|
Terroryzm
Koniec starej śmierci
Andrzej Stasiuk
„Żeby się zabawić,
trzeba kogoś zabić”
(z piosenki więziennej)
I.
Bardzo ciekawą i ponurą rzeczą jest obserwacja tego, jak pewne wyrafinowane konstrukcje intelektualne oblekają się w ciało. Najpierw krążą bezforemnie gdzieś w powietrzu, potem nawiedzają subtelne bądź nieco opętane umysły, dręczą je bezsennością, wchodzą w nie, by wyjść w postaci książek, pomysłów albo kompletnych systemów. Przez jakiś czas trwają jako dyskutowane w salonach idee, tematy konwersacji przy kawiarnianych stolikach, a na koniec banalizują się i nieco spłaszczają między okładkami szkolnych podręczników. Czas przesuwa je do tyłu, do muzeum ludzkich ekstrawagancji, a życie toczy się swoim nie ekstrawaganckim, codziennym torem. Pamiętają o nich nieliczni, tak jak nieliczni byli świadkami ich narodzin. Wydawałoby się, że na powrót przepadły w niebycie.
Ale one tylko krążą w powietrzu, tkwią gdzieś w przestrzeni jak przetrwalnikowe formy owadów i któregoś dnia po prostu się wcielają najzupełniej dosłownie i wtedy dowiadujemy się o tym z gazet.
Ten mglisty i pokrętny wstęp jest tylko obroną przed realnością zdarzeń, przed konkretem, wobec którego dyskurs musi się wydać czymś najzwyczajniej niestosownym.
Konstanty A. Jeleński w eseju o Hansie Bellmerze pisał, że do eksploracji ludzkiego ciała potrzeba było niegdyś pretekstu. Najpierw był to pretekst naukowy, pozwalający studiować anatomię dzięki sekcji zwłok, potem artystyczny, który mniej więcej od czasów surrealizmu z deformacji ludzkiego ciała uczynił powszechną praktykę. Wiek XX poszerzył jeszcze pole eksperymentu o dziedzinę polityki, w której masowa dezintegracja
„ludzkich przedmiotów” stała się podstawowym narzędziem działania. Jednak we wszystkich tych przypadkach możemy odnaleźć chociażby ślad pragmatyki, artystycznej czy – jak w ostatnim przypadku – obłąkanej.
Morderstwa dokonywane przez dzieci, przez ludzi bardzo młodych mają cechy eksperymentu. Jedni dokonują radykalnego doświadczenia na sobie: wychodzą w noc, żeby sprawdzić, czy potrafią zabić. Inni robią to w dzień i być może nie przychodzi im nawet do głowy mord jako taki, tylko gwałtowna odmiana rzeczywistości: sprawić jednym gestem, by
„coś raptem zaczęło się dziać”, za pomocą elementarnego, prostego ruchu zakwestionować porządek codzienności,
„zaszaleć”.
Oczywiście żaden z nich nie słyszał o Raskolnikowie, Wierchowieńskim, Lafcadiu, nie czytał Camusa, ale realizują gest, który sto i kilkadziesiąt lat temu stanowił oś teoretycznych rozważań duchowej elity. Metaforyczny produkt surrealistycznego aktu jako wyjścia i strzelenia na oślep do tłumu zostaje zrealizowany najzupełniej banalnie: bejsbolowy kij, szyjka zbitej butelki – rzeczywistość na nic się nie przekłada, pozostaje rzeczywistością. Oglądamy transgresję zdegradowaną, transgresję w wersji pop.
W dzieciństwie wielkie wrażenie zrobił na mnie film „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Pamiętam jego chłodną, sztuczną aurę. Jacek i Placek ruszają na kraj świata, by dokonać bohaterskiego i zarazem przeklętego czynu. Noszą krótkie spodenki i naruszają odwieczny porządek świata. Pamiętam, że ich – niemożliwy przecież – gest budził we mnie fascynację i strach. Podziwiałem ich obojętność i egoizm, ponieważ czułem, że zmierzają w stronę czegoś absolutnie zakazanego, w stronę Tajemnicy.
W hipotetycznym współczesnym filmie pod tytułem „O dwóch takich, co zabili” punktem zwrotnym, punktem granicznym dla wyobraźni byłaby jedynie rozlana ludzka krew, zniszczenie ludzkiej cielesnej powłoki. Nie wydaje mi się, aby najlepszy (i w miarę uczciwy) reżyser potrafił z tego zrobić coś więcej niż poruszający paradokument: zainteresowania bohaterów byłyby całkowicie antropocentryczne, a ewentualna refleksja widza musiałaby dotyczyć krańcowej humanizacji kultury. Po obejrzeniu tego filmu czasy, w których pasje poznawcze zaspokajane były przy pomocy much, żab i kotów wydałyby się nam jakimś nowym fin de sieclem, epoką parowych maszyn i automobili.
II.
Bardzo ciekawym i posępnym zajęciem jest czytanie codziennych gazet. Zostawiły one daleko w tyle literaturę, realizując jej fikcyjne pomysły z paranoiczną i pedantyczną dokładnością. W pewnym sensie są szlachetniejsze od fabuł literackich. Nie próbują się podobać, nie próbują się wdzięczyć wyrafinowaną, tchórzliwą formą. Weźmy chociażby
„Mechaniczną pomarańczę” Anthony Burgessa.
A potem „Gazetę Wyborczą” z 23 czerwca. Jest noc, grupka młodych ludzi siedzi przy ognisku w Lasku Młocińskim. Nie robią niczego szczególnego. Zabawa dogasa. Nadjeżdżają dwa byle jakie auta, z których wysiadają mniej więcej ich rówieśnicy i rozpoczynają masakrę. Nie znali się wcześniej. Najprawdopodobniej nigdy się nie spotkali. Napastnicy porywają do samochodu chłopaka. Wiozą go przez most na drugą stronę Wisły, spory i ryzykowny kawałek drogi. Potem torturują w mieszkaniu w bloku na Bródnie. Znam tę ulicę. Trudno wyobrazić sobie bardziej banalne w swej beznadziejności miejsce. Gdy jest już po wszystkim, wywożą ciało nad kanał Żerański. Po drodze mijają rzeźnię, magazyny, baraki, garaże, przemysłowe peryferie. Zakopują zwłoki w
„małym lasku nad kanałem”. Ten mały lasek to są krzaki wyrosłe na wysypiskach. Kawałek dalej jest wielka cementownia. Wszystko pokrywa szary kurz. Obok przez stalowy most biegną kolejowe tory.
Cała ta historia przesycona jest brakiem sensu. Tak ją postrzega wpadający w przerażenie umysł: tylko wyjęcie jej z jakiegokolwiek kontekstu sprawia, że możemy ją w ogóle znieść. Jeden z podejrzanych pracował w zakładzie produkującym zeszyty. Na miejsce, gdzie wszystko się rozpoczęło, przyjechali starym fiatem. Jako pamiątkę pozostawili kawałek bejsbolowego kija. Ubrani byli w dresy i adidasy. Postacie, scenografia i kostiumy wykonane są z tego samego materiału, co najbardziej szara codzienność. Próbują jednak odegrać dramat, w którym zakwestionowana zostaje ontologiczna podstawa bytu, próbują odegrać kuriozalną, kukiełkową odmianę teomachii. Wedle praw prawdopodobieństwa i statystyki są wcieleniem przeciętności. Można się założyć, że w normalnych warunkach ich towarzystwo byłoby po prostu nudne albo odpychające. A jednocześnie dokonują karkołomnego, wydawałoby się, odwrócenia, dzięki któremu ktoś drugi zostaje całkowicie uprzedmiotowiony, sprowadzony do roli rzeczy, fragmentu rzeczywistości. Morderstwo popełnione na ludzkiej osobie jest w tym wypadku całkowicie bezosobowe, losowe i przypadkowe, a jednocześnie konsekwentne i dogłębne aż po najdalsze granice okrucieństwa. Jest po prostu
„eksperymentalne” – jeśli można użyć takiego określenia.
Czym jest śmierć? Czym jest ta dziwna chwila, gdy ciało przestaje się poruszać i nie poruszy się już nigdy? Wciskamy klawisz
„stop”, gasimy światło, jeszcze tylko łazienka i można iść spać. Od mniej więcej roku spędzam dużo czasu przed wideo. Są chwile, gdy bardziej niż sam film, interesuje mnie idea tego sprytnego mechanizmu, który pozwala w jednej chwili przywoływać i unicestwiać światy i osoby. W nocy, gdy wszyscy już śpią, puszczam sobie jakiś szybki amerykański albo trochę wolniejszy europejski film i nie potrafię się skupić, bo nawiedza mnie wizja nieskończonej ilości kaset wideo, setek i tysięcy półek na całym świecie. Stoją na nich miliony gotowych historii. Poruszają się w nich ludzie i wykonują mniej lub bardziej codzienne gesty, ale wszyscy mają twarze podobne do naszych, a ich postacie mimo mniej lub bardziej fantazyjnych strojów przypominają sylwetki widziane na ulicach.
Niewykluczone, że istnienie nie jest czymś niewyczerpywalnym i gdy powołujemy do życia swoje tysięczne sobowtóry, sami stopniowo stajemy się coraz bardziej martwi i pozbawieni znaczenia. To paradoksalne, że wraz z gwałtownym wzrostem liczby ludzi na świecie, zrodziły się jednocześnie techniki nieograniczonej multiplikacji bytów. Nasza egzystencja przestaje być w ten sposób czymś niepowtarzalnym. Niewykluczone, że nigdy nie była i brakowało nam tylko odpowiednich narzędzi do dokonania odkrycia. W końcu jest tak, że jak nigdy dotąd jesteśmy otoczeni odbiciami, fikcjami, które niepokojąco nas przypominają. Antropologiczna gra z bliźnim została zamieniona w fantazmatyczną grę z wytworami cudzego i własnego umysłu.
Gdy wyobrazimy sobie minione epoki, ich potoczny, codzienny wizerunek, powinna nas uderzyć znikoma ilość przyrządów podwajających istnienie. Okna były niewielkie i wykonane z kiepskiego matowego szkła. Lustra należały do rzeczy zbytkownych. Po zmierzchu zapadały ciemności, rozpraszane tu i ówdzie nędznym światłem. Jeśli w czymś się przeglądaliśmy, to były to najczęściej oczy drugiego człowieka albo zmienna i kapryśna tafla wody. Przedstawienia rzeczywistości dotyczyły raczej rzeczywistości nadprzyrodzonej, mitologicznej i nawet gdy dotykały codzienności, nie miały za cel jej powielania, ale przemianę. Fikcja właściwie nie istniała, ponieważ nawet najbardziej iluzoryczne czy wyrafinowane wytwory umysłu pośredniczyły jedynie między boską albo demoniczną dziedziną a światem. Funkcjonalizm ludzkiej egzystencji nadawał jej sens i czynił ją potrzebną oraz realną.
Niewidzialne nie istnieje, a istnienie widzialnego jest problematyczne, skoro nie bardzo wiemy, co to jest istnienie i co z niego wynika. Szesnastoletni chłopcy wychodzą z domu i próbują określić granice świata, zbadać ich rozciągłość, a potem rozciągliwość. Trochę przypominają dawnych podróżników, tyle tylko że nie pozostaną po nich żadne zapiski prócz artykułów w gazetach, których nikt zresztą nie wykorzysta jako źródła informacji o nie odkrytych ziemiach. Ubi Leones. Nikt się tam nie wybiera, a jednak niektórzy docierają. Dokonują mimowolnych odkryć, że przestrzeń, w której można wykonać taki czy inny gest, jest w istocie nieograniczona i w konsekwencji gesty i uczynki przepadają w niej jak krople wody w morzu. Nawet zbrodnia utraciła swój kontekst i stała się samowystarczalna. Istnieje tylko dla siebie. Właściwie nie jest już zbrodnią, bo istnieje w próżni.
„1. Ufać sobie. 2. Szanować się. 3. Nie obgadywać się. 4. Nie ufać nikomu. 5. Nie mieć litości. 6. Oko za oko, ząb za ząb. 7. Być bezwzględnym dla wszystkich. 8. Zachować kamienną twarz. 9. Pomagać sobie nawzajem. 10. Nie pozwolić, aby odkryli, jaka jesteś. 11. Zabić, jeśli będzie potrzeba. 12. Mieć ze sobą nóż”.
Ta nieco uproszczona wersja katechizmu Nieczajewa została wymyślona i zapisana przez dwie czternastoletnie dziewczyny. Wyrwana ze szkolnego zeszytu kartka w kratkę i niebieski długopis. Rekwizytornia zbrodni przypomina kancelarię albo biuro rzeczy znalezionych na prowincjonalnym dworcu. Potem następuje tylko skrupulatne wyliczenie 60 uderzeń nożem w lekarskim raporcie z sekcji zwłok. Czternastoletnie dziewczyny nie miały prawdopodobnie dość siły, by dokonać zabójstwa w sposób bardziej zdecydowany. Ich ofiara miała tyle lat, co one, i też była dziewczyną. Znów zjawia się zwyczajna scenografia wielkomiejskiego osiedla i nadrzecznych zarośli.
Precyzja tego dwunastopunktowego kodeksu dorównuje jego samowystarczalności. Tajne stowarzyszenia, zarówno te rzeczywiste, jak i te wymyślone, w podobny sposób konstytuowały swoje wewnętrzne struktury. Wystarczy przypomnieć sobie Stowarzyszenie Miłośników Zbrodni Markiza de Sade’a czy – by wrócić do świata realnego – elitarne formacje hitlerowskich Niemiec, paradoksalnie i paranoicznie realizujące fikcyjny schemat Protokołów Mędrców Syjonu. Przepaść między nastoletnią fantasmagorią a rzeczywistością historycznego (czy – jak w przypadku np. de Sade’a – literackiego) okrucieństwa niewątpliwie istnieje, niemniej jednak dokonuje się na naszych oczach degradacja mitu. To, co było własnością nielicznych albo uprzywilejowanych, staje się artykułem ogólnie dostępnym jak, powiedzmy, działka amfetaminy czy puszka red bulla.
III.
Wciąż próbuję zgadnąć, co zmieniło się w strukturze fenomenu śmierci, w którym momencie utracił on zdolność organizowania kultury. Bo przecież jest rzeczą oczywistą, że tylko świadomość śmiertelności uczyniła z nas ludzi. Powrót do zwierzęcości nie jest domeną zabójców. W znacznie większym stopniu staje się on udziałem ofiar, które umierają w zupełnej samotności – właśnie tak jak umierają zwierzęta, dla których śmierć jest czystą, pozbawioną sensu trwogą. Bezinteresowność zbrodni zrywa między katem i ofiarą resztki solidarności. Nie mamy już do czynienia z jednym z kulturowych aktów w rodzaju wojny, zabójstwa z chęci zysku, zazdrości czy nienawiści. Rzecz odbywa się właściwie poza grzechem, przynajmniej grzechem w starym rozumieniu. Śmierć przestała być zdarzeniem społecznym. Cofnęła się poza wszelkie uwarunkowania, by zyskać pierwotne, fundamentalne, prelogiczne znaczenie. Występuje w czystej postaci. Jest trwogą, która spada bez przyczyny w całkowicie przypadkowy sposób. Pomiędzy nią a nami nie ma żadnych pośredników, żadnych sensów, nie ma nic. Jesteśmy w stanie przyjąć ją jako coś całkowicie indywidualnego, coś, co dotyka nas w absolutnej samotności. Stoimy wobec niej zupełnie nadzy i żadna ludzka lekcja nie przychodzi nam z pomocą.
t
Zastanawiający jest paradoks społecznych reakcji na bezsensowne zabójstwa. Ulicami przechodzą milczące marsze. Ich parareligijny, procesyjny charakter widoczny jest gołym okiem. Liturgia ciszy ma sugerować, że oto stoimy przed najgłębszą tajemnicą, wobec której przystoi jedynie milczenie. Ale tak naprawdę milczące marsze dotyczą nie śmierci w ogóle, ale jej skrajnie absurdalnego wcielenia. Tłum pozornie wybiera ciszę jako formę ekspresji. W istocie jest odwrotnie. To bezsensowny akt narzuca milczenie i degraduje ludzką wspólnotę do poziomu stada porażonego niemotą. Komunikacja zostaje zepchnięta w mglistą dziedzinę emocji i szczątkowego obrzędu. Sentymentalna i szlachetna identyfikacja z ofiarą jest przeraźliwym znakiem bezradności. Milczący pochód wygląda tak jakby podążał za swoim świętym w objęcia grobu.
Zupełnie inaczej wygląda obrona reszty świata. Manifestacje w obronie drzew, zwierząt i fragmentów krajobrazu są żywiołowe i gwałtowne. Wyzwalają wielkie zasoby energii, podnoszą zgiełk i sytuują się gdzieś między teatrem a cyrkiem. Ekologiczni bojownicy narażają się na represje, niewygody i fizyczne ryzyko. Ich język jest doskonałą antytezą milczenia.
Bardzo możliwe, że opuszczają nas siły, że jesteśmy zmęczeni sobą jako gatunkiem i od tej chwili będziemy umierali w całkowitej ciszy, a w końcu całkiem niezauważalnie. Cała energia zostanie skierowana na przeżywanie śmierci drzew, wielorybów i ekosystemów. To będzie jak transplantacja ludzkiej duchowości w resztę świata i w końcu wrócimy tam, skąd przyszliśmy.
Z okna widzę podwórko sąsiada. To dość daleko, ale widzę je dość wyraźnie. Jest wczesna jesień, pochmurne popołudnie i światło ma deszczowy odcień jak w starym telewizorze. W zagrodzie z desek leży setka owiec. Żują, odpoczywają, za jakiś czas wrócą na łąki, by paść się do zmroku. Sąsiad wychodzi z domu. Przemierza kilkadziesiąt metrów dzielących go od zagrody spokojnym, leniwym krokiem. Wchodzi między owce i wybiera ośmiomiesięczne jagnię. Chwyta je za wełnę na karku. Jagnię wstaje i bez oporu idzie za gospodarzem. Znikają za węgłem budynku z czerwonej cegły. W tej samej chwili z domu wychodzi kobieta. Niesie w ręku nóż. Z tej odległości ostrze wygląda jak srebrna kreseczka. Kobieta znika tam, gdzie skrył się jej mąż i zwierzę. Reszta owiec leży spokojnie. W zagrodzie nie widać żadnego ruchu. Cały obraz ujęty jest w kwadratową ramę okna. Oddziela mnie od niego podwójna szyba. Jest zupełnie cicho i całkiem nieruchomo. Pokrywka nieba idealnie przylega do linii horyzontu. Za chwilę nie będzie po niczym śladu.
|