Mistyka błyskawiczna

 


Leary: prorok LSD i Internetu


Adam Szostkiewicz


Nixon nazwał go wrogiem publicznym numer jeden, Stanisław Tokarski, polski specjalista od Orientu – „Hitlerem psychodeliki”. Timothy Leary zmarł dwa lata temu; nie wyrzekł się wiary w wolność zgłębiania potencjału psychiki.


W tym roku wyszła w Polsce jedna z jego najgłośniejszych książek, „Polityka ekstazy”. Oryginał ukazał się 30 lat temu, w „owym roku” 1968, kiedy bunt młodzieży i nonkonformistycznej inteligencji osiągnął apogeum. Leary zdobył sławę jako głosiciel wyzwalającej mocy LSD i radykalny krytyk tradycyjnej psychiatrii, a gdy bunt lat 60. się „ustatecznił”, zafascynował się rewolucją informatyczną.

szalony akademik
Przeciwnicy zrobili z niego niebezpiecznego szarlatana, świętokradczo wynoszącego chemiczny środek odurzający do rangi nowego sakramentu. Chemiczna ścieżka oświecenia, doświadczenie mistyczne w sekundę, no może w godzinę czy siedem? To nie mogło się podobać. A gdy do pochwały LSD jako środka rewolucjonizującego ludzką osobowość dodał Leary doktrynę swobody obyczajowej i skrajnie zdecentralizowanego systemu politycznego, stał się w oczach establishmentu „czarnym ludem” kontrkultury. Na „szalonego” akademika (studiował psychologię w Berkeley, w 1950 roku ogłosił rozprawę o „interpersonalnej diagnozie osobowości”, wykładał i prowadził eksperymenty na Harvardzie do roku 1963) spadły represje. Z uczelni wylano go pod pretekstem, że opuścił zajęcia bez zgody władz.
Przed ekspulsją Leary prowadził eksperymenty z środkami wywołującymi nieznane „normalnie” stany świadomości. Z grzybami halucynogennymi, doskonale znanymi Indianom, zetknął się w 1960 r. w Meksyku; po okresie wahań i oporów doszedł do wniosku, że „psychodeliki” istotnie poszerzają ludzką świadomość, pozwalają wręcz dotrzeć do wewnętrznej „boskości” i że mogą służyć celom terapeutycznym. Innymi słowy, odrzucił aksjomat, że środki psychodeliczne produkują jedynie stany typowe dla psychozy. Z tym przekonaniem wrócił na Harvard. W eksperymentach Leary’ego uczestniczyli jego koledzy z uczelni, studenci, więźniowie, poeci z pokolenia beatników, muzycy jazzowi. Okazało się, że w wielu przypadkach psychodeliki czyniły przyjmujące je osoby otwartymi na pozytywne przemiany. Na przykład większość więźniów nie popadła w ciągu dwóch lat od eksperymentu w recydywę.
W roku 1961 Leary po raz pierwszy spróbował LSD. Ten związek chemiczny, bezbarwny, bezwonny, łatwy w syntezie, aktywizuje układ nerwowy i świadomość człowieka, nie wywołując uzależnienia. W latach 50. i 60. jego wpływ na psychikę badano intensywnie w Czechosłowacji – czeskiego lekarza Stanislava Grofa, który wyemigrował do USA, uważa się za największego naukowego eksperta w tej dziedzinie. Grof twierdził, że w trakcie doświadczeń z LSD obserwujemy zjawiska wymykające się tradycyjnej psychologii Zachodu, możliwe natomiast do opisania językiem Jungowskiej psychologii głębi. LSD staje się więc wrotami, prowadzącymi na spotkanie ze światem bóstw, duchów złych i dobrych, bohaterów baśni i legend znanych wielu kulturom i religiom, a w końcu ze światem, w którym znika poczucie odrębności „ja” i pojawia się ekstatyczne doznanie tożsamości z Kosmosem i przenikającą go Świętością. Taka „podróż” przenosi nas poza rejon powszedniej percepcji. Ale dokąd?

„Byłem stubarwnym dywanem”
18 lat temu Jerzy S. Sito wydał małą książeczkę pod tytułem „LSD”, zawierającą zapis jego doświadczeń z tą substancją. Pisał: „Byłem stubarwnym dywanem, który wciąż się rozszerza. Ten rozrost był teraz inny; geometryczny, dźwiękowy. Wypryskiwałem na boki drobnymi cząstkami rysunku, tak właśnie jak dywan perski, rosnący pod ręką tkacza. (...) Ten wzór był tak doskonały w każdej swej cząstce, iż nie miał początku ni końca. Nie miał też centrum: przedziwne! Wybiegał z niczego, donikąd. Gdzie ja tu jestem, u licha? Co mnie właściwie stanowi? (...) Ciało moje jest dodatkiem do rytmu, który opuszcza i wznosi, opuszcza i wznosi; mechanizm jakiejś potwornej pompy. Wybiegam wraz z nim pod niebo i opuszczam się w głąb, w nieskończoność. To spółkowanie z wszechświatem nie ma cech erotycznych; nie mogę tego określić. Jest to przeżycie wspaniałe, w istocie swej erotyczne, lecz nie mające związku z żadnym doznaniem zmysłowym. W końcowych swych fazach jest tak intensywne, tak straszne, że znów graniczy ze śmiercią”.
Doświadczenia tego rodzaju musiały budzić zainteresowania psychologów i psychiatrów, a także artystów. Leary nie poddał się LSD bez oporu. Nie był „psychodelicznym populistą”, zachęcającym wszystkich i wszędzie do eksperymentów z „halucynogenami”. Przez pewien czas zgadzał się z Aldousem Huxleyem, że LSD nie powinno wyjść poza krąg „wtajemniczonych”. Huxley opisał swe przeżycia psychodeliczne w słynnych „Wrotach percepcji” (stąd nazwa rockowego zespołu Jima Morrisona „The Doors”, zdjęcie Huxleya umieścili Beatlesi na okładce „Sergeant Pepper’s Lonely Hearts Club Band”), wydanych w roku 1964. Huxleya z kolei zaznajomił z psychodelikami brytyjski psychiatra Humphrey Osmond, który używał meskaliny w terapii alkoholików (w tym samym celu sięgano w latach 50. i 60. po LSD). Wdowa po Huxleyu, Laura, opowiada, że jej mąż błagał Leary’ego, aby „trzymał gębę na kłódkę w sprawie LSD”. Autor „Nowego, wspaniałego świata” uważał, że środek wywołujący tak głębokie przemiany świadomości może być bardzo przydatny społecznie, bo w człowieku zawsze istnieje potrzeba „częstych chemicznych urlopów od niemożliwego do zniesienia ego”.
Leary, syn irlandzkich katolików, niedoszły absolwent wojskowej akademii West Point, ojciec dwojga dzieci, owdowiały po samobójstwie pierwszej, 35-letniej żony, tuż przed czterdziestką rozstał się ze światem establishmentu, by nigdy już doń nie powrócić. Rozstanie ułatwiła mu przyjaźń z poetą Allenem Ginsbergiem, który przekonał go, że podejście Huxleya było elitarne i groziło wystawieniem nowoczesnego, masowego społeczeństwa na łup „inżynierów dusz”, uzurpujących sobie prawo do decydowania, kto i na jakich warunkach ma mieć dostęp do technik i środków rewolucjonizujących ludzką świadomość. Kontakt z LSD zmienił gruntownie stosunek Leary’ego do świata. „Moje doświadczenie z »kwasem« mieści się w klasycznej definicji przeżycia mistycznego czy tak zwanego widzenia – tłumaczył po wielu latach eksperymentów z tym psychodelikiem – chce ci się śmiać, ale z czego? Z tego, co przedtem traktowałeś tak szalenie serio – że jesteś Brytyjczykiem czy Żydem, tym czy tamtym – gdy tymczasem tak naprawdę kłębi się w tobie niewyobrażalny chaos.”

Komputer: nowe LSD
„Misjonarska” działalność Leary’ego, propagującego publicznie – choć bez agitacji – psychodeliki nie wywoływała jednak śmiechu rządu. W roku 1970 Leary uciekł z więzienia w Kalifornii, gdzie odsiadywał 10-
-letni wyrok za posiadanie dwóch skrętów z marihuaną. Wraz z trzecią żoną opuścił Stany Zjednoczone, ale agenci CIA wytropili go i aresztowali w Afganistanie w 3 lata po ucieczce i sprowadzili z powrotem do Ameryki – do więzienia. Po upadku Nixona wyrok skrócono; w roku ’76 Leary wyszedł na wolność. Jeździł z wykładami, pisał książki, obserwował z rosnącą fascynacją rewolucję informatyczną. LSD i „infostradę” łączyło według niego dążenie do poszerzenia strefy poznania i międzyludzkiej komunikacji. Rodząca się kultura cyberprzestrzeni była dla niego owocem lat 60. z ich kultem samopoznania i samorealizacji. Bez problemu odnalazł się więc w latach 80. i 90. „Wiem, że może to brzmieć głupio, ale zawsze byłem filozofem-dysydentem. W latach 50. wyrwaliśmy władzę w zakresie diagnozy i terapii z rąk lekarzy i stworzyliśmy terapię grupową. W latach 60. odebraliśmy lekarzom władzę farmakologiczną i wiadomo, jak się to skończyło, a w 80. chodziło o odebranie władzy komputerowej koncernom takim jak IBM, dziś chodzi o odebranie władzy nad komunikowaniem się w skali globu mass mediom, które zawsze były techniką kontrolowania, manipulowania i programowania umysłów” – mówił dwa lata przed śmiercią.
Komputer był dla autora „Polityki ekstazy”, podobnie jak LSD, środkiem komunikacji międzyludzkiej; LSD nie zażywał nigdy w samotności, komputer osobisty był dla niego „psychodelikiem” nowej generacji. W miarę postępów rewolucji informatycznej, stracił początkowy entuzjazm dla „wirtualnej rzeczywistości”, coraz większe znaczenie wiązał zaś z Internetem. Ale pod warunkiem, że „cybernauci” nie będą tylko samotnikami gadającymi do swych monitorów w izolacji od siebie i świata („sieć” ma służyć kontaktowi pomiędzy osobami, „interaktywnej” komunikacji), oraz że kontroli nad Siecią nie przejmą „cyberkorporacje”. Leary nie byłby sobą, prorokiem, „filozofem-dysydentem”, gdyby nie dopatrzył się w cyberrewolucji zapowiedzi nowego społeczeństwa, zbudowanego na zasadach wolności jednostki i osobistego rozwoju.

WĄTPLIWOŚCI
Czy Leary nie był po prostu fanatykiem, jeszcze jednym ideologiem, tyle że bez realnej władzy, a więc (Bogu dzięki!) bez możliwości wcielania w życie swej wizji uszczęśliwienia jednostki i społeczeństwa? Czy nie był zdolnym manipulatorem, używającym tak krytykowanych przez siebie mediów do rozpowszechniania swych idei? Czy nie dał szalonego wywiadu „Playboyowi” (1966), czy nie zaaranżował w 1994 swego aresztowania na lotnisku w Austin, w Teksasie, gdzie ostentacyjnie zapalił papierosa w proteście przeciwko antynikotynowym polowaniom na czarownice? Czy nie zrobił internetowego widowiska z własnego umierania na raka, czy nie kazał wystrzelić swych prochów na orbitę okołoziemską, o czym oczywiście rozpisywała się prasa?
Te pytania są zasadne, nie trzeba być agentem CIA, żeby je postawić. Dla mnie najważniejsze są dwie wątpliwości. Pierwsza dotyczy samego LSD. Może być tak, jak twierdził Leary, że środek ten istotnie otwiera i poszerza ludzką psychikę, ale chemia pozostaje chemią. Można dyskutować o wartości doświadczenia religijnego czy estetycznego osiąganego taką drogą w porównaniu z podobnym, osiągniętym drogą medytacji. Co warte jest więcej, co ma trwalsze i głębsze skutki – „ekspresowa” ścieżka chemiczna czy studia nad Jungiem? Można zastanawiać się nad wartością dowodową wspomnianego eksperymentu z więźniami; w znanych mi źródłach nie ma szczegółów i tak naprawdę nie wiadomo, co wywołało pozytywną przemianę w osobach, którym podano LSD, ani jak była ona trwała. Trzeba też wziąć pod uwagę argumenty lekarzy-psychiatrów, którzy obstają przy tezie, że psychodeliki burzą osobowość, indukują psychozę, prowadzą ludzi do katastrofy.
Z tym łączy się druga wątpliwość. Co Leary ma do powiedzenia o ofiarach LSD? Mówi o nich twardo, bez cienia współczucia, bez poczucia współodpowiedzialności za ich nieudaną „podróż” przez wrota percepcji ku „boskości” w nich samych. W jednej z rozmów zasłania się sloganem, że jest mu obce pojęcie wstydu (winy), „wywodzące się z filozofii judeochrześcijańskiej”. I dodaje: „To rząd zaprogramował ludzi do brania LSD i wyskakiwania przez okno. Ja mówiłem: bierzcie LSD i z rozwagą poznawajcie boskość w waszym wnętrzu”. Leary unikał odpowiedzi na pytanie: no dobrze, ale co zrobić z tymi, którzy pana posłuchali, wzięli i na zawsze pogrążyli się w chaosie? Tak jakby słabi go nie interesowali.







 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl