|
Skrzywdzeni
i poniżeni
Poeta, Dwór i Rynek
Czesław Miłosz
Nie mój
Całe życie udawać, że mój ten ich świat,
I wiedzieć, że hańbiące takie udawanie.
Ale co mogę zrobić? Gdybym wrzasnął
I zaczął prorokować, nikt by nie usłyszał.
Nie na to ich ekrany, mikrofony.
Tacy jak ja błądzą ulicami
I mówią do siebie. Śpią na ławkach w parku,
W pasażach na asfalcie. Bo więzień za mało,
Żeby pozamykać wszystkich ubogich.
Uśmiecham się i milczę. Mnie już nie dopadną.
Do stołu z wybranymi zasiadać – to umiem.
Komentarz do tego mojego wiersza starczyłby za odpowiedź. Stwierdźmy na początku, że literat, czy, jak go z szacunkiem nazwano, pisarz, wbrew powszechnym wyobrażeniom jest zawsze na górze, koło władzy i pieniądza, nie na dole, i stosuje się to również do tych, co zaczynają jako bardzo ubodzy. Kto zyskuje sławę albo choćby uznanie, automatycznie wchodzi w szeregi elity. Zdają się tutaj działać jakieś stałe prawa, niezależnie od ustroju. W starożytnych Chinach określało się tę społeczną górę jako Dwór i Rynek. Warto zauważyć, że pomiędzy bardzo ekskluzywnymi grupkami i Dworem oraz Rynkiem odbywa się osmoza, wskutek czego sława, uzyskana najpierw w wąskim kręgu, ma też praktyczne następstwa.
Wiersz Aleksandra Wata pt. „Poeta” zaczyna się tak:
Poeta myślałem, to ten-li, co przyszedł
nieproszony na ucztę Filistynów?
I stanął na miejscu czołowym
włosy spiętrzone ma w kask,
O, jak góruje on nad Filistynów zbrojnych
zborem!
Przybywa ze stron, w których nikt z nich nie
bywał i nie będzie.
I.
W wieku dwudziestu ośmiu lat, a więc w 1939, zarabiałem już dużo i piąłem się do góry w mojej karierze urzędnika Polskiego Radia. Zawdzięczałem to nie tylko mojej sprawności, także sławie obiecującego poety, która mnie chroniła przed wyrzuceniem za niewłaściwe poglądy. Ówczesna literatura dostarcza przykładów windowania się do góry, o którym wspomniałem. Józef Czechowicz, zresztą wciągnięty przeze mnie do Radia, pochodził z samych dołów. Zbigniew Uniłowski, z robotniczej rodziny na Powiślu, po wydaniu
„Wspólnego pokoju” brylował w warszawskich kawiarniach i wżenił się w zamożną burżuazję. Stanisław Piętak, syn chłopski, dostał Nagrodę Młodych. Bruno Schulz, choć skromny nauczyciel w Drohobyczu, był już lansowany przez wpływowy klan Zofii Nałkowskiej.
Mój tom wierszy „Trzy zimy” ukazał się w nakładzie 300 egzemplarzy, a jednak już zaliczałem się do pieszczochów Dworu, jeżeli nie Rynku. I gryzło mnie sumienie. Czułem się odpowiedzialny za to, co w Polsce się działo, za całą krzywdę ludzką. Każde zarobione 100 złotych przypominało, ile znaczyła ta suma dla olbrzymiej większości mieszkańców kraju. Przecież wieś na przykład żadnych szans na wykształcenie swoich dzieci i migrację do miast nie miała. Kastowość systemu była na każdym kroku dojmująca. Nie na wiele zdałoby się zrzucać winę na rządzących pułkowników, bo z gospodarczo-politycznej zapaści nie było żadnego wyjścia. Co prawda, ulegając naciskowi skrajnej prawicy, wybrali możliwie najgorsze rozwiązanie, stopniową faszyzację.
II.
Mówienie o „hańbie domowej” literatów w PRL pomija prosty fakt, że byli literatami, to znaczy chcieli publikować, a państwo było jedynym wydawcą. Dla
„faszystów” utworzono co prawda osobną przybudówkę, „Pax”, jego pisma i jego dom wydawniczy. Moralizowanie teraz, po upadku tamtego ustroju, zdaje się wychodzić z nieco absurdalnego założenia, że to po raz pierwszy w dziejach poeta przyszedł nieproszony na ucztę uzbrojonych Filistynów. Z trzech złych możliwości: smażenia się w literackim
„środowisku”, emigracji, służby w dyplomacji, wybrałem trzecią, ale fizyczna odległość od tego, co się wyprawiało, tzn. rządów terroru, nie chroniła od poczucia winy. Kiedy przyjeżdżałem z zagranicy, moje ubranie wyróżniało mnie jako jednego z
„właścicieli Polski Ludowej” i ludzie, biorąc mnie za oficera UB, bali się mnie. Kiedy teraz otwarcie o tym piszę, wygląda to na cynizm, ale prawdą jest, że wyjazd na placówkę zawdzięczałem nie gorliwości partyjnej, bo byłem bezpartyjny, ale mojemu miejscu faworyzowanego poety. Znów, jak przed wojną, moje poglądy były niewłaściwe, ale mogłem dać im upust tylko drukując mój
„Traktat moralny” w ostatniej chwili, tuż przed wprowadzeniem
„socjalistycznego realizmu”. Rok 1949 to jednak już było za dużo dla mego żołądka.
III.
„Musimy kąsać rękę, która nas karmi” – powiedział mój lewicowy kolega w Berkeley, i karmiła nienajgorzej. A czy inaczej zachowywała się literatura w ciągu całego XIX wieku, pokazując, co kryło się za optymistyczną fasadą postępu, jak to robili Dickens, Melville, Dostojewski, Zola, albo szydząc otwarcie ze znienawidzonych Filistynów, jak to robił Flaubert, czy wybierając bunt, jak Rimbaud?
Na pewno nie wszystkie społeczeństwa i nie wszystkie ustroje są równie złe. Okrucieństwo i diabelskość niektórych z nich są nam znane. Nie istnieje jednak, twierdzę, społeczeństwo, w którym sumienie poety mogłoby być zupełnie czyste. Co do świata w obecnym momencie, na progu XXI wieku, i Polski dzisiejszej, to można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że dopiero zaczynamy uświadamiać sobie problemy cywilizacji konsumpcyjnej. Krzywda, która długo miała postać najprostszą, ubóstwa, ukazuje się nie tylko jako los ludzi odtrąconych, bo przybiera formy wielorakie i ukryte. W pierwszym rzędzie skażenia środowiska i umysłów, i to skażenia, którego sami nim dotknięci nie są świadomi. Poeta powinien starać się zrozumieć, co się dokoła niego dzieje, tak żeby jego książki zawierały antytoksyny.
Czesław Miłosz – ostatnio opublikował „Inne abecadło” (1998).
|