Mistyka błyskawiczna

 

Danie miesiąca polecają

 

 

Michał Rosa

Od lat czytam wciąż te same książki. Podsuwane przez przyjaciół nowości odkładam na półkę, by po kilku miesiącach sprawdzić, czy przeszły próbę zapomnienia; rzadko, bardzo rzadko się zdarza, by któraś dołączyła do leżącego przy kanapie stosiku.
Zajmuję Państwa opowieścią o swych zwyczajach tylko dlatego, by wytłumaczyć się z próby polecenia książki, wydanej ładnych kilka lat temu. „Listy Zygmunta Hertza do Czesława Miłosza” są świadectwem wieloletniej przyjaźni znanego pisarza i szefa administracji „Kultury”; są też – moim zdaniem – objawieniem jednego z najwspanialszych polskich epistolografów naszego wieku.
To prawda, że Zygmunt Hertz miał szczęście żyć i pracować w jednym z centrów naszej powojennej kultury – znał przez to i przyjaźnił się z największymi. Lecz wyłaniający się z listów obraz epoki jest już wyłącznie zasługą przenikliwego umysłu autora; obraz żywy, nakreślony przez obserwatora życzliwego ludziom i światu, acz pozbawiony złudzeń i cudownie złośliwy.
Dobrze jest przechadzać się z takim przewodnikiem pomiędzy podręcznikowymi monumentami: podsłuchiwać ich rozmowy, śledzić spory, rozstania, drobne świństwa i powroty. Dobrze jest wsłuchiwać się w głos nie stroniący od skrajnych, często kontrowersyjnych sądów. Lecz może największa przyjemność wynika z faktu, że nigdy, mimo całej ostrości spojrzenia, nie wchodzimy jego śladem do łazienki. Nie jesteśmy zmuszani do podglądania gości i znajomych pana Zygmunta w sytuacjach nazbyt dla nich krępujących czy też mogących budzić nasze zawstydzenie. Nie musimy przymykać oczu.
Zazdroszczę wszystkim, którzy mogli się spotykać się z panem Zygmuntem Hertzem: kłócić się z nim, pośmiać, zjeść i wypić. Czytając listy ulegam złudzeniu, że dostąpiłem zaszczytu podawania im wtedy do stołu. I wspaniale się z tym czuję.

„Listy Zygmunta Hertza do Czesława Miłosza”

 

 





Prof. Janusz Tazbir

Książka ta stanowi wyborną ucztę intelektualną, złożoną aż z 34 potraw, bo tyle właśnie zawiera esejów o dość niewielkiej na ogół objętości. Ale, jak przy każdej wykwintnej konsumpcji, tak i w tym przypadku liczą się nie rozmiary dań, lecz ich oryginalność i bogactwo samego menu. O obie te rzeczy zatroszczyli się autorzy należący do grona historyków literatury. Stąd tak wiele uwagi poświęcono motywom jedzenia występującym w utworach literackich – od kromek suchego chleba, które ze łzami spożywały sieroty (szkic ,,Bieda ubogich dziatek w literaturze XIX wieku”) po wystawne przyjęcia urządzane w wyższych sferach (,,Ozimina” W. Berendta).
Czasowe i terytorialne horyzonty autorów są zaiste imponujące. Nie zapomniano o pożywieniu bohaterów Biblii, ani o potrawach, którymi diabli raczyli swoje ofiary w czeluściach piekielnych. Znaleziono też miejsce na kulinarno-patriotyczne spotkania Wielkiej Emigracji. Obok smaku potraw, autorów interesuje wygląd serwisów, na których podawano, czy pucharów oraz kielichów, jakie przy tej okazji były wychylane.
Ta urocza książka stroni jednak od encyklopedycznej nudy, a jej współtwórcom nie towarzyszyła chęć wyczerpania tematu za cenę wyczerpania czytelników. Stąd wiele z tych miniesejów dałoby się bez trudu rozbudować w uczone rozprawy. Jeszcze łatwiejsze byłoby wskazanie na tematy niesłusznie pominięte, jak choćby przyjęcia gromadzące sanacyjną elitę, opisane tak dokładnie przez Zofię Nałkowską i Tadeusza Brezę (w ,,Murach Jerycha” opis rautu u Sztemlerów zajął aż 140 stron!), a i potrawy, którymi magnateria kaptowała drobiazg szlachecki podczas sejmików czy sejmów elekcyjnych, mogłyby posłużyć do barwnego eseju. Te i inne tematy znajdą się być może w następnym wydaniu książki. Bo pierwsze rozejdzie się błyskawicznie, zaostrzając nasze apetyty na bożonarodzeniowe przysmaki. 


„Oczywisty urok biesiadowania” pod red. Piotra Kowalskiego, Wrocław 1998, Towarzystwo Przyjaciół Polonistyki Wrocławskiej.






Marta Wyka

Czytam teraz – i zarazem polecam – dwie antologie.
Pierwsza z nich to wybór wierszy Miłosza zatytułowany „To, co pisałem”, ułożony przez Włodzimierza Boleckiego, wydany zaś przez Świat Książki. Z autorskiego pomysłu układu tekstów, który proponuje Bolecki, powstaje fascynujący portret poety stulecia, a zarazem edukacyjna opowieść o nim. Warto prześledzić etapy tej drogi.
Antologia druga to „Liryki lozańskie Adama Mickiewicza. Strona Lemanu”, wydana przez Universitas, a opracowana przez Mariana Stalę. To znakomity pomysł – zademonstrować arcydzieło, które inspirowało pokolenia poetów i badaczy, zachowując swoje magiczne właściwości. Żywotność Mickiewicza właśnie dzięki temu pomysłowi wydaje się nam dzisiaj bezsporna.
Słowem – nie omijajmy antologii.

Czesław Miłosz, „To, co pisałem”, opr. Włodzimierz Bolecki, „Liryki lozańskie Adama Mickiewicza. Strona Lemanu”,
opr. Marian Stala



 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl