Skrzywdzeni i poniżeni



Inteligenci w społeczeństwie mas

Życie na wyspach


Andrzej Mencwel


W kulturze naszej istnieje mocny, choć przesłonięty coraz bardziej masową konsumpcją, podział społeczny. Podział ten pogłębia się na naszych oczach i w naszej przytomności, choć nie jest dostrzegany. Klasyczna problematyka inteligencji polskiej jest więc nadal aktualna.

Tegoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie wydawały się feeryczne – przeszło ośmiuset wystawców, stoiska światowe i peryferyjne, sułtańskie i karczemne, pyszne i zgrzebne, jeden tytuł podobno na jednego zwiedzającego, a ośmiu zwiedzających na metr powierzchni. Gwiazdy literatury oblegane przez wielbicieli, a w gęsto utkanym tle dziesiątki albo i setki szarych pracowników pióra, wyczekujących swego amatora.

DZIELNICE LEPSZE I GORSZE...
Goście tłumnie nawiedzający sale wystawowe, ale przecież nie tłum, oszołomiony, jak dawniej, „blichtrem Zachodu”, wyłudzający reklamówki i zbierający kolorowe papierki. Czy to już znawcy, smakosze, bibliofile? Może jeszcze nie wszyscy, przychodzi się tu jednak dla książek, bo międzynarodowe bazary są gdzie indziej. Zwracała przy tym uwagę stosunkowo duża liczba ludzi sprawnie żeglujących w ścisku, więc zmierzających tam, gdzie wiodą ich interesy oraz zaciekawienia. Wszystkie niemal i wszelkie zaciekawienia – kosmopolityczne i regionalne, kanoniczne i alternatywne, feministyczne i alpinistyczne, scjentyczne i scjentologiczne. Proszę bardzo, można powiedzieć, oto widać gołym okiem, że ta kultura zaspokaja wszystkie potrzeby, ale nie dlatego, że je walcem wyrównuje, lecz że je czarodziejsko różnicuje. Możesz być etnologiem albo gemmologiem, informatykiem albo liternikiem, poetą albo transwestytą, a zawsze znajdziesz coś dla siebie. Strachy to były na lachy, jakimi nas przez dziesiątki lat straszono.
Słowem – to sukces, sukces pod wieloma względami, skoro nie mnie jednemu nie udało się zrobić należytego przeglądu stanowisk. Bywało – cóż to były za czasy! – że wychodziłem z Pałacu Kultury i Nauki z dufnym mniemaniem, że kontroluję rynek światowy. W interesujących mnie dziedzinach trzymam mianowicie za rękę krajowych i światowych wydawców. Mniemanie to było złudzeniem, jak wiele innych jednak złudzeń potrzebnym wówczas do życia. Teraz musiałem się z nim rozstać, ponieważ nie sposób już, nawet w humanistycznych tylko zakresach, targi te należycie przejrzeć. Nic to, mówią znawcy i bywalcy – jedź do Frankfurtu, to dopiero jest wystawa, tam między pawilonami targowymi jeździ się busami, jak na lotnisku Kennedy’ego w Nowym Jorku. Czy można sobie wyobrazić taką wystawę książek ze wszystkich kultur i religii, języków i domen, zakresów i dyscyplin, we wszelkich szatach i formatach? Czy można nie zadziwić się bogactwem świata, w którym możliwe są takie wystawy? Chcę się przyznać, że zadziwienie takie, wobec dzieł ludzkich, nawiedza mnie niekiedy, a ma pewien odcień metafizyczny, chcę też zastrzec, że bogactwa nie pojmuję tu skarbowo, lecz kulturowo. Marzę sobie, że kiedy wreszcie nad Portem Praskim stanie Kryształowy Pałac centrum kongresowego, to i my elektronicznymi pojazdami będziemy zwiedzać najpiękniejsze w świecie wystawy książek. Lud może nie wejdzie do śródmieścia, śródmieście jednak zejdzie do ludu.
Na razie jednak na Pradze odwrotnie – rewers tego świetlistego medalu. Księgarni coraz mniej i coraz szybciej znikają, razem zresztą, co dziwne, ze sklepami sportowymi. Sport, coraz bardziej luksusowy, przenosi się do dzielnic luksusowych, to ich mieszkańcy uprawiają kolarstwo, tenis czy jeździectwo. W dzielnicach peryferyjnych jakby nie opłacało się już handlować zwykłymi piłkami czy gatkami. Podobnie z książką – ta lepsza skupia się w lepszych miejscach – w okolicach Krakowskiego Przedmieścia, placu Trzech Krzyży, Pięknej. Księgarnie peryferyjne natomiast zsuwają się niepostrzeżenie do poziomu dworcowych stoisk – romanse tu głównie i namiętności, pragnienia i pożądania, przyprawione sensacją i przemocą. Kieszonkowe formaty, gazetowy papier, lakierowane okładki, krzykliwe kolory, wyuzdane pozy – przygnębiająca jednostajność. Język drewniany, akcja schematyczna, epizody szablonowe, przekłady wagonowe, redakcja kuchenna. Szmira i tandeta, nuda i czczość – żadnego się tu nie znajdzie duchowego rarytasu, żadnej też plebejskiej samorodności. Gdzież nasi wspaniali graficy i ilustratorzy – prawi dziedzice sztuki czystej i stosowanej? Gdzież niezrównani mistrzowie przekładów z języków klasycznych i egzotycznych, troskliwe, opiekuńcze redaktorki, niezawodni korektorzy? Gdzież te arcydzieła literatury i humanistyki światowej poszukiwane i ścigane – na Bródnie i w Żarach, w Ostrołęce i na Jeżycach, w Nowym Targu i na dworcu wrocławskim? Do dziś pamiętam te wytrwałe polowania i niespodziewane zdobycze (przejazdem, w Rakoniewicach), a wyjmując książkę z półki, mogę opowiedzieć jej historię. Tamta romantyka skończyła się jednak nieodwołalnie – znawcom trzeba dziś tylko pieniędzy i katalogu, a wszystko mogą osiągnąć. Pozostałym – walec wszystkie drogi wyrównuje – tak czy owak czeka ich Harlequin. Strach myśleć, co będzie dalej, jednak strach?

świetlisty awers, rdzewiejący rewers
Przeciwstawiam sobie te dwie strony medalu nie dla samego efektu. Obrazki są z natury wydobyte, choć nie odrysowane, raczej ostrzej wycięte. Chodzi o to, aby nie weselić się łatwo świetlistością awersu, ani też smucić się korozją rewersu, lecz możliwie celnie trafić w sedno problemów naszej kultury. Weselą się przeważnie ideolodzy i politycy „nowego”, smucą ideolodzy i politycy „starego” – ich ukryta lub jawna konfrontacja spycha w cień inne problemy i nie pozwala ich nawet przedstawić. Tymczasem, od paru dziesiątków lat znaliśmy naprawdę podstawowe problemy kultury współczesnej i potrafiliśmy je nie tylko wskazać, ale i dorzecznie rozważać. Były one przedmiotem naukowych rozpraw i popularnych publikacji, akademickich sympozjów i uniwersyteckich seminariów. Od czasu dawnej, paryskiej antologii Czesława Miłosza, którą nieomal czytywało się pod ławkami, poprzez prace Chałasińskiego, Żółkiewskiego, Kłoskowskiej, Czerwińskiego, było już nie tylko wiadomo, że istnieje coś takiego jak „kultura masowa”, ale też, że nie jest to jedna z wielu możliwych podkultur uniwersalnej, kanonicznej i wysokiej kultury oficjalnej, lecz dominujący, a w każdym razie nieustępliwie zdobywający dominację typ kultury współczesnej. Dominację tę zdobywa on wraz z rozwojem społeczeństw masowych i ekspansją technik masowej reprodukcji. Narodziny i postęp, a dzisiaj narastająca seria eksplozji elektronicznych i informatycznych środków przekazu, aż do osobistych i planetarnych zarazem multimediów dominację tej kultury masowej wzmagają i czynią ją właściwie nieodpartą. Dylematy wartości i popularności, kreatywności i receptywności, indywidualizacji i standaryzacji, różnorodności i homogenizacji, trwałości i migotliwości – ich równokształty można wynajdywać prawie nieskończenie – przestały być dylematami abstrakcyjnej obcej teorii, stały się dylematami naszego własnego, konkretnego życia. Jak widok dziecka uprawiającego zapping, czyli automatyczne pstrykanie telewizyjnym pilotem.
Niepostrzeżenie prawie, niepostrzeżenie – ponieważ tego chcieliśmy i ponieważ nam się udało, znaleźliśmy się wewnątrz kultury masowej, jako dominującego typu kultury współczesnej, więc i wobec jej dylematów, a także na ostrzu jej podziału. Dylematy zostały powyżej wskazane, podział natomiast widać w przeciwieństwie świetlistego awersu i rdzewiejącego rewersu tego samego książkowego medalu. U nas podział ten jest tym bardziej wyrazisty, że nawet w samej stolicy, rzeką wyżłobiony, na lewobrzeżną i prawobrzeżną Warszawę. O co chodzi w tym podziale, jaka jest jego istota i jaka też jest jego moc? Rzecz jasna nie jest to podział geograficzny, etniczny, religijny czy polityczny. Może on narzucać się naszym oczom w formach geograficznych (Polska „zachodnia” i „wschodnia”), etnicznych („kosmopolici” i „swojacy”), religijnych („moderniści” i „fundamentaliści”) czy politycznych („liberałowie” i „konserwatyści”) – ale jego istota jest inna. Ona się dzisiaj wymyka uczonym i publicystom, ponieważ, pomimo całej modernistycznej ideologii i postmodernistycznej frazeologii uwięźli oni w zeszłowiecznych nawykach poznawczych. Jak nie widzą dickensowskiego (albo engelsowskiego, co na jedno wychodzi) świata biednych i bogatych, to wydaje się im, że nie ma już problematyki społecznej wcale. I też jednym z najbardziej znamiennych zjawisk współczesnych zarówno w skali globalnej, jak i lokalnej (krajowej) jest niebywały instytucjonalny rozrost tzw. nauk społecznych, doszczętnie wyzutych z problemów społecznych. Istotą tego podziału, przecinającego kulturę współczesną – i trzeba to z całą energią podkreślić, przywracając polszczyźnie zwrot właściwie z niej wyrugowany – jest otóż podział społeczny. Coraz mniej wyraźny, ale coraz bardziej dotkliwy, coraz bardziej skryty, ale coraz trudniejszy do przekroczenia.

arystokraci i emancypacja plebsu
Nie ulegamy, jak sądzę, klasycznemu historycznemu, a właściwie mitologicznemu (bo znanemu już od mitu wieku złotego) złudzeniu, kiedy sądzimy, że problematyka kultury współczesnej jest trudniejsza od problematyki kultur dawnych. Co najmniej od czasów klasycznej, greckiej polis, pozostającej w swym awersie niedościgłym ciągle ideałem, dobrze wiemy, że jej fundamentem i tajemnicą byli ci, którzy poza tą kulturą pozostawali, choć dla niej byli używani i zużywani. Nieodłącznym cieniem greckiego obywatela, współtwórcy przecież, a nie odbiorcy swojej kultury, pozostaje niewolnik i cień ten w różnych historycznych formach towarzyszy europejskiej, więc powszechnej historii kulturalnej aż do XIX wieku. Podział społeczny wpisany w formy tej kultury jest przez całe tysiąclecia jawny, wyraźny i właściwie nie kwestionowany – na wysoką kulturę oficjalną i jej niską podkulturę „ludową” (jakkolwiek by ten lud był nazywany). Można mniemać, jak czynili to romantycy, społecznicy i narodnicy różnych odmian, że prawdziwe wartości kryją się w tej podkulturze, a kultura oficjalna to tylko wartości tych pozór – nie zmienia to jednak istoty samego podziału. Poglądy takie upowszechniają się zresztą w XIX wieku, a więc wtedy, kiedy podział ten ulega stopniowo, jeśli nie wyrównaniu, to zatarciu. Na skutek uprzemysłowienia, urbanizacji, podniesienia poziomu życia, upowszechnienia edukacji, demokratycznych reform politycznych powstają, po raz pierwszy w dziejach ludzkości, względnie jednolite kultury narodowe – pełne, rzecz jasna, wewnętrznych zróżnicowań, ale eliminujące nieprzekraczalne podziały. Tak dzieje się w Wielkiej Brytanii II połowy zeszłego wieku, która nie tylko „panuje nad morzami”, ale zapewnia też wszystkim swoim obywatelom, po raz pierwszy na tej ziemi, zaspokojenie potrzeb elementarnych. Zaspokojenie to jest oczywiście bezwzględnym warunkiem współtwórczego uczestnictwa w kulturze i dość powszechnie się ono wówczas dokonuje. Sprzyja mu także postęp technik masowej reprodukcji, a co za tym idzie dostępność prasy i książki. Wiktoriańska „kochana, stara Anglia” pozostaje nie tylko sentymentalną pocztówką retro, ale także swego rodzaju ideałem kulturalnym. W każdym razie nietkniętym przez tę furię krytyczną, jaką wywołała kultura masowa.
Dlaczego, co najmniej już od Fryderyka Nietzschego, kultura masowa wywołuje taką furię? W Stanisławie Przybyszewskim i Ludwiku Krzywickim, we Florianie Znanieckim i Stanisławie Ignacym Witkiewiczu – by poprzestać na polskich tylko, klasycznych już dzisiaj jej krytykach. Można by sądzić, że nawet jeśli posługuje się estetycznymi tylko argumentami, jest to krytyka po prostu interesowna – oto rzecznicy arystokratycznej kultury wysokiej, opartej na niewątpliwym podziale społecznym, zwracają się przeciw emancypacji plebsu, bo pozbawia ich ona odwiecznych przywilejów. „Olimpijskie wyrzekania na »stadowość baranów« – jak pisał młody Edward Abramowski – to nieomylny znak, że zachodzi obawa, ażeby to stado baranów nie przemówiło zbyt ludzkim głosem”. Można by tak sądzić, gdyby nie obecność w gronie tych krytyków Ludwika Krzywickiego, Edwarda Abramowskiego, Kazimierza Kelles-Krauza czy Stanisława Brzozowskiego (poprzestając znowuż na polskiej reprezentacji), a więc pisarzy nie podejrzanych o lęk przed emancypacją, a nawet będących jej stronnikami. W skali światowej, jak i w skali krajowej myśliciele tej orientacji, pierwsi, jak się zdaje, zaczęli wyrażać przeświadczenie dość powszechnie następnie przyjęte – że mianowicie kultura masowa jest również zjawiskiem jakościowym, a nie tylko ilościowym. Że nie polega ona tylko na wielkich audytoriach, masowych przekaźnikach i powszechnym uczestnictwie, ale też na tym, że audytoria te ona w szczególny sposób kształtuje, przekaźni używa, a uczestnictwo redukuje. Przeświadczenia te najbardziej przenikliwie, a zarazem klarownie miał wypowiedzieć myśliciel o prawicowej zasadniczo orientacji (choć o lewicowych w młodości afiliacjach), a mianowicie Jose Ortega y Gasset w sławnym „Buncie mas”. Rzecz nie tylko w tym, że kultura masowa wytwarza masowego konsumenta kultury, rzecz w tym, że uczestnictwo w kulturze sprowadza do konsumpcji, a samą tę kulturę poddaje dyktatowi tego konsumenta. A ten nie tylko „żąda praw dla pospolitości”, ale „wręcz domaga się tego, by pospolitość stała się prawem”. Bywa i tak, że staje się ona jedynym prawem. Trzy, pięć, dziewięć albo i dziewięćdziesiąt programów telewizyjnych robi wszystko, aby to potwierdzić.

CZŁOWIEK RESENTYMENTU
Prawo Kopernika nie jest abstrakcją, koncept najniższego wspólnego mianownika – teorią. Prawo Kopernika mówi, że w dziedzinie kultury, podobnie jak na rynku pieniężnym, gorsza moneta samoczynnie wypiera lepszą. Mając na widoku nasze własne (i innych zapóźnionych) doświadczenia można dodać, że podmiana ta tym jest mocniejsza, im słabsza była przed jej nadejściem moneta lepsza. Słabość tej lepszej monety, to niski poziom szkoły powszechnej, przypadkowość kanonicznej inicjacji kulturalnej, utrudniony dostęp do wyższego wykształcenia. Koncept najniższego wspólnego mianownika związany jest z twierdzeniem, że poziom umysłowy czy duchowy kultury masowej sprowadzany jest automatycznie do najniższego wspólnego mianownika, takiego, jaki dyktuje jej nie skrzecząca, ale wrzeszcząca „pospolitość”. Koncept ten również można rozszerzyć – mianownik ten jest tym niższy, a dyktat pospolitości tym mocniejszy, im rzadszy i bardziej elitarny jest kultury tej mianownik najwyższy. Co oznacza, że jednym z zasadniczych sposobów zapobiegania negatywnym skutkom kultury masowej jest poszerzana trwale reprodukcja elit i zmniejszanie dystansów społecznych. Zapewne, jak pisze Czesław Miłosz, w dającej się przewidzieć przyszłości jesteśmy kulturalnie skazani na „życie na wyspach”. Wyspy te to „nasze” księgarnie, ekskluzywne seminaria, wystawy światowe i sympozja międzynarodowe. Nie jest jednak obojętny obszar tych wysp, a zwłaszcza to, czy znajdą się one pośród wód przyjaznych czy wrogich.
W kulturze naszej istnieje mocny, choć przesłonięty coraz bardziej masową konsumpcją, podział społeczny. Podział ten pogłębia się na naszych oczach i w naszej przytomności, choć nie jest dostrzegany. Pogłębia się z tak zwanych przyczyn obiektywnych, jak i subiektywnych. Te pierwsze oznaczają niepowstrzymaną właściwie ekspansję technologicznych zdobyczy komunikacyjnych, które ogarniają olbrzymie audytoria – jak dzisiejsza reklama, która atakuje każdego, bez jego wiedzy i przyzwolenia. Te drugie oznaczają, że audytoria te, pozbawione należytej inicjacji i edukacji, tę reklamową i rozrywkową formę kultury biorą za jej postać właściwą i niczego więcej poza nią nie umieją już sobie wyobrazić. Brak wykształcenia i kalectwo wyobraźni zostają przekształcone w dyktat, a matadorzy mediów dyktatowi temu są radośnie posłuszni. Jedynym ich zmartwieniem u nas jest „polityczny parytet” w kierownictwie telewizji, pytanie, jakie są kulturalne powinności publicznych środków przekazu, nie zajmuje ich wcale. Jest to sytuacja groźna pod wieloma względami i lepiej unikać łatwego patosu, względy te wskazując: przyszłość kultury narodowej, jej tożsamość, a więc i nasza własna tożsamość, miejsce w niej wartości kanonicznych, anemia ideałów wychowawczych i regres edukacji powszechnej. Istnieje również pewien wzgląd społeczny, który rzadko jest dostrzegany i dlatego mocniej go podkreślam. Sytuacja taka oznacza również masową reprodukcję tego typu „kulturowego”, który Max Scheler nazwał „człowiekiem resentymentów”. Człowiek urazu nie pragnie tego, co go przekracza, ani nawet tego nie odrzuca – on to niszczy. Właśnie odezwał się przy okazji jednej ze wstrząsających rozpraw sądowych ostatniego czasu. „Jak ja nienawidzę studentów” – wyznał jeden z młodocianych zabójców. „Życie na wyspach” może nie być tak bezpieczne, jak byśmy tego pragnęli.

POWRÓT DO ŹRÓDEŁ
Nie zwiększy tego bezpieczeństwa bezrefleksyjna wiara w zbawcze skutki technologicznych innowacji. Przeciwnie – ona je pomniejsza, bo umysłowo wobec nich rozbraja. Ponieważ „kultura masowa” jest terminem obciążonym wskazanymi powyżej znaczeniami negatywnymi, mówi się teraz, że to po prostu „kultura popularna”. Ale nie nastąpiło dotąd nigdzie „odmasowienie środków przekazu”, „wzrost interaktywności” i nie powstała też „globalna wioska”. Z czego wynika, że bezpieczeństwa tego nie zwiększa również siermiężny tradycjonalizm, który innowacje odrzuca i zamyka się w iluzji pierwotnego odosobnienia. Azylu takiego jednak od czasów importu pisma właściwie już nie było, a tym bardziej go nie będzie w świecie globalnych i osobistych multimediów. Krótko mówiąc, pozytywnych skutków w kulturze i życiu nie osiąga się przez bezwład ani przez automaty. Bezwład trzeba przezwyciężać, automatami umieć się posługiwać. Jednego i drugiego w cywilizacji nazywanej nowoczesną po prostu się uczy, uczy się zaś kształtując odpowiednie postawy społeczne. Kształtowaniu tych postaw służą rozwinięte, wieloczłonowe i wielostopniowe systemy edukacyjne. W epoce dominacji kultury masowej znaczenie już nie tylko podstawowe, ale wręcz życiowe ma relacja pomiędzy tymi systemami a światem wszechmocnych multimediów. Respektując całe zróżnicowanie funkcjonalne, winny się one do siebie zbliżać, a zbliżać się mogą wtedy, kiedy będą przeniknięte jeśli nie podobnymi, to uzupełniającymi się ideałami wychowawczymi. Z czego wynika, że klasyczna problematyka inteligencji polskiej jest nadal aktualna i winna zostać na nowo podniesiona. W czym nie ma niczego dziwnego, bo została ona, na przełomie wieków, sformułowana także wobec pierwszej u nas inwazji kultury masowej. Co więcej, proces tworzenia nowoczesnego narodu – zróżnicowanego, ale nie podzielonego – nie został bynajmniej w Polsce ukończony. „Powrót do źródeł” narzuca się więc sam przez się. Nie wejdzie się już do tej samej rzeki, ale trzeba stanąć w jej nurcie.

Andrzej Mencwel – historyk i krytyk literacki, profesor historii i antropologii kultury na Uniwersytecie Warszawskim. Opublikował m.in.: „Sprawa sensu” (1971), „Stanisław Brzozowski. Kształtowanie myśli krytycznej” (1976), „Widziane z dołu” (1980), „Spoiwa” (1985), „Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego” (1990), „Przedwiośnie czy potop. Studium postaw polskich w XX wieku” (1997).

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji „TP”.










 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl