Skrzywdzeni i poniżeni


Pokolenie wilków stepowych 


Karol Maliszewski


Jeśli już musisz mówić,/ to korzystaj ze swoich komórek
mózgowych, a nie z mojego centertela / jasne?

Grzegorz Olszański

„Czuję się niezdolny do starań o urząd” oświadcza Jacek Podsiadło, wkładając te słowa w usta bliskiego samobójstwa Heinricha von Kleista. Czy młody poeta polski w nowej sytuacji społeczno-politycznej czuje się zdolny do jakichkolwiek starań, jaka jest jego postawa pośród pułapek ogólnej merkantylizacji życia?


Rzecz jasna, nie ma żadnego „jego” i na nic nasze generalizujące zabiegi, a wariantów odpowiedzi może być kilkanaście. Nie ulega jednak wątpliwości, że odwieczną tendencją poetycką (pomijając fanatycznych panegirystów) jest niezgoda, opór, drwina i wkładanie różnie rozumianego kijka w szprychy wirującej machiny społecznego samozadowolenia. Poeta zazwyczaj filozofuje tam, gdzie (w mniemaniu postronnych a niedouczonych) trzeba działać, nie dziwota więc, że jego status stawał się często społecznie kłopotliwy i niejasny, co znalazło powszechnie znaną rekapitulację określaną mianem „gestu Platona”, którą dla tego pokolenia przetłumaczył i oddał w szeregu zwięzłych, ekspresyjnych formuł Marcin Świetlicki, autor tej najbardziej z nich znanej – „Niczego o mnie nie ma w konstytucji”. Świetlicki oddał najcelniej samopoczucie „odmieńców”, ich „desinteressement” dla spraw społecznego świata, sprzężenie wzajemnego „nie-chcenia”, sugerując jednakże, że najpierw jest „nie chcę” poety, a potem „nie chcę cię” państwa, systemu, wspólnoty. Tak postrzegam
„NIE” abnegata, „niezainteresowanego”, wydziedziczonego... z udziałów w spółce, z dolarowego konta, z intratnej posady etc. Kloszarda świadomego swego kloszardyzmu, lirycznego kaskadera epoki drapieżnego kapitalizmu. Ciekawa byłaby próba prześledzenia, jak w książkach młodych poetów jawi się ta stara jak świat sytuacja, historia wyalienowanego, wrażliwego osobnika, wydziedziczającego się z własnej woli i na własną prośbę z tego, co powszechne, normalne, zabiegane, a obecnie, w naszych warunkach – kapitalistycznie zakręcone. NIEzdolnego, NIEchętnego, NIEgrzecznego (nieprzyjemnego?), NIEaktywnego i NIEzainteresowanego bohatera młodej poezji, afirmującego swoje w różnych odcieniach NIE, odczuwam jako odtrutkę czy remedium, bez którego nie może być mowy o społecznym zdrowiu. Oddziaływanie tego lekarstwa jest właściwie śladowe, biorąc pod uwagę społeczne zainteresowanie (niezainteresowanie) nową poezją, ale dobrze, że w ogóle jest i – delikatnie aplikowane – przestawia w społecznej świadomości pewne sprawy z głowy na nogi.

„NIE” apostoła i kontestatora
Pobrzmiewa wszędzie tam, gdzie padają zdania – jak u Podsiadły – „Człowiek uruchamiał machiny władzy, zysku, lubieżnej Miłości, wojny”. Wypowiedzi melancholijnego proroka, który przeklina cywilizację opartą na wyzysku, nienawiści, przemocy. W świetle takich uogólnień i ta nam najbliższa współczesność jest ciągiem dalszym generalnego nieporozumienia, zdegenerowanej tradycji. Jacek Podsiadło głosi tezę, że świat nie jest dobrze zorganizowany, co więcej – prawdopodobnie nie da się go nigdy należycie, ewangelicznie (w odcieniu, powiedzmy, „ekozoficznym”) i zgodnie ze sprawiedliwością wyższego, uczuciowego, rzędu, zorganizować. Wiele jest wierszy Podsiadły wybitnie obywatelskich w przewrotnym sensie wypowiadania obywatelskiego posłuszeństwa i propagowania celowego, świadomego nieposłuszeństwa.
Wówczas kapłańskie „nie” staje się „nie” kontestatora (byłego hippisa, stachurszczyka). W książce „Dobra ziemia dla murarzy” zwracają uwagę demonstracyjnie wyeksponowane „Wiersze przeciw państwu”, którym przyświeca idea wzięta ze Swifta, przypomniana w formie motta: „Zawsze nienawidziłem wszystkich narodów, profesji i społeczeństw, a cała moja miłość skierowana jest ku pewnym jednostkom”. Już w pierwszym wierszu zbioru napomyka się, że polityka i rozmowy o niej są czymś koszmarnym, a potem konsekwentnie udowadnia koszmar ludzkiego uwikłania, opatrując osiągnięcia społeczno-polityczne następującymi epitetami: „Demon demokracji, maszkara racji stanu, twarda wola większości, zbiorowe widzimisię [...] posłać posłów na grzyby, rozebrać prezydenta”, zaś w poincie: „A kamień celnie wypuścić w pierwszego demokratę, co szukałby podobnego do siebie, by mówić: my”.
„Ekoanarchizm” Podsiadły, umiłowanie najmniejszej istoty żywej przy jednoczesnej piekielnej nienawiści do państwa i jego zniewalających urządzeń potwierdza określona postawa życiowa. Bowiem autor tak pisze, „jako żywie” w skromnej chatynce w zapomnianej przez Boga i instytucje wioszczynie gdzieś pod Opolem (Dobrzeń Wielki – to brzmi już jak Czarnolas). W „Trzecim wierszu przeciw państwu” zarzuty układają się w mozaikę lirycznej kontestacji: sugestia zatrucia i zniewolenia nabiera cech totalnych w wieczornej wizji powracających z kościoła ludzi. Wszystko, co zbiorowe, jest podejrzane, tak więc Chrystus jest „OK.”, ale umasowienie Jego poglądów i ślepa, mechaniczna, bezrefleksyjna wiara już „OK.” nie jest, gdyż stoi za tym – jak uważa Podsiadło – tak samo źle urządzona, będąca również jakimś wyrazem państwa, instytucja Kościoła. Powietrze, którym oddychają powracający z kościoła ludzie, jest zatrute, podobnie jak ich ulegające zbiorowemu amokowi dusze, język towarzyszący tej sytuacji również jest zatruty, a kolejna rozmowa o pieniądzach doprowadza bohatera prawie do szału.

Choć chciałbym przełożyć swe życie
na język finansów, nie umiem. 
(...)
Powtarzam sobie: „Szpitale, urzędy,
przepisy i banki
są przyjaznymi stworami,
i wolno ci je wykorzystywać”


Młody polski poeta powtarza to sobie codziennie, wychodząc z domu. Wielu decyzję wyjścia odkłada najdłużej jak się da (gdyż za progiem czai się karkołomna ilość koniecznych wyborów), a kiedy już wyjdą, nie wiedzą, jak rozszyfrowywać instrukcje obsługi tej nowej rzeczywistości. Dlatego w wielu tekstach nowej poezji pojawia się

„NIE” abulika.
Wojciech Wilczyk w swym debiucie książkowym niezwykle trafnie i wręcz z fotograficzną dokładnością opisuje owe półsenne zaprzeczanie istotności świata, będące udziałem dotkniętych specyficzną odmianą abulii. Trudno byłoby w tym miejscu mówić o „pokoleniu wilków stepowych” (zgodnie z intencją tytułu książki Wilczyka – „Steppenwolf”), ale mimowolna hipoteza krakowskiego poety sprawdza się w wielu przypadkach, aura tej bezwoli wyższego rzędu staje się zauważalna. W tekście „1 maja” bohater doznaje przeraźliwie dojmującego poczucia obcości, obserwując pierwszomajowe flagi zlane deszczem, które wiszą jak szmaty. Popatrzywszy chwilę, wysłuchawszy melodii świata, skonstatowawszy, że czas posuwa się nadal i w związku z czym jest rok 1990, wycofuje się, zamyka drzwi od balkonu, zaciska powieki jak skorupę.

(...) Wracam
do łóżka i nastawiam „Combat Rock”,
bardzo
głośno, ale nawet nie słucham, nie czekam
na Ginsberga w „Ghetto defendant”.
Trochę śpię
trochę czytam, więcej śpię. Zamykam oczy
i otwieram – to pierwsze jest
najprzyjemniejsze.


Poeta celebruje rytuał wycofywania, zagrzebywania, wymykania się. Z jednej strony flagi symbolizujące zbiorowe święto, rozpasanie społecznych instynktów, z drugiej Harry Haller przemykający nocami po uśpionym mieście. Jak wiadomo, głównym zajęciem wilków stepowych jest stanie z boku. Z pozostawionych przez bohatera powieści Hessego oraz bohatera wierszy Wilczyka zapisków, z wykreowanych gestów i zachowań wyłania się świat tylko dla wybranych, świat oschły i bez wyrazu, pozostający poza wrażliwością bohatera. Mówiąc językiem Stachury, mamy do czynienia z tak zwaną „niemocą zabliźnienia się”. Bohater zdolny jest do powierzchownego zachwytu, ma wyjątkowy talent do ustawiania momentów, epizodów, fragmentów w ciekawej perspektywie malarskiej i fotograficznej, ale ten producent intrygujących obrazków nie jest w stanie włożyć w to wszystko całej duszy. Okazuje się, że dystansu można nabawić się jak choroby, że to bywa groźne.
Jolanta Stefko może by i chciała wyjść z tego stanu, miotając się konwulsyjnie i śląc niezdarne prośby o pomoc w istnieniu (co już przed laty Włodek Szymanowicz wyraził słynną formułą „zaproście mnie do stołu”), ale czuje się, że w istocie musi pozostać w celi, w sprokurowanym przez siebie zamknięciu. Oddalenie tu ujawnione nosi znamiona genetycznej skazy i wyjątkowo mocno (najmocniej w całej młodej poezji) nie daje szans na zbudowanie perspektywy pojednania i afirmacji. Bohaterka poezji Stefko kultywuje ów hiatus, wisi nad przepaścią, celebrując oficjalną decyzję rezygnacji z łaski istnienia. Histeryczna problematyzacja tej łaski („przecież nikt mnie nie zapytał czy ja – chcę żyć”) w niektórych tekstach nabiera cech heroicznych: abulia wypuszcza wreszcie z siebie, jakby na zwiady, wiązkę stanowczej woli. Nie oszukujmy się: jest to wola śmierci. Stefko powiada: ten świat w ogóle mnie nie dotyczy. Jej negacja jest głęboka, jakby organiczna, jak najbardziej metafizyczna.
Natomiast większość młodych poetów kręci nosem na niektóre objawy istnienia, nie podważając w zasadzie jego generalnego sensu. Mówią: tu da się żyć, ale musimy mieć wolność rytualnego narzekania i złorzeczenia, żalenia się i wzdychania. Formą demonstrowania inności są w kapitalizującym się świecie subtelniejsze postacie negacji. Nie tyle buntownik, teatralnie usposobiony neurotyk czy kapłan, co flegmatyczny i poniekąd jadowity esteta staje się wyrazicielem wszystkich zawiedzionych obrotem spraw. Czyżby wobec tego można byłoby mówić o 
„NIE” estety i filozofa
(zapalczywego bądź zrównoważonego pięknoducha)? Chyba tak. Żmudne opisywanie cudnie zieleniącej się w kwietniu brzozy staje się demonstracją, policzkiem wymierzonym w spoconą od wysiłku twarz dorobkiewicza. W tym kontekście poeta jest outsiderem, mającym czas (oraz cierpliwie ćwiczoną gotowość) na demonstracyjne zachwycanie się pięknem w każdej postaci i nie interesuje go załamanie na giełdzie. Zabiegane społeczeństwo wysyła osobnika zwanego poetą, by doznawał w jego imieniu permanentnej epifanii. Przedstawiciel nowej burżuazji gotów jest nawet łożyć na utrzymanie takich osobników w ramach społecznego podziału pracy...
Przepraszam za te żarty spowodowane obserwacją szybko pogłębiającego się rozziewu między rozwojem poezji a potoczną duchowością. Można rzec, że poeta wiecznie płacze nie zauważony nad śmiercią kreta równie nie zauważoną. Na pierwszym planie ogromny wielokolorowy tir, którym pędzimy do Europy. Gdzieś tam w tle poeta i jego ciche prośby o chwile refleksji. Takie jak te, które czytam w książce Roberta Mielhorskiego „Wybór”: „Co poczniesz ze sobą jeżu / znaleziony na obrzeżu miasta? / Czy spotka cię niechybny los lisa, / którego na szosie mijało nasze auto? Sunęliśmy w głąb ciemności. / Światło łapczywie wdzierało się w jej głąb. / Teraz siedzimy w tym wielkim mieście jak w wielkim mrowisku. / Ugrzęźliśmy na dobre. / Tylu nas, mijających się, ocierających ramieniem / na ulicznym świetle. / Twarze jakieś zbyt podobne”. Podobne skargi możemy znaleźć w wielu książkach. Klasyczne, pozorne „tak” jest w nich w istocie zawoalowanym „nie” – misterną rozgrywką z interesownym światem. Okazuje się, że poeta nie musi być zdeklarowanym kontestatorem, bowiem kontestuje zastaną rzeczywistość każdą linijką wiersza, w którym (tak jak to robi na przykład Dariusz Sośnicki w maszynopisie nowego zbioru pt. „Ikarus”) – „nawet nie bierny opór, najwyżej zaniechanie” i statyczne, przebiegłe, arcydzielne opisy tego – a jakby nie tego – świata, kreowanie rzeczywistości, w której nie ma telewizora, jazgotu mediów, nachalności reklam, przemówień i pyskówek polityków, piany gazet – a tylko ptaki na poznańskim nieboskłonie. Istnienie przeistacza się w niespieszną narrację o drobiazgach bytu.
Duch zen, nie tylko za sprawą Podsiadły, przeniknął naszą poezję. Filozofowanie robi karierę w swym wymiarze mikro, stając się świadczeniem na rzecz niespodzianek materii, relacją z przygód na najniższym, somatycznym, pozaaksjologicznym poziomie najprostszych doznań, obserwacji, skojarzeń. Fakty i rzeczy, suchy język tych podstaw. Smutne i melancholijne głosy poetów szlachetnieją, stają się szczęśliwsze mimo braku, a właściwie poprzez brak, tradycyjnie zorientowanej, zinstytucjonalizowanej transcendencji. „Nie” strupieszałej metafizyce wypowiada się w wierszach nie spotykanych w naszej tradycji na taką skalę, w wierszach wolnych... od podmiotu, stylizowanych na faktograficzne, reistyczne relacje tworzone poza uroszczeniami tradycyjnego lirycznego egotyzmu.
Taka postawa realizuje swoiste „nie” filozofa, czego przykładów mielibyśmy sporo, ale poprzestańmy na tomie Mariusza Grzebalskiego „Ulica Gnostycka”. To, co nazywam filozofią, realizuje się na płaszczyźnie odniesień prywatnych, konkretnych i rzeczowych. Przykładem może być choćby buddyjski fragment, w którym bohater zauważa, że „nie ma rzeczy niezbędnych dla życia”, a z miłością bywa blisko od kiedy wyrzekł się miłości. Grzebalskiego stać na przewrotną afirmację przejawów istnienia i objawów (zgodnego z rytmem bycia) zgorzknienia. Potrafi wznosić się ponad łatwiznę przyrodzonej nam skłonności do resentymentów, kreować nowe wartości, łączące doświadczenia gorzkiego filozofa z otwartością „szarego mieszkańca bytu”.
Z kolei wielu innych poetów wchodzi w konflikt ze społeczeństwem, ze zbiorowością mniemań i przekonań, drwiąc z przyzwyczajeń, besztając banał pod każdą postacią. Tak rodzi się
„NIE” zdeklarowanego kpiarza
(bezceremonialnie dopiekającego ironisty) i tu znów można by odtworzyć całą listę tego typu twórców. Ograniczymy się tylko do jednego, realizującego te postulaty w sposób totalny, czyli Darka Foksa. Nikt nie może z całą pewnością napisać, że wie, o co chodzi w jego utworach. „Wydarzenia” w tych wierszach (małych narracjach?) rozgrywają się z piorunująca szybkością, zderzając się i nakładając; „prawdziwy o’haryzm” zagęszcza się aż do absurdu i wpada we własny cudzysłów. Jest to po prostu groteska do wielokrotnej potęgi, a celem satyrycznej chłosty jest wiele faktów z obszaru współczesnej kultury. W pewnym sensie Foks jest Gałczyńskim naszej współczesności, a z łaźni, jaką urządza mitotwórczym skostnieniom, nie ratuje się praktycznie nic. Szczególnie mocno dostaje się uproszczeniom i ułatwieniom, syntetycznym ersatzom, „szybkim daniom” naszej teraźniejszości.
Na pewno nie udało mi się całościowo opisać kalejdoskopowo zmieniających się odsłon najnowszej poezji. Na pewno nie dotarłem do wszystkich „nie”, nie przedstawiłem wszystkich możliwych aliansów, sytuacji pogranicznych i osobnych. Teraz ten jednostronny obraz można by metodycznie rozwijać i uzupełniać, kładąc szczególny akcent na opis tych, którzy mówią „tym procesom” TAK, bezproblemowo wchodząc w układ wymuszany dynamiką społecznych zmian.

Karol Maliszewski – ur. 1960, poeta i krytyk literacki, ostatnio opublikował tom wierszy „Rocznik sześćdziesiąty grzebie w papierach”.
Tytuł szkicu pochodzi od redakcji „TP”.










 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl