|
Mistyka
błyskawiczna
Ostatni mistyk w świecie nauki
Monika Sznajderman
„Największa z tajemnic: dlaczego oni nie zjawiają się tu nigdy otwarcie? Oczywiście nie będzie żadnej tajemnicy, jeśli przestaniemy poważnie myśleć, że możemy być dla kogoś niezwykle ciekawi.”
„Bo nigdy nic nie zostało dowiedzione. Gdyż nie ma nic do dowodzenia.”
„Gdyby tylko wyklęte mogło pozostać wyklętym”
Charles Fort, „Księga rzeczy wyklętych”.
Temat „Kontrapunktu” jest zwodniczy. Autentycznych mistyków zawsze było niewielu i nawet im trudno jest dać świadectwo prawdzie, gdyż zatrzymują się w swym opisie przed tym, co niewyrażalne i przeraźliwe. Nie istnieje – bo istnieć nie może –
„mistyka błyskawiczna”, na podobieństwo grochowej instant, tym bardziej w skali powszechnej.
To niemożliwy do zrealizowania oksymoron. Bo trudno mówić o błyskawicznej, w domyśle łatwej, masowej mistyce, gdy ostatecznym doświadczeniem prawdziwego mistyka jest pustka, a ta stoi w sprzeczności ze strukturą umysłu, który nieustannie domaga się informacji, sensów i potwierdzeń. Szczególnie dzisiaj. Cały New Age na przykład to, wbrew pozorom, jedna wielka apologia racjonalizmu.
wiara w magię nauki
„Mysterium, mystes, mistyka wywodzą się prawdopodobnie z jednego rdzenia, który zachował się jeszcze w sanskryckim musz. Musz oznacza »zajmować się czymś tajnym, skrytym, tajemniczym« (i dlatego może nabrać znaczenia »oszukiwać« i »kłamać«). (...) Rzecz sama jednak, a mianowicie religijna tajemnica, prawdziwe mirium, jest – by to możliwie najtrafniej wyrazić – czymś innym, thateron, anjad, alienum, aliud valde, czymś obcym i dziwnym, czymś, co w ogóle wypada z zasięgu rzeczy zwykłych, zrozumiałych i znanych, a więc swojskich, wobec tego jest ukryte i radykalnie przeciwstawne temu, co zwykłe, i właśnie dlatego przepełnia duszę wstrząsającym uczuciem nieoczekiwanego”. Autor tych słów, niemiecki teolog Rudolf Otto słusznie zauważa, że wszystkie nasze wyobrażenia o bytach nadnaturalnych są raczej uzupełniającymi
„racjonalizacjami”, które podejmują próbę wyjaśnienia w jakiś sposób zagadki mirium i które następnie wywierają na samo przeżycie
„natychmiastowy i przytłumiony wpływ. Wynika z nich nie religia, lecz jej racjonalizacja, która następnie wieńczy często tak niezbita teoria z tak prawdopodobnymi wyjaśnieniami, że wykluczają one wręcz tajemnicę” (wynikiem zracjonalizowania duszy jest np. zjawisko spirytyzmu).
Czy mamy jeszcze dzisiaj w kulturze popularnej rezerwaty tajemnicy nie tknięte magiczną ręką nauki? Niewiele ich, jak sądzę. W zamian żywa jest magia
„ratio” i „science”. Nawet obdarzony cudownymi właściwościami John Travolta w filmie „Fenomen” musi w końcu umrzeć na – po prostu – zwykłego guza mózgu; i to jest cała pointa tajemnicy. W popkulturze sacrum do tego stopnia pomieszało się z nauką, że na przykład nagle objawiony szerszej publiczności stricte naukowy kosmos astrofizyków natychmiast stał się jednym z tradycyjnymi niebiosami z religijnych wyobrażeń. Nauka, w swym najbardziej masowym wydaniu, wprzęgnięta została w służbę religii. Bo choć tłumaczą współcześni teologowie, że
„wniebowstąpienie Chrystusa to nie lot w Kosmos”, dzisiejsze popularne wyobrażenia tam właśnie umieszczają siedzibę Boga i cherubinów. Tradycyjne niebiosa splatają się w imaginarium kultury masowej z niezmierzonymi przestrzeniami kosmosu, którymi karmią się obrazy science fiction. Wszystko się w tej przestrzeni miesza: aniołowie i kosmici, zjawiska sakralne i atmosferyczne, a kosmonauci szukają w niej Boga.
Niezwykła popularność prawdziwych, bo „naukowo udokumentowanych” opowieści o życiu i śmierci Chrystusa (gdy się głębiej przyjrzeć – kontynuacji dawnych apokryfów; przywołajmy też dzisiejszy bestseller
„Kod Biblii”) potwierdza tę konstatację. „Fakt naukowy” nie jest dziś ani trochę mniej święty niż niegdyś
„święta prawda”. Żyjemy w czasach renesansu oświeceniowego mitu Rozumu; zwłaszcza wiedza potoczna, potoczne myślenie wydają się być jego gorącymi rzecznikami. Współczesna magia racjonalizmu i scjentyzmu doskonale mieści się w jego granicach.
„Współczesny Szary Człowiek (...) dał się wręcz owładnąć »duchem scjentyzmu« – pisze Teresa Hołówka. – Przywiązuje znacznie większą wagę do »szkiełka« niż do tego, co podsuwają mu zmysły i naturalne intuicje: powierza dzieci raczej psychologowi niż rodzinnemu patriarsze, prognozy pogody czerpie już nie z »ludowych mądrości«, lecz od meteorologa, a siebie samego uważa raczej za wybryk natury aniżeli za będącą jej koroną istotę z »duszą« oraz »sumieniem«”.
Tak jak niegdyś religijna wiara, podobnie dzisiaj mit Rozumu porządkuje świat i uwalnia nas od rozpaczliwej przypadkowości istnienia. Wiara w Rozum, uważa Leszek Kołakowski,
„jest opcją mityczną, wykracza tedy poza uprawnienia Rozumu. Jest potrzebna, by człowieczeństwo mogło się ukonstytuować jako obecność Rozumu w świecie nierozumnym”. W obrębie mitu Rozumu dzisiejsza ludowa wiara w magię nauki jaśnieje pełnym blaskiem. Tak jak dawniej kultura ludowa mitologizowała autentyczność objawienia, podobnie dzisiaj jej dziedziczka, kultura popularna, mitologizuje myślenie racjonalne. Mitologizuje to, co ex definitione zawsze pozostawać miało odmitologizowane i co służyć miało właśnie jako narzędzie odmitologizowywania rzeczywistości.
kosmiczna siła psi
W dzisiejszych apokryficznych opowieściach o prawdziwym życiu Chrystusa ta wiara w
„fakt naukowy”, w „naukową prawdę” obecna jest na wszystkich poziomach rozważań – od
„chrześcijaństwa racjonalnego”, uwolnionego od „kiczu, zabobonu i psychicznego szantażu wobec wiernych” Uty Ranke-
-Heinemann, Hansa Künga, Eugena Drewermanna czy Karlheinza Deschnera po folklor religijny Wacława Korabiewicza. Pośrodku zaś sytuują się prowadzone przez Ericha von Dänikena poszukiwania „medyczno-przyrodniczej bazy naukowej”, która pomogłaby wyjaśnić kwestię objawień, cudów etc., czy – na naszym gruncie – poszukiwanie prawdy przez twórcę nauki zwanej chrystozofią, mgr inż. Tadeusza Dobrowolskiego, u którego na trzech tylko pierwszych stronach słowa
„nauka” (bynajmniej nie w znaczeniu „nauki Chrystusa”) i
„prawda naukowa” pojawiają się 10 razy.
By potwierdzić prawdziwość swojego przekazu, autorzy gotowi są przytaczać tysiące dowodów – z dziedziny historii, archeologii, mitografii, psychologii, psychotroniki i nawet biologii. New Age wydaje się wywodzić z tradycji laickich interpretacji Biblii, które korzeniami sięgają XVlII wieku. Z interpretacjami tymi wiąże się głęboko racjonalistyczne, wsparte rozpoczętymi wówczas studiami w dziedzinie archeologii oraz historii ludów starożytnych przekonanie, że Pismo Święte pełni najwyżej rolę kulturotwórczą, w żadnym zaś wypadku nie religijną; że nie jest ono jedyną księgą natchnioną, że jego treści nie są w pełni oryginalne, gdyż podobne, jeśli nie identyczne idee zawarte są również w innych księgach, a wszystkie one są tylko jednym z wielu przejawów ludzkiej uniwersalnej i odwiecznej tęsknoty za prawdą. Ta dominująca dzisiaj, na wskroś racjonalistyczna, oświeceniowo-scjentystyczna teologia popularna wybiera taką wykładnię prawd wiary, która daje się pogodzić zarówno ze zdrowym rozsądkiem, jak i z potocznie dostępnymi osiągnięciami nauki. Naukowo udowadnia się nie tylko wszystkie szczegóły biografii Chrystusa, nie tylko kwestię objawień i zdarzeń cudownych, ale nawet istnienie duszy i Boga. Jak w dawnych apokryfach, w miejscach wątpliwych (tam, gdzie nie dostaje
„naukowych” dowodów) poszukuje się naocznych świadków. Jeśli ich nie ma, wydarzenie automatycznie zakwalifikowane zostaje jako nieprawdziwe.
Zaskakująco podobnie rozumują w swej masie nasi dzisiejsi specjaliści od rzeczywistości fantastycznej, od cudowności, nadnaturalności, mirium: tacy popularni autorzy, jak Robert Charroux („Rzeczywistość fantastyczna’’), Martine Castello („Istoty kosmiczne są wśród nas”), Charles Berlitz („Dzień Sądu Ostatecznego”), Victor Stenger („W poszukiwaniu nieśmiertelności”), Joe Nickell („Śledztwo w sprawie cudów”), Jules Metz („Morze diabła”), Phillip Morris („Fantomowe stworzenia”) czy Thomas de Jean („Nieznane światy – nieznane zwierzęta”) i dziesiątki innych. Tu również empiria, a także nowe naukowe teorie, przełamujące impas tradycyjnych, są najwyższym i ostatecznym gwarantem prawdziwości tego, co nieoczywiste, bo nienamacalne. „Prawdziwie rewolucyjne tezy rozwijane są obecnie przez uczonych najwyższej rangi – triumfuje Robert Charroux. – Hasted wykonał w laboratorium serię eksperymentów, które pozwoliły mu zmierzyć nacisk wywierany na materię bez kontaktu psychicznego i fizycznego”. W efekcie serii fizycznych eksperymentów poznajemy wyjaśnienie tajemniczej kosmicznej siły psi. Wiadomo także nareszcie, że
„ezoterycy nie mylą się, gdy mówią o zjawiskach telekinezy, zjawiania się i znikania, indukcji – które to zjawiska Hasted tłumaczy uczenie przenikaniem kwantów, wywołujących »istnienie równoległe« tego samego podmiotu w nieskończonej liczbie światów”.
podniebne Morze Sargassowe
Gdzież więc tu miejsce na rzeczywistość zwaną przez Otto „czymś zupełnie innym”, gdzie miejsce na prawdziwą ezoterykę? W mnogości identycznych pseudoezoterycznych rozważań niespodziewanie natknęłam się jednak wreszcie na perełkę, na zjawisko wyjątkowe, tyleż z punktu widzenia ezoteryki, co literatury: na Charlesa Forta, który, ratując w upadłym świecie prostackiego racjonalizmu honor wiedzy tajemnej, pozwolił zjawiskom istnieć w cieniu swojej tajemnicy. Charles Fort – świetny pisarz, a przy tym szaleniec, oryginał, posiadacz 40 tys. naukowych fiszek dotyczących
„wszystkich dziedzin wiedzy i wszystkich znanych fenomenów”, spoczywających w tekturowych pudełkach po obuwiu, przyjaciel nowojorskich pisarzy i antykwariuszy z początków wieku, odkrywca Jedności Wszechrzeczy, wyznawca pozorności wszelkich bytów, dogmatów i ortodoksji, depozytariusz tajemnic faktycznie nie wyjaśnionych, o których wyjaśnienie wcale nie zabiega, prekursor nauki zwanej
„celestiografią”, odkrywca Genezistryny, badacz stosunków międzynarodowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Cykloreą, ostatni mistyk naszych czasów.
„Księga rzeczy wyklętych” (wydana w Polsce w 1994 roku) nosi podtytuł „Wprowadzenie do tajemnicy”. Nie:
„Śledztwo w sprawie tajemnicy” (jak napisałby Nickell) albo jakieś
„Na tropie tajemnicy”. Nie, właśnie wprowadzenie. Bo istotą Forta (jeżeli można tak powiedzieć) jest pokora wobec gromadzonych latami świadectw, które są przede wszystkim świadectwami ludzkiej bezradności wobec oszałamiającej różnorodności przejawów bytu; a dalej jest już tylko piękna baśń (o walorach prawdziwie fenomenologicznego opisu) o
„faktach wyklętych” tak przez naukę, jak przez religię: o otchłaniach Międzybytu, bezbrzeżnym podniebnym Morzu Supersargassowym, Genezistrynie, co do której sam nie ma pewności, czym jest („Czy jest to planeta, czy jakiś księżyc, czy też może sąsiadujący z Ziemią amorficzny region albo też wyspa na podniebnym Morzu Sargassowym – kwestię tę powinniśmy pozostawić do zbadania przyszłym geografom obszarów pozaziemskich”), kolorowych deszczach, skrzatach i olbrzymach, kamiennych gradach i bryłach lodu.
Fort z rzadką swobodą bawi się inną rzeczywistością, potencjalnymi światami. Ma do tego absolutne prawo, gdyż oczywiste jest dla niego, że
„nigdy nic nie zostało dowiedzione. Teologiczne wywody zawsze były równie wątpliwe, jak są dzisiaj, lecz poprzez hipnotyzujące procesy potrafiły zdominować większość umysłów w ubiegłych epokach. W następnej zaś erze prawa, dogmaty, formuły i zasady materialistycznie zorientowanej nauki również nie zostały dowiedzione. (...) Hipnotyzująca dominanta danej epoki jest tu pojęciem podstawowym”. Fort odrzuca zatem wszelkie hipnotyzujące dominanty na rzecz obserwacji
„chaotycznego dynamizmu i różnorodności form życia, jakie kłębi się w niebie i na ziemi”. Porzucając pozytywizm (który równa się dla niego purytanizmowi) i przyjęty podział na substancję duchową i fizyczną, podkopując tradycyjną wizję przestrzeni kosmicznej,
„czyli dawnego nieba”, przeciwstawioną ziemskiej niedoskonałości, uznaje chaotyczną jednorodność obu światów, w których
„wszystko wydarzyć się może”.
„Przy okazji zaś, gdyż zapomniałem uczynić tego wcześniej, podaję nazwy świata gigantów: Monstrator. Wrzecionowaty świat, mający około 60 000 km długości wzdłuż głównej osi – będziemy jeszcze o nim pisać. Tymczasem zaś porywy natchnienia ciągną nas do Elwery i do jej mieszkańców, składających niegdyś przejściowe wizyty na Ziemi. Zjawiali się tu w hordach gęstych jak chmury nietoperzy; przybywali na myśliwskie safari, których celem były myszy. Albo może pszczoły. W wyprawach na pszczoły hartował się duch młodzieży”. Adogmatyczność i kpina – dwie cechy najlepiej charakteryzujące Charlesa Forta. Teolog rzeczy
„nova et rara”, ostatni mistyk w czasach marnych, nieustannie puszcza do nas oko.
|