|
Mistyka
błyskawiczna
Teologia „świata bez ojców”
Porzućcie złudzenia
Ks. Tomasz Węcławski
Kiedy poprosiłem w bibliotece o książki z tej kategorii, potrzebne były dwie duże torby, żebym mógł zabrać do domu przynajmniej najbardziej charakterystyczny wybór. Jaka to kategoria? W propozycji Redakcji została nazwana „teologią brukową” – w odniesieniu do znacznej części tej literatury z pewnością trafnie. Jednakże sprawa jest bardziej skomplikowana.
Zjawisko, o które chodzi, rozciąga się od „bruku” do całkiem wysokich regionów teologicznego nauczania i z powrotem do bruku. Poczytność tego rodzaju książek z jednej strony, a z drugiej dość zręczne sterowanie popytem na nie przez wydawnictwa, ma w moim przekonaniu naprawdę jeden i ten sam korzeń.
demaskowanie złudzeń
Żeby było jasne, jaką literaturę mam na myśli, kilka podstawowych informacji. Najdawniej obecne na polskim rynku są książki wydawnictwa „Ureus” – w szczególności z serii „Biblioteka Club Voltaire” – wśród autorów m.in: Uta Ranke-Heinemann („Nie i Amen”, „Eunuchy do raju”), Hubertus Mynarek („Zakaz myślenia”, „Jezus i kobiety”), Karl-Heinz Deschner (m.in. „Krzyż Pański z Kościołem”, „I znowu zapiał kur”), Holgar Kersten i Elmar R. Gruber („Jezus ofiarą spisku”) albo Horst Hermann („Jan Paweł II złapany za słowo. Krytyczna odpowiedź na książkę Papieża”). Do tej samej kategorii trzeba zaliczyć także reklamowane zazwyczaj jako wynik nowych sensacyjnych badań dzieła o innych niż przedstawione w ewangeliach losach Jezusa czy o spiskowo-kryminalno-teologicznej historii Templariuszy, wreszcie takie osobliwe wydarzenia wydawnicze jak „Kod Biblii” Michaela Drosnina czy „Po Bogu” Don Cupitta.
Żeby uniknąć łatwego zarzutu, że do jednego worka wrzucam literaturę bardzo różnej wartości i powagi, od razu przyznaję: tak, to jest literatura bardzo różnej powagi i mocno zróżnicowanej wartości. Jednakże sądzę, że nie tylko ja, biorąc te książki do ręki, mam wrażenie pewnej fundamentalnej wspólnoty między nimi. We wszystkich uderza podobny ton: pomieszanie mniej lub bardziej sprawnie podawanej informacji z beznadziejną próbą demaskacji prawdziwych lub rzekomych złudzeń. Wrażenie to wzmaga jeszcze sposób prezentowania takich książek w redakcyjnych notach na okładkach czy w (zamawianych?) recenzjach pojawiających się w prasie popularnej. Prawie wszędzie znajdziemy te same charakterystyczne elementy: że mamy do czynienia z dziełem wybitnego znawcy omawianych zagadnień, że jest to dzieło wyjątkowo odważne oraz, że autora spotkały takie czy inne nieprzyjemności ze strony „oficjalnego Kościoła” lub przynajmniej, że źle się on czuje w ortodoksyjnych strukturach kościelnych. Sygnały takie wzięte same w sobie można by było rzeczywiście uznać za przejaw zręcznej i mniej lub bardziej cynicznej socjotechniki wydawniczej. Jednakże, powtórzmy, to nie tylko tak. Cała sprawa jest jednym z wielu powierzchniowych objawów rzeczy, której korzenie są o wiele głębsze. Jak długo o te korzenie nie zapytamy, dyskusja o objawach będzie zastępcza. Żadna socjotechnika nie zadziała tam, gdzie wśród odbiorców nie ma sprzyjającego jej nastroju, ukrytego lub jawnego przekonania, że jest tak właśnie, jak nam podpowiadają, że już naprawdę nie ma na co czekać: niczego lepszego, niczego piękniejszego, niczego bardziej wzniosłego, niż to biedne i głupie, co wciąż na nowo widzimy w sobie samych i wokół siebie, nie ma, nigdy nie było i nie będzie.
Porzucę teraz, przynajmniej z pozoru, zadanie, którego wykonania spodziewali się po mnie ci, którzy mnie od pewnego czasu zachęcali do zajęcia się tym szczególnym rodzajem teologicznej czy pseudo-teologicznej literatury. Zapewne warto kiedyś przyjrzeć się także szczegółom i warto zobaczyć, jakie to odkrycia, podpowiedzi i wyznania poruszają wyobraźnię tak wielu czytelników. Jednakże niewiele z tego wszystkiego zrozumiemy, jeśli najpierw nie zapytamy, co o nas wszystkich – o chrześcijanach w Polsce tego czasu – mówi obecność i popularność takich książek. Wydaje mi się ona mianowicie istotnym elementem całkiem poważnej diagnozy. Nie jest to zresztą bynajmniej element jedyny. W podobnym duchu warto spojrzeć także na szereg innych zjawisk z polskiego życia kościelnego i około-kościelnego: począwszy od potężnego pakietu spraw opisywanych pod hasłem „podziały w polskim Kościele”, przez prowokacyjny tradycjonalizm środowiska „Frondy”, po zadziwiającą skwapliwość, z jaką podchwycono wiadomość, że polski Synod Plenarny rozważy ewentualność święcenia diakonów stałych czy rozdawania Komunii św. „na rękę” i ostrość, a zarazem nieskuteczność dyskusji na ten sam temat prowadzonej w „Tygodniku”. Raz jeszcze: nie mam zamiaru wrzucać wszystkiego bez ładu i składu do jednego worka, jestem jednakże przekonany, że istnieje jedno podstawowe pytanie, z którym wszystkie te zjawiska mają coś wspólnego i że trzeba spróbować to pytanie odkryć i głośno postawić.
Moja podpowiedź kierunku takich poszukiwań znalazła się w tytule tego rozważania. Mamy do czynienia z teologią „świata bez ojców”. Ma ona dwa oblicza: jednym krzywi się czy nawet spluwa na każdego, kto by się w jej zasięgu próbował pojawić jako ojciec, drugim przywiera do każdej ojcowskiej ręki, nawet gdyby ta nie obiecywała i nie dawała nic albo prawie nic – tym bardziej zaś, kiedy prawdziwie coś obiecuje i daje.
Wolę naiwność
Powiedziano już wiele o głębokim kryzysie ojcostwa, z którym mamy do czynienia w tym kończącym się stuleciu – żeśmy się stali „społeczeństwem bez ojców” (A. Mitscherlich), że „nie ma już ojców, jeśli przez to słowo rozumiemy to, co przez stulecia społecznie przez nie rozumiano” (M. Horkheimer), że dlatego „tak centralna dla Nowego Testamentu wypowiedź, że Bóg jest Ojcem Jezusa Chrystusa i naszym, jest dzisiaj dla wielu tak trudna do zrozumienia i przyjęcia” (W. Kasper). Dołącza się do tego radykalna krytyka patriarchalnego obrazu świata, a z nim także patriarchalnego obrazu Boga, ze strony myśli feministycznej. Jeszcze więcej powiedziano o upadku i o niszczeniu wszelkich w ogóle autorytetów w coraz wyraźniej zwycięskiej cywilizacji masowej. (Z zażenowaniem obserwuję, z jakim zapałem uczestniczą w narodowym sporcie niszczenia autorytetów, w tym własnego, także media katolickie w Polsce – od „Naszego Dziennika”, który się tym zajmuje systematycznie, po „Tygodnik Powszechny”, któremu się to ostatnio także coraz wyraźniej zdarza.) Wiele razy też w związku ze wspomnianym upadkiem ojcostwa dziwiono się publicznie zaskakującym „ojcowskim sukcesom” naszych czasów – niezwykłemu oddźwiękowi, jaki budzi postać i nauczanie Jana Pawła II, albo też dziełu życia Brata Rogera z Taizé. Nie wystarczy jednak rejestrować to, co się dzieje – z ubolewaniem czy radością, zdziwieniem albo podziwem. Trzeba zapytać, czego szukają ci wszyscy ludzie, którzy karmią się tak różną, i tak na pozór niejednolitą strawą. Czego chcą ci, którzy na przemian szukają i pozbywają się autorytetów? Może ktoś powiedzieć, że Jana Pawła II z zapartym tchem słuchają ludzie zupełnie inni niż ci, którzy kupują dziwaczne pseudo-teologiczne książki, obiecujące wytłumaczenie porządku i nieporządku tego świata inne niż to, w któreśmy dotąd wierzyli. Nie są to jednak inni ludzie – nawet gdyby się okazało, że socjologicznie tworzą rzeczywiście zupełnie różne grupy. Są to w znacznej części ci sami ludzie – a jeśli nie dokładnie ci sami, to tacy sami, bo to ta sama obecna w nich wszystkich potrzeba każe im chwytać i szarpać każdą ojcowską rękę i nie pozwala na żadnej się zatrzymać i żadnej naprawdę uchwycić.
Jaka to jest potrzeba? Mówiąc najprościej: żeby było inaczej niż jest. Coś nie jest dobrze. Ten świat wciąż bardziej wygląda na swoją własną nędzną imitację. Wszystko może być takie albo inne, albo jeszcze inne, i – tak się przynajmniej wydaje – nie ma powodu, żeby się czegoś spokojnie trzymać. Kiedy jednak mamy wyraźniej nazwać to „coś nie dobrego”, najłatwiej jest wskazać na innych – i to właśnie najczęściej się dzieje: „Kościół oficjalny” ukrywa prawdę, przeszkadza ludzkiemu szczęściu i wykorzystuje naiwnych. Jego wrogowie preparują i relatywizują, rozkładają i obrzydzają wszystko, co jest nam drogie – i wykorzystują naiwnych. Media zarabiają na ludzkiej bezmyślnej naiwności, nakręcając spiralę nigdy nie zaspokajanych oczekiwań i tęsknot. A jeśli tylu jest naiwnych – to może trzeba wreszcie z tym skończyć? Nie bądźmy już naiwni, pozwólmy sobie otworzyć oczy, nie pozwólmy się wykorzystywać. Tuż za rogiem albo w tym samym pokoju są ludzie, książki, głosy i obrazy, które nas mają wyleczyć ze złych złudzeń (i nakarmić lepszymi). Tylko dlaczego, kiedy nas leczą i karmią, robi się tak smutno, tak duszno, dlaczego tak trudno wtedy oddychać? Dlaczego świat, w którym zostały ujawnione wszystkie przebiegłe knowania i nazwane wszystkie złudzenia, jest taki beznadziejny i nieprawdziwy? Wolę naiwność. Pewnie, że nie naiwność niemądrą, nie taką, która zamyka oczy na prawdę, albo chce widzieć tylko tę, która jej się podoba. Są jednak różne naiwności: jest naiwność biedna, pogubiona i niemądra – taka może człowieka rzeczywiście zgubić, i jest naiwność dojrzała, czysta i pewna – która naprawdę wyzwala i ratuje. Pozwólmy przemawiać tej drugiej.
Jest przecież sposób patrzenia na świat i język, którym można odpowiadać tym wszystkim i temu wszystkiemu, co nam wciąż na nowo podpowiada: jesteście oszukiwani. Można patrzeć na to, co jest i wcale nie podejrzewać natychmiast, że jest inaczej, niż się wydaje. I można to robić nie tracąc ani na chwilę krytycznego rozumu. To na takim fundamencie powstawała i powstaje godna tego imienia teologia. Istotą tego fundamentu jest to, co Carl Gustav Jung nazywał Urvertrauen – ten rodzaj zaufania do świata i ludzi, do rzeczy i słów, bez którego można tylko kolekcjonować i rozdawać wrażenia, albo „załatwiać” kolejne sprawy, ale niczego nie można zobaczyć, niczego nie można mieć i niczego nie można naprawdę poznać. Najbardziej charakterystyczną wspólną cechą książek, od których zacząłem to rozważanie, jest zupełny brak w nich jakichkolwiek znaków i śladów kontemplacji. Ich autorzy tylko mówią i mówią, ale co mówią, tego nie mówią.
Powiedziałem, że mamy dzisiaj w Polsce coraz wyraźniej do czynienia z teologią „świata bez ojców”, i że tworzą ją nie tylko książki w rodzaju tu wspomnianych, ale także coraz liczniejsze nasze działania i dysputy. Można się z takim twierdzeniem zgodzić lub nie. Może ktoś powiedzieć, że wszystko, co tu powiedziałem, to są zbyt szybkie i zbyt daleko idące wnioski ze spotkania z zjawiskami skrajnymi, ograniczonymi i łatwo wytłumaczalnymi. Być może. Tylko dlaczego wciąż jedynym całościowym pomysłem na to, jak być Kościołem w Polsce dzisiaj, jest oczekiwanie z nadzieją i tęsknotą na kolejny przyjazd Jana Pawła II?
|