Skrzywdzeni i poniżeni



Polska „Gazeta Bezdomnych”

Kloszardzi są gdzie indziej


Anna Mateja


Od bezdomności może nas dzielić tylko kilka wyższych rachunków czy nie spłaconych kredytów.

Dyrektorka trzeciego Liceum Społecznego w Krakowie, Anna Okońska-Walkowicz pierwszą gazetę dla bezdomnych przeczytała w londyńskim metrze. Do niej i jej syna Filipa podszedł schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku i zaproponował kupno gazety za funta – „The Big Issue”, brytyjskiej „gazety ulicznej”, tygodnika dla bezdomnych. Po przeglądnięciu kilku stron doszli do wniosku, że to gazeta nie tylko o bezdomności. Jej łamy przeznaczone były dla wszystkich „underclass” albo wykluczonych, którzy z różnych przyczyn znaleźli się poza strukturami „normalnego” społeczeństwa: emigrantów, wielodzietnych rodzin gnieżdżących się na kilku metrach kwadratowych, młodych, którzy po skończeniu szkoły mogli tylko zasilić szeregi bezrobotnych. Wiersze bezdomnych sąsiadowały z programem telewizyjnym, repertuarem kin i teatrów, adresami tanich knajp.
Zaintrygowani poszli zobaczyć, jak wyglądają londyńscy bezdomni do jednego z domów opieki socjalnej, utrzymywanych ze środków publicznych. „To była pachnąca bezdomność. Czysto, schludnie, na łóżkach koce z wielbłądziej wełny poskładane w kostkę”– opisuje wrażenia dyrektorka liceum. Filipa zdziwiło, że bezdomni sami piszą reportaże, szukają reklam i ogłoszeń, sprzedają gazetę. Tym samym ludziom nie starczało do pierwszego, nie mogli nadążyć z opłatami za wynajmowane mieszkanie. Niektórzy zostali wyrzuceni przez rodzinę albo byli na leczeniu odwykowym. Do domów socjalnych przychodzili też i tacy, którzy mieli dość uregulowanego życia. Anna i jej syn z niedowierzaniem słuchali, że można zostawić dom, samochód, wymagania szefa i zacząć żyć z kloszardami. Robić gazetę dla bezdomnych, żyć w zwolnionym tempie.

jak uzyskać dowód osobisty
Do kraju Anna i Filip wrócili z myślą o założeniu podobnej gazety. W małej, bo liczącej 180 osób szkole, zbieraniem materiałów zajęła się garstka zainteresowanych uczniów. Od kilku lat szkoła przygotowywała paczki na Święta Bożego Narodzenia, organizowała wigilie dla bezdomnych z krakowskiej wspólnoty „Chleb i Światło”. Uczniowie, pochodzący z raczej zamożnych rodzin, uczyli się pomagać: namawiali rodziców na składanie datków, pomagali w kuchni, kupowali prezenty dla bezdomnych.
W grudniu przy współpracy zawodowych dziennikarzy przygotowano pierwszy numer „Gazety Bezdomnych” w nakładzie 4 tysięcy egzemplarzy. Bezdomni zajęli się jedynie kolportażem bezpłatnego periodyku do miejsc, gdzie zbiera się ich najwięcej i do przejść podziemnych na dworcu. Na razie gazeta ukazuje się nieregularnie, jest rozprowadzana w Krakowie i Warszawie. Drugi numer, przewidywany na wrzesień, będzie dostępny także w Poznaniu, Gdańsku i Wrocławiu. Pierwszą gazetą ogólnopolską dla bezdomnych stanie się wówczas, gdy dotrze przynajmniej do wszystkich dużych miast. Nieliczne periodyki lokalne są bardziej informatorami, które zamieszczają adresy schronisk, punktów medycznych czy jadłodajni.
Na wykorzystanie zachodnich wzorców nie można było sobie pozwolić. Zamiast reportaży o problemach z alkoholem i narkotykami lidera zespołu rockowego, nowym programie przeciwdziałania bezrobociu wśród młodych czy znalezieniu bezdomnego psa, jakie znalazły się w jednym ze styczniowych numerów angielskiego tygodnika, pojawiły się artykuły informacyjne o tym, jak można uzyskać dowód osobisty, nie odmrozić sobie nóg w zimie i jak żyją bezdomni w kanale ciepłowniczym. Reportaże musiały się kończyć optymistycznie, aby czytelnik nabrał przekonania, że on też kiedyś wprowadzi się do własnego mieszkania, może napisze do niego żona albo dzieci pozwolą mu ze sobą zamieszkać.
Na kilkunastu stronach znalazło się też miejsce na poezje bezdomnych, kilka drobnych ogłoszeń. W „The Big Issue” ogłoszeń i reklam jest ponad dwadzieścia stron. Obok reklam banku znajdują się ogłoszenia o naborze wolontariuszy do opieki nad osobami starszymi albo do pracy w czasie imprez masowych. Są anonse pomocy dla emigrantów, którzy nie mają po co wracać do ojczyzny i chcą zostać na Wyspach oraz zaproszenia do szkół językowych i letnich uniwersytetów.
Krakowskim uczniom trudno było uwierzyć, że bezdomnym jest zostać tak łatwo. Nawet nie trzeba stracić pracy, wystarczy mniej zarabiać i nie zapłacić pierwszych rachunków po podwyżkach. Zaczynają się pożyczki na przeżycie, których nie ma z czego spłacać, a jeśli rodzina i sąsiedzi nie mogą pomóc, zaczyna się chodzenie do opieki społecznej. Prawie zawsze brakuje rodziny. Najbliżsi wystawiają węzełki z osobistymi rzeczami przed drzwi wejściowe, jeśli nie chcą dłużej znosić awantur alkoholików, nie mają ochoty zajmować się psychicznie chorym albo wstydzą się kogoś, kto odsiadywał karę, a teraz ma z nimi mieszkać. 

żyć jak szczur
Robert, który został bezdomnym, gdy brat wyrzucił go z domu, czytając gazetę rozpłakał się przy tekście, jaki napisał o swoich losach jego bezdomny znajomy, ale całej gazety nie przeczytał. Chciałby otworzyć pismo i znaleźć tam ogłoszenia „dam pracę”. To dla niego punkt wyjścia, potem wszystko powinno pójść według planu. Znajdzie mieszkanie, wyprowadzi się ze wspólnoty. Nie będzie codziennego mycia podłóg, przebywania z umysłowo chorymi, których kilku też tam mieszka. A gdy przypadkiem spotka znajomych, nie będzie musiał udawać, że wszystko jest w porządku, ukrywać prawdy. Może pójdzie jeszcze do szkoły, przecież ma dopiero dwadzieścia jeden lat. Znajdzie dziewczynę... Zaczną go ludzie szanować, nikt nie będzie mu przypominał, że nie wychowywał się przy rodzicach tylko w „bidulu”, a potem został bezdomnym.
Może wyjedzie za granicę. Zaoszczędzi trochę grosza na paszport, poprzedni sprzedał, gdy skończyły mu się pieniądze. Ale najpierw znajdzie pracę, inaczej nici z planów. Nie chce już pracować u gospodarzy przez całe lato. Patrzeć, jak zamykają przed nimi półki i pokoje, bo może okraść. Słuchać jak mówią o bezdomnych, że to złodzieje, lenie i nieudacznicy, „no bo, który porządny człowiek nie ma domu?” Potem jeszcze mogą nie zapłacić tyle, ile obiecali, bo stwierdzą, że nie pracowało się wystarczająco dobrze. Wówczas próbuje sobie przypomnieć rodziców, którzy zmarli tak wcześnie, że nie zdążyli mu powiedzieć, jak się mieszka w domu. I myśli jeszcze, że jego rodzice i brat, który kazał mu się wynosić z domu, gdy nie potrafił znaleźć pracy, nie mieli więcej niż ten gospodarz, u którego pomaga przy żniwach czy sadzi kalafiory. Normalna rodzina, a jednak on jest teraz bezdomnym i w maju minął rok, od kiedy zamieszkał u brata Joachima w przytulisku. No więc, gdyby temu gospodarzowi coś się nie powiodło, to może by się jeszcze spotkali, np. na wigilii dla bezdomnych. 
Od kiedy zaczęły upadać PGR-y i państwowe zakłady przemysłowe, w Polsce przybyło bezdomnych i bezrobotnych. Zwiększyły się szeregi tych, którzy siłą honoru starają się żyć normalnie, dzieląc pieniądze na drobne sumy, żeby starczyło do pierwszego, i takich, którzy się poddali, bo nie mieli rodziny albo siły woli. Bezdomni czasami podróżują. Po wyrzuceniu z hotelu robotniczego, wynajmowanych mieszkań albo wyjściu z więzienia, jadą tam, gdzie łatwiej się utrzymać, szybciej można znaleźć pracę. Przede wszystkim do większych miast, tu nie rzucają się w oczy, nikt nie wytyka ich palcami.
Swoje historie powtarzają po kilka razy. Nie zdają sobie sprawy, że czasami coś dodają albo zmieniają. Potrafią powiedzieć do pierwszy raz widzianej osoby: „Nie obiecuj, i tak znowu nic dla mnie nie zrobisz”. Wielu stara się trzymać poziom: czytają książki, dbają o siebie. Nie chcą żyć jak szczury, które interesują się jedynie darmowym posiłkiem. Muszą wyglądać tak, żeby nikt nie mógł poznać po nich przytuliska. Nie są zadowoleni z życia tam, ale gdy ktoś „zapije” albo z innego powodu zostanie wyrzucony, odlicza dni do powrotu. Irytuje ich mycie podłogi po kilka razy na dzień, „bo musi być czysto” i dyżury w kuchni. Nie potrafią wytrzymać z psychicznie chorymi, narzekają na długie modlitwy i z trudem znoszą opowiadania współtowarzyszy, uważających się za outsiderów, którzy prowadzą takie życie dlatego, że tego chcieli.
Outsiderzy mówią, że tutaj się realizują. Piszą wiersze, listy do żon, załatwiają sprawy gdzieś istniejących firm i każdego miesiąca mówią, że muszą wyjeżdżać do siebie. Ale miesiąc mija i oni zostają. Potrafią tak zwlekać i kilkanaście miesięcy, i rok. Widocznie nie czeka na nich aż tak dużo, żeby opuszczać przytulisko. A może po prostu nie czeka na nich nikt. W polskich przytuliskach kloszardzi, którzy świadomie wybrali taki tryb życia, zdarzają się rzadko. Czasami tylko trafiają tu zagraniczni kloszardzi-podróżnicy, jeżdżący po Europie, którzy usiłują łamaną polszczyzną opowiedzieć byłym pracownikom PGR-u, jak dobrze jest być człowiekiem bez zobowiązań.










 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl