Skrzywdzeni i poniżeni


Teatr po upadku Muru


Viola Hasselberg z Berlina


Ponieważ Berlin był miastem podzielonym, każda z jego części posiadała własne instytucje kulturalne, które obecnie dublują się. Są dwie Volksbühne (Freie Volksbühne i Volksbühne przy Rosa-Luxemburg-Platz), trzy Opery, taka sama liczba teatrów muzycznych i operetek, dwie wielkie sceny miejskie (Deutsches i Schiller Theater) itd. Miasto subwencjonowało do niedawna około 150 teatrów. Już dzisiaj wiadomo, że w nadchodzącym sezonie liczba zostanie gwałtownie zmiejszona. Największe z prywatnych teatrów dostaną więcej pieniędzy, ale reszta, czyli około 400 mniejszych teatrów i grup offowych nie dostanie ich prawie w ogóle. Rząd podkreśla, że nie posiada środków, aby utrzymać dotychczas istniejące instytucje w niezmienionym kształcie.
Dlaczego jednym teatrom się udaje, a innym nie? Volksbühne przy Rosa-Luxemburg-Platz od wielkiego przełomu, jakim był rok 1992, w którym to stanowisko jej dyrektora objął Frank Castorf, radzi sobie bardzo dobrze w zjednoczonym Berlinie. Nie szkodzi jej żadna konkurencja. Teatr otrzymuje od miasta dotację, ale najważniejsze są własne pomysły na przyciągnięcie do teatru jak najszerszej widowni.
Volksbühne to nie tylko teatr. Aby zrealizować swój program, Castorf prowadzi w Volksbühne kino „Babilon”, kawiarnie-salony, a także trzy sceny. W tych miejscach występują nie tylko gościnnie teatry z innych niemieckich miast, ale także zespoły amatorskie i teatr bezdomnych (Ratten 07). Odbywają się pokazy talentów (Talente Momente, każdy może zaprezentować to, co potrafi; pieczenie ciasta, taniec, śpiew czy sztuczki akrobatyczne). Volksbühne zaopiekowało się także jednym z najciekawszych berlińskich teatrów offowych – Theater Affekt. Dla wszystkich, którzy lubią tańczyć, salony organizują noce poświęcone tangu czy muzyce latynoamerykańskiej, a także użyczają swojej sceny jazzmanom i twórcom piosenki kabaretowej. Matthias Lilienthal – dramaturg Volksbühne – podkreśla, że teatr będzie stale szukał nowych dróg dotarcia do coraz szerszej publiczności. „Teatry są ważne, jeśli angażują się w jakieś społeczne problemy. (...) Volksbühne jest forum, na którym dyskutuje się o identyfikacji wschodnioniemieckiej społeczności, pewnego rodzaju Robin Hoodem kultury dla wszystkich skrzywdzonych podczas procesu zjednoczeniowego NRD i RFN, czy to będą bezdomni, czy członkowie PDS, czy w końcu bezrobotni. Ostatnim tabu, ostatnią świętą krową w naszym społeczeństwie jest demokracja. Pozwoliliśmy sobie już nie raz na dyskusję o formach demokracji. Kresnik należący do pokolenia ’68 wybrał w Hotel Lux do refleksji znanych socjalistów. Castorf pracuje nad fragmentarycznym pojęciem polityczności, kiedy w ostatnim spektaklu »Brudnych rąk« Sartre’a pokazuje przemoc na scenie, która była potrzebna dawnym ideologiom, dziś już nie istniejącym. I Schlingensief obchodzi się również bardzo świadomie z tabu partyjnej demokracji. Uprawia przebiegłą grę z fikcją i realnością. Jeśli rzeczywiście pozwoli się wybrać jako kandydat dzielnicy Prenzlauer Berg i jednocześnie inicjatywa »Szansa 2000« pozwoli umieścić 200 kandydatów na kartce wyborczej, to każdemu pozostanie tylko wybrać samego siebie”. Volksbühne zawsze chciała stać w centrum uwagi, dziś gdy wybory są już niedaleką przyszłością, scena ta angażuje się w walkę polityczną. To nie przypadek, Niemcy lubią widzieć, że teatr zajmuje się ich problemami i sytuacją społeczną kraju.

Renata Derejczyk












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl