciwko pragmatycznej zasadzie, że trzeba tylko wykonywać jakieś zadania celowe, dążyć do celów osiągalnych, że natomiast nieosiągalne cele są poza dyskusją, to znaczy są bezsensowne. Wydaje mi się, że podejmuje się walkę nie dla wygranej, bo to by było zbyt łatwe, i nie tylko dla samej walki, ale w obronie wartości, dla których warto żyć i za które można umrzeć. (...) Musi być element walki i musi być założona w tej walce także przegrana, ale w imię wartości, które będą dalej żyły”. Zdając sobie sprawę z faktu, że jest to „czysty idealizm”, wypowiada znamienną uwagę: „w takiej atmosferze się wychowywałem, miałem szczęście poznać profesora Elzenberga. (...) Chodzi o takie założenie życiowe, że sprawą najważniejszą nie jest, czy wygram, ale że muszę podjąć walkę w obronie pewnych ideałów, pewnych wartości, które nie podlegają dyskusji”.12 Równo 30 lat wcześniej, w dzienniku filozoficznym Elzenberg zanotował: „Walka beznadziejna, walka o sprawę z góry przegraną, bynajmniej nie jest poczynaniem bez sensu. (...) walka daremna na metę już całkiem bliską, taka której daremność bije w oczy, to najlepsza ilustracja, najbardziej reprezentacyjny skrót doli ludzkiej w ogóle; w niej najistotniejsza treść naszego przeznaczenia skupia się i zawiera w jakiejś potężnej syntezie. Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy, w imię której się ją podjęło, ale w wartości tej sprawy”. Doprawdy trudno byłoby wskazać na większą zbieżność myśli, niż ta zachodząca między nauczycielem i uczniem, a może zasadniej byłoby powiedzieć: między przyjaciółmi. W tym samym wywiadzie Herbert wypowiada słowa niewątpliwie odnoszące się do swego Mistrza: „Ja jestem za zwykłym szczęściem tak zwanych zwykłych ludzi. Uważam tylko, że w społeczeństwach powinni być tacy wybrańcy-wariaci, którzy poświęcają się dla wartości”.

Lesław Hostyński


1 Por. Materiały Henryka Elzenberga, Archiwum Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, sygnatura III-181, teczka 200. Dalej stosuję oznaczenia MHE.
2 Por. M. Kalota-Szymańska, „Światło w ciemności” („Wspomnienie o Profesorze Henryku Elzenbergu”), „Studia Filozoficzne”, 1986 nr 12.
3 B. Wolniewicz, „Myśl Elzenberga”, „Studia Filozoficzne”, wyd. cyt.
4 Dział Rękopisów Biblioteki Głównej UMK w Toruniu, sygnatura 1872/IV.
5 H. Elzenberg, „Z listów do Zbigniewa Herberta”, „Zeszyty Literackie” nr 56 i 58.
6 Opieram się tutaj na relacji bratowej Elzenberga, pani Heleny Wirskiej.
7 B. Wolniewicz, „Myśl Elzenberga”...
8 H. Elzenberg, „Listy do Irmy Radoskiej”, Dział Rękopisów Biblioteki Głównej UMK w Toruniu sygn.1837-IV (list datowany 3 XI 1960).
9 „Płynie się zawsze do źródeł pod prąd. Z prądem płyną śmiecie” (Rozmowa Adama Michnika ze Zbigniewem Herbertem), „Krytyka”,1981 nr 8.
10 Pismo Zarządu Głównego ZLP z 29 marca 1954 roku; MHE, III-181, teczka 214.
11 H. Elzenberg, „Zbawienie i ideał w moim życiu”, MHE, teczka 46.
12 „Płynie się zawsze do źródeł pod prąd”...


Lesław Hostyński – dr hab., pracownik naukowy Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Autor wielu prac poświęconych Henrykowi Elzenbergowi, w tym dwóch książek: „O wartościach. Aksjologia formalna, estetyka i etyka Henryka Elzenberga” (1991) oraz obszernej monografii „Układacz tablic wartości” (1998).

 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl