|
Skrzywdzeni
i poniżeni
Danie miesiąca polecają
Marcin Baran
Jak powszechnie wiadomo, życie człowieka jest serią powtarzanych bez końca, choć do czasu, kilkudziesięciu podstawowych elementów. Aby uciec od monotonii, ludzie wymyślili sztukę, która nawet jeśli powtarza niektóre chwyty i tematy – winna być czymś nowym i zaskakującym. Nasz urokliwie awangardowy wiek XX doprowadził ideę awangardy gdzieś hen, poza granice przeciętnej wytrzymałości. Ale dla równowagi wymyślono sequele, czyli dalsze ciągi szczególnie udanych hitów kinowych. Film
„Blues Brothers 2000” jest właśnie taką powtórką, ale zarazem nią nie jest.
Po pierwsze stanowi ciąg dalszy dzieła nie tylko niezwykle popularnego (jak to zwykle bywa), ale i dobrej jakości (jak było chyba tylko w przypadku
„Ojca chrzestnego”). Po drugie przynosi pokaźny ładunek porywających i ślicznie zainscenizowanych oraz nakręconych rhytm’n’bluesowych kawałków, wśród nich zaś jeden szczególnie wart zauważenia, bo nagrany przez samych Wielkich (m.in. BB. King, Bo Didley, Koko Taylor, Eric Clapton), zgromadzonych w jednym miejscu i czasie. Zupełnie jakby Szymborska, Miłosz, Herbert i Różewicz napisali coś razem. Po trzecie
„BB 2000” pełen jest wspaniale zabawnych momentów – od sposobu, w jaki można parkować wielkiego
„krążownika szos” na zatłoczonej ulicy, po sekwencję „nawrócenia na bluesa” czarnego komisarza policji przez białych muzyków-przestępców.
Recenzenci filmowi z gazet codziennych zgodnym chórem niszczyli ten film. Moim zdaniem jak najniesłuszniej. Jest bezpretensjonalny, widowiskowy i dowcipny. I nie gra w nim Leonardo di Caprio. I samochód, kiedy wjeżdża pod wodę, to nie tonie po wjechaniu w górę lodową, tylko przejeżdża w bród. Czyli same plusy. Film poświęcono pamięci m.in. nieżyjącego już Joe Belushiego, jednej drugiej tandemu
„Blues Brothers”. To chyba jeden z najpogodniejszych kamieni nagrobnych, jaki można sobie wyobrazić. Prawie godny pozazdroszczenia.
„Blues Brothers 2000”, reż. John Landis
Wojciech Jędrzejewski OP
Po obejrzeniu pierwszego odcinka programu
„Ojciec Leon zaprasza” pomyślałem sobie, że poczciwemu benedyktynowi
„odbiło”. Siedzi w kontemplacyjnym zakonie, a wałęsa się po telewizji. Następne odcinki oglądałem już tylko po to, żeby potwierdzić sceptycyzm. Nie było to trudne – program nie stanowił szczytu medialnych osiągnięć. Jednak po przeczytaniu książki
„Schody do nieba” pomyślałem, że stanowił on „szczęśliwą winę”. Dzięki niemu Ojciec Leon stał się człowiekiem znanym wielu ludziom, niekoniecznie związanym z Kościołem. Być może oni właśnie sięgną po jego książkę i dzięki niej wydarzy się w ich życiu coś niezwykle ważnego.
Rozmowa, której jest ona zapisem, to urocze w swojej prostocie wprowadzenie w chrześcijaństwo. Ojciec Leon bez patosu mówi o Bogu i ludzkich problemach, nie sprawiając wrażenia zawodowego znawcy spraw duchowych. W świeży sposób opowiada najbardziej tradycyjną naukę Kościoła. Oto prawdziwy
„mnich cenobita, który jest bardzo przyjaznym stworzeniem”. To właśnie mnisi byli najczęściej w Kościele ludźmi, którzy bali się nadęcia i braku dystansu do siebie. Dzięki tej cnocie nie zasłaniali Boga. Benedyktyn z Tyńca w wolności głosi Ewangelię. Bez efekciarstwa i chęci przypodobania się komukolwiek. Poprzez
„Schody do nieba” zaprasza do wejścia w świat Bożego działania i Jego zachwycającej mądrości. Z wielką przyjemnością i korzyścią towarzyszy się mu w wędrówce ku Bogu Żywemu.
„Schody do nieba. Z O. Leonem Knabitem rozmawiają Wojciech Bonowicz i Artur Sporniak”
Henryk Waniek
W jednym z periodyków literackich mignęła mi ostatnio notka o wznowieniu
„Księgi Piasku” J. L. Borgesa. Próbowałem ją odnaleźć. Przejrzałem co najmniej kilkanaście czasopism i nic. Przepadła jak kamień w wodę. Na szczęście mam
„Księgę Piasku”, w tłumaczeniu Zofii Chądzyńskiej, w wydaniu z 1980 roku. W razie potrzeby wiem, gdzie jej szukać i sięgam po nią. A tam znajduję się za każdym razem coś, czego poprzednio nie było, lub nie znajduję tego, co było. Zresztą to już nie jest ten sam ja, lecz nieco inny czytelnik. Tylko tytuł jest zawsze taki sam:
„Księga Piasku”. Księga Widmo.
Kto w roku 1980 miał na głowie sprawy ważniejsze niż czytanie Borgesa, może teraz naprawić błąd. Z nowości lubię najbardziej rzeczy stare. Czy to nie Goethe powiedział: to stara historia, ale zawsze nowa?
„Księga Piasku” jest właśnie o tym. A szczególnie opowiadanie tytułowe. Oczywiście, więcej w niej znajdą ci, którzy stale kontaktują się z choćby tylko jedną, lecz własną, półką z książkami, co nie znaczy, że ją odradzam tym, którzy czytają tylko książkę telefoniczną. Każdy trafi na własną wersję podróży poprzez strony, kartki, rozdziały i indeksy.
Na samym początku „Księgi Piasku” bohater Borgesa usiłuje spławić domokrążnego sprzedawcę Biblii. To, co jest dalej, przerasta wszystko, co kiedykolwiek i ktokolwiek napisał o książkach, księgach, księgarzach, i o nas, ich ofiarach. Tak bezwzględnie i zwięźle. Pisząc te słowa, czuję się trochę, jakbym był tamtym domokrążcą, roznoszącym agresywną bakterię czytelnictwa. I w ogóle mentalnego flirtowania z książkami. Usiłującym rozmyślnie zarażać groźną, trudno uleczalną chorobą, otwierać kusząco książkę na dowolnej stronie i powtarzać słowa tamtego:
„Niech pan dobrze się jej przypatrzy. Nie zobaczy jej pan nigdy więcej”.
Ale w gruncie rzeczy, podobnie jak on, nakłaniam tylko do tego, by spojrzeć. By skierować oczy na tę
„Księgę”, która nie wiadomo, czy nie jest aby garścią piasku, podstępnie ciśniętego? Lecz jeśli nawet, to z pewnością piasku bardzo pięknego. I dobrotliwie ostrzegającego przed nadmiarem, wiodącym ku bezbrzeżnej pustyni. Piaszczystej nicości. Postawiona na półce lub wprowadzona do serca, zawsze będzie czekać cierpliwie na nasz powrót ku jej stronom. A one, choć zawierają bardzo starą historię, to za każdym razem nową jak nigdy.
Przejrzałem raz jeszcze wszystkie periodyki szukam i szukam bezskutecznie tej notki. Czuję się jakbym brnął poprzez piaski. Ocieram z czoła pot. Pustynia.
„... nie zobaczy jej pan nigdy więcej”.
Jorge Louis Borges, „Księga Piasku”
|