|
Skrzywdzeni
i poniżeni
Ludzie bezdomni
Z
siostrą Małgorzatą Chmielewską
rozmawia Michał Okoński
Michał Okoński: –
Kiedy myślę: „bezdomny”, czuję smród, widzę stare łachy, reklamówkę z całym dobytkiem, rany okryte brudnym bandażem, wszy. Nie widzę twarzy człowieka...
S. MAŁGORZATA CHMIELEWSKA: – A jakimi oczami pan patrzy? Spotykając człowieka będącego na dnie nędzy, większość ludzi ma poczucie: jak to dobrze, że to nie ja, że to nie mnie spotkało. I że ja jestem lepszy. Następnie może pojawić się jakaś litość, czasami odruch dania paru groszy – jeśli ten człowiek o pieniądze poprosi i jeśli w dodatku dzieje się to na oczach innych. Tymczasem
„ludzie bezdomni” to nie jest tylko jakaś bezosobowa kategoria socjalna, a przynajmniej nie jednolita. Można powiedzieć, że człowiek bezdomny to ktoś bez dachu nad głową – taka sytuacja może spotkać każdego z nas. W naszych domach często pojawiają się ludzie niegdyś bardzo bogaci. Wciąż jedną nogą u nas jest Wacek, który kiedyś miał nawet parę firm budowlanych. Przepił wszystko, a resztę wyciągnęła z niego pani adwokat – zabił po pijanemu człowieka, ona go broniła, a teraz obraca jego pieniędzmi. Dopiero kiedy okazało się, że Wacek ma gruźlicę, wściekłam się na panią mecenas i zmusiłam ją do tego, żeby umieściła go w szpitalu. Niedawno jednak znowu widziałam go na dworcu.
– Ile ma lat?
– Pewnie koło pięćdziesiątki. Trudno powiedzieć – mamy ludzi, którzy wyglądają jak moi dziadkowie, a są ode mnie młodsi. Czasami, jak kogoś
„odskrobiemy”, okazuje się, że człowiek, do którego mówiliśmy
„dziadek”, ma trzydzieści parę lat.
– Co doprowadza do tego, że ludzie tracą dach nad głową?
– Mnóstwo przyczyn – konflikty rodzinne, alkohol, który często powoduje takie konflikty, a nawet utratę domu. Duża grupa bezdomnych wywodzi się z bardzo biednych rodzin, które nie potrafią ani wychować, ani zapewnić przyszłości młodemu człowiekowi – nie w sensie materialnym, ale w sensie przekazania umiejętności radzenia sobie w życiu. Wiele osób trafia do nas bezpośrednio z domów dziecka; są też tacy, którzy byli kiedyś adoptowani bądź trafili do rodzin zastępczych i musieli wrócić do domów dziecka – przypuszczam, że były to dzieci trudne i nowe rodziny wolały się ich pozbyć. Dalej: nędza i ubóstwo materialne sprawiają, że ludzie zwyczajnie nie mają mieszkań, nie stać ich ani na kupno, ani na wynajęcie, a hotele robotnicze zlikwidowano. Na mieszkania socjalne czeka się w Polsce latami, nie wszystkim się one należą, a przecież trzeba gdzieś żyć. Duża część bezdomnych to ludzie chorzy psychicznie...
– Można te kategorie wymieniać dalej: byli więźniowie, ludzie wymeldowywani donikąd itd.
– Pyta mnie pan o reakcję przeciętnego człowieka na widok osoby bezdomnej? Ja myślę, że przeciętny człowiek patrząc na cudze nieszczęście, jeśli nie dotyczy ono kogoś bliskiego, pewnie może zrobić niewiele. Problem jest głębszy: co my, chrześcijanie, możemy zrobić, żeby być rzeczywiście uczniami Chrystusa? Czy np. działalność charytatywna jest wystarczającym świadectwem o tym, że Chrystus głosił Dobrą Nowinę ubogim, że umarł i zmartwychwstał? Ja sądzę, że człowiek ubogi jest w sercu Kościoła.
– Jest czy powinien być?
– Powiem inaczej: człowiek ubogi jest w sercu Chrystusa. I jest najważniejszy w Kościele – tak mówi Chrystus.
– Ale co to oznacza?
– Że to człowiek ubogi ma nas uczyć, jak żyć z Chrystusem. Paradoks działalności charytatywnej polega na tym, że dzieli ona ludzi na tych, którzy się dobrze mają i mogą
„odpalić coś” tym drugim – którzy się źle mają. Traktując ich przy tym – no właśnie – jak bezosobową masę. W rzeczywistości, jeśli nie dojdzie między mną a człowiekiem ubogim do spotkania, do spotkania na płaszczyźnie ludzkiej, to nigdy nie zrozumiem, że jest on moim bratem. Ze wszystkim, co ma dobrego i złego, nie
„lepszy” ani „gorszy”. Po prostu brat, może słabszy, a może przeciwnie – bo jego heroizm w znoszeniu sytuacji, w jakiej się znalazł, jest dużo większy niż mój. Bo gdybym ja przeszła to, co on przeszedł, załamałabym się – a on żyje i walczy o siebie.
– Co „przeszła”?
– Np. więzienie. Odrzucenie przez rodzinę.
– Mógłby ktoś powiedzieć, że sam jest sobie winny. Bo coś ukradł albo zaczął pić.
– Po pierwsze: dawno uznaliśmy, że alkoholizm jest chorobą. Wielu ludzi zaczęło pić i nie wszyscy zostali alkoholikami. Może zabrakło mu rozumu, a może wsparcia najbliższych? Po drugie, jeśli chodzi o więzienie – nie twierdzę, że ludzie trafiają tam niewinnie, choć bywa i tak. Ale znając wielu byłych więźniów czasem się zastanawiam nad kalibrem ich przewinień i kalibrem win wielu innych ludzi, którzy do więzienia nigdy nie trafią – bo mają duże pieniądze, znajomości, stanowiska... Poza tym: fakt, że ktoś popełnił błąd (i został za to ukarany) nie oznacza, że należy go eliminować ze społeczeństwa na stałe. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak trudna jest droga powrotu byłych więźniów do normalnego życia. Jeśli w dodatku odwróci się od nich rodzina, ludzie ci najczęściej trafiają do nas. Albo kolejny raz do więzienia.
– Więc jeśli mam poczucie, że to jest brat, i jeśli mam poczucie, że ten brat zbłądził...
– ...to musi mi to sprawiać ból. Tylko tak można patrzeć na człowieka ubogiego.
W dzisiejszym świecie, także w Polsce, podział między bogatymi a biednymi rośnie w zastraszającym tempie. Społeczeństwo jest wprzężone w machinę kapitalizmu, gdzie wszystko ma swoją wartość wymienialną na pieniądze. I dochodzi do tego, że jeden z warszawskich szpitali odmawia przyjmowania bezdomnych, jeżeli nie są umierający. Jeżeli pacjent bezdomny nie umrze do rana, przyjmujący go lekarz będzie miał kłopoty!
– Dlaczego?
– Ze względów finansowych, oczywiście. Jeśli chrześcijanie nie przeciwstawią się takim postawom, to wkrótce dojdziemy do sytuacji, w której słabsi będą likwidowani.
– Likwidowani?
– Fizycznie. Czym będzie eutanazja, jeśli nie szansą pozbycia się kłopotliwej mamusi? W naszych domach mieliśmy już mnóstwo przypadków starszych ludzi, którzy trafiali do nas wyrzuceni przez dzieci. W tej chwili próbuję wywalczyć, żeby jedną ze staruszek zajęła się rodzina – nie ma mowy. Bo do niczego się nie przyda i tylko zajmuje miejsce.
Znowu dochodzimy do tego, czym jest chrześcijaństwo. Widziałam w Rumunii rodziny góralskie, żyjące w lepiankach, w niewiarygodnej wprost nędzy, same mające po kilkoro dzieci, a przyjmujące jeszcze po kilkoro innych – sierot lub opuszczonych przez matki. Jest tam ksiądz prawosławny, który wygłaszał płomienne kazania przeciwko aborcji i gdy kilka przekonanych przez niego kobiet przyszło doń w ostatnich miesiącach ciąży, wziął odpowiedzialność za swoje słowa i zorganizował we wsi (zaczynając od swojego domu) coś w rodzaju sieci rodzinnych domów dziecka. Jaki te biedne, wiejskie rodziny biorą na siebie ciężar, nie tylko materialny? Jaką przyjmują odpowiedzialność, skoro to często są niemowlęta, którymi trzeba się zająć, wychowywać? A nie mogą im zaoferować nic, prócz dodatkowego miejsca na klepisku.
– Co ma Siostra na myśli mówiąc, że „chrześcijanie mają się przeciwstawiać takim postawom”?
– Na pewno nie pokrzykiwanie tzw. polityków chrześcijańskich. Zwłaszcza że ci, którzy nas gromią najgłośniej, nie dają świadectwa pokory i ubóstwa; tego wszystkiego, czego uczy nas Chrystus. Chodzi właśnie o świadectwo. Kalkucianki Matki Teresy nie mogłyby robić tego, co robią, chodząc w wygodnych butach i śpiąc wygodnie – byłyby nieuczciwe wobec nędzarzy, którzy umierają pod ich dachem. U nas jest tak samo.
– Powiedziała Siostra, że bezdomność to brak dachu nad głową. Matka Teresa mówiła, że bezdomność to coś więcej: brak osoby, którą by można nazwać bliskim.
– Czyli brak domu. Dla wielu ludzi, którzy do nas trafiają, jesteśmy domem. Tak jest z pewnym chłopcem, który trafił do nas na samym początku, w Bulowicach. Najpierw był w domu dziecka, potem w zakładzie wychowawczym, zakładzie poprawczym i więzieniu – normalna droga. Kiedy wyszedł z więzienia i trafił do nas, miał niewiele ponad 20 lat. I choć minęło od tamtej pory parę lat, on nadal zupełnie nie potrafi żyć. Odchodzi od nas i wraca, ma już syna, którego wychowuje sam i zupełnie mu to nie idzie, choć bardzo go kocha. Narobił nam już tyle numerów, że praktycznie nie powinniśmy na niego patrzeć, zresztą wielokrotnie go wyrzucaliśmy. Ale wiemy, że oprócz nas nie ma nikogo. I jak jest na dnie, znowu wraca. Bo do kogo ma pójść?
– Na rekolekcjach wielkopostnych waszej Wspólnoty mówiła Siostra:
„nie jesteśmy pracownikami socjalnymi. W tym są lepsi od nas. Jesteśmy po to, by kochać ludzi, z którymi jesteśmy”.
– Dokładnie. Ale dlatego tak trudno nas zrozumieć, nawet ludziom naprawdę dobrej woli, z którymi współpracujemy ściśle i serdecznie – np. z wspierającego nas zarządu Miasta Stołecznego Warszawy. Toczę z nimi walkę, bo oni usiłują wprowadzić kwestionariusze osobowe dla mieszkańców wszystkich schronisk na terenie miasta. Oznacza to dziesiątki formularzy, przed którymi panicznie się bronię, bo
„kładą” mi zupełnie pomysł na stosunek do drugiego człowieka. Człowiek, który jest nieprzytomny ze zmęczenia, nie może od razu opowiadać, kim jest i po co przyszedł. Najpierw musi się wykąpać i wyspać. Nie chcemy też, by nasi mieszkańcy byli zmuszani do opowiadania o swoim życiu, jeśli nie jest to potrzebne do załatwienia jakichś ich spraw, np. zasiłku z pomocy społecznej.
– Do czego więc mają służyć te kwestionariusze? Czy do tego, żeby znajdujący się już w bazie danych bezdomny, który notorycznie nie wykorzystuje stwarzanych mu szans, został
„odstawiony” od pomocy?
– Na szczęście nie, na to zresztą nikt by się nie zgodził. Nigdy nie wiemy, w którym momencie człowiek, który marnuje kolejne szanse, wreszcie
„załapie”. Była taka sławna mieszkanka, „królowa dworca”, z którą mieliśmy sto kłopotów. Przywożono ją w stanie kompletnego wyczerpania, z potwornymi ranami na nogach, zawszoną, przepitą... I zawsze, kiedy tylko doprowadzaliśmy ją do stanu, że mogła samodzielnie przejść parę kroków, wracała na dworzec. Potem zniknęła – myśleliśmy, że nie żyje, bo według wszelkich praw fizyki powinna nie żyć. Ale niedawno dostałam list z jednego z ośrodków monarowskich: pisze ta pani, że ma się dobrze i
„wychodzi na prostą”. A więc ten okres, który u nas spędzała, pozwolił jej dożyć przełomu – kiedy miała już kompletnie dosyć i postanowiła wziąć się za siebie.
W ankiecie miasta chodzi o coś innego – o badania socjologiczne, które pozwoliłyby na przygotowanie jakiegoś perspektywicznego planu postępowania z bezdomnymi. To ma swój sens, oczywiście. Ale pytając, trzeba wejść w delikatne sprawy: czy siedział w więzieniu, za co? Ja mojemu mieszkańcowi w życiu takiego pytania nie zadam. Jak zechce, powie mi sam. Jest w domu.
– A jeżeli jest ukrywającym się przestępcą?
– A to już jest sprawa policji, niech go szuka. Ja nie przeszkadzam służbom śledczym: jak przyjdą z nakazem aresztowania kogoś, trudno. Ale sama nigdy nie podaję informacji. Zresztą wcale nie muszę tego wiedzieć.
– A jeżeli Siostra wie?
– Od początku istnieje w Kościele prawo azylu. Każdy, nawet najgroźniejszy przestępca jest człowiekiem w oczach Bożych. Ma prawo zjeść, wykąpać się, wyleczyć.
Zdarzają się zresztą sytuacje paranoiczne. Był np. taki Stasio na wózku inwalidzkim, już nie żyje. Trafił do nas po wypadku, z kliniki ortopedycznej, w której mu prawie przyszyli nogę do pleców – bo kto by się przejmował jakimś bezdomnym. Miał średnie wykształcenie z jakiegoś dobrego liceum w Warszawie, siedział u nas w schronisku dla chorych na Mszczonowskiej, w ogóle nie chodził. I nagle przyszła po niego policja. Powiedzieliśmy: dobra, jeżeli przyjedzie lekarz, wydamy pana Stasia. Inaczej nie ma mowy. Odjechali pod warunkiem, że napiszemy w jego sprawie list do komendy rejonowej na Żytnią. Napisaliśmy, posłaliśmy też orzeczenie lekarskie, ale policja te papiery zgubiła. Więc przyszli po pana Stasia drugi raz – siedmiu potężnych facetów, prawie brygada antyterrorystyczna, chce zwinąć drobnego, trzęsącego się inwalidę. Wycofali się i tym razem, bo Renia, kierowniczka ośrodka, zażądała karetki, która przewiozłaby go do szpitala więziennego. Stanęła w drzwiach, powiedziała
„bez lekarza nie puszczę”, a oni doszli do wniosku, że się z nią nie będą bili. Kolejne pismo przyszło ze Szczecina (stamtąd był list gończy – pan Staś ukradł coś na tamtejszym dworcu w r. 1991), że jeżeli natychmiast nie prześlemy im orzeczenia lekarskiego o stanie zdrowia pana Stasia , to kierowniczka schroniska zostanie surowo ukarana. I wtedy ja się zdenerwowałam. Napisałam pismo do dzielnej prokuratury rejonowej w Szczecinie, która odnalazła po latach groźnego przestępcę w schronisku dla bezdomnych w stanie agonalnym. Pisałam, że dokumenty posyłaliśmy wielokrotnie, i że bardzo chętnie wszyscy pójdziemy do więzienia. A co do pana Stasia – jeśli już koniecznie musi odsiedzieć za swoje dawne grzechy, to dużo taniej będzie, jeśli my wstawimy kraty w oknach, bo pan Staś się i tak nie rusza z pokoju. Z klawiszem byłoby nieco trudniej, a najtrudniej z wypiską, bo nie mamy na to pieniędzy.
Ale to jeszcze nie koniec, bo ktoś z kumpli wziął pana Stasia na wózku na spacer, na dworzec. Któryś z bezdomnych zadenuncjował go policji, więc ta wreszcie go dopadła i wsadziła do więzienia, żeby po dwóch miesiącach odstawić go ze szpitala więziennego z powrotem na dworzec – okazało się, że pan Staś ma ciężki nowotwór. Wkrótce zresztą umarł – u nas.
– Jak na tym tle wygląda aktywność policji w przypadkach maltretowania kobiet? Wiele z mieszkanek Waszego domu w Brwinowie to kobiety po takich właśnie
„przejściach”...
– Policja wkracza dopiero wtedy, kiedy mąż zabije żonę.
– To znaczy?
– Mam teraz dwie kobiety, których mężowie mają wyroki w zawieszeniu za znęcanie się – bo za to nie dostaje się odsiadki rzeczywistej, żeby kobieta mogła choć trochę odpocząć i zwyczajnie założyć sprawę o rozwód. Jeśli pobije pan człowieka na ulicy, do tego stopnia, że złamie mu pan kręgosłup, doprowadzi do wstrząsu mózgu i inwalidztwa na całe życie – to pójdzie pan siedzieć bez zawieszenia. Ale jeśli pobije pan tak żonę (a żona to nie człowiek), dostanie pan wyrok w zawieszeniu i to po paru latach, jeżeli było wielu świadków i wiele obdukcji. A co potem? Pan dostaje kuratora, bije żonę dalej, a kiedy ona skarży się kuratorowi, ten wzywa pana na rozmowę. Spotkałam się z takim przypadkiem, że kurator mówił delikwentowi, jak ma bić, żeby nie trafić do pierdla. Ewentualne odwieszanie trwa miesiącami, a bita kobieta rzecz jasna nie ma się gdzie podziać. Jedna z tych pań, które u nas mieszkają, przyszła z uszkodzonym kręgosłupem i urazami neurologiczymi, druga z buzią jak jabłko.
– Dopowiedzmy: żona trafia do ośrodka dla bezdomnych, mąż zostaje w domu.
– I nie płaci czynszu, bo tym zwykle zajmuje się kobieta. I nawet jeśli jakimś cudem, już po rozwodzie, uda się jej go wyeksmitować, będzie musiała spłacać kilkuletnie zaległości czynszowe – skąd ma na to wziąć pieniądze?
– Zdaje się, że istnieje wiele organizacji pozarządowych, zajmujących się interwencją kryzysową, ofiarami przemocy itp.
– Ja nie spotkałam jeszcze takiej, do której mogłaby się zwrócić kobieta z mojego domu i która poprowadziłaby szybko i skutecznie jej sprawy. Paradoks sytuacji polega na tym, że pewnie bez większego problemu można uzyskać w różnych miejscach pieniądze na zorganizowanie konferencji o ofiarach przemocy (czy np. o bezdomności); gorzej z pieniędzmi na pomoc ofiarom przemocy. W grudniu zadzwoniłam do Państwowej Agencji Przeciwdziałania Problemom Alkoholowym, bo nie miałam pieniędzy na węgiel w Brwinowie. Zimno potwornie, a tu mamy dwanaście matek i trzydzieścioro dzieci, wszystkie są ofiarami alkoholizmu tatusiów. Usłyszałam, że mogę dostać pieniądze na wydanie broszury albo na konferencję.
Dostaję na takie konferencje zaproszenia – nigdy nie chodzę. Po co mam siedzieć dzień czy dwa i słuchać o czymś, o czym dobrze wiem: że w domu mąż może bezkarnie zakatować żonę? Że – był taki przypadek – prokuratura odrzuciła skargę, bo mąż bił żonę zaledwie tydzień, a więc za krótko?
– Słyszałem dziesiątki kazań i listów pasterskich o kryzysie rodziny, ale bodaj nigdy nie było w nich mowy o przemocy w rodzinie.
– Ja też uważam, że to jest temat, o którym powinno się mówić w Kościele. Pamiętam, jak w jakimś kościelnym gronie, kiedy mówiono o nowelizacji ustawy antyaborcyjnej, powiedziałam właśnie o dzieciach, które są u mnie albo na ulicy – nie mają gdzie spać, bo rodzice się tłuką. I jakiś ksiądz krzyknął na mnie, żebym się broń Boże nie odzywała, bo to woda na młyn zwolenników aborcji. Takie powiązanie nie przyszłoby mi nigdy do głowy. I mam wrażenie, że jest dziś w Polsce ogromny problem, z którego wielu księży zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy.
Wyprowadzanie na prostą dziecka, które było świadkiem przemocy i alkoholowych scen, trwa u nas mniej więcej pół roku. Tyle potrzeba, żeby dziecko przestało demolować dom, rżnąć w paski krzesła, obrywać rynny, gryźć i podbijać oczy kolegom. Nasz dom w Brwinowie jest kompletnie zdemolowany, zabawki i meble zniszczone, trzeba co roku malować. Ale przecież go nie zamknę i nie zostawię tych ludzi.
– Mówi Siostra często o wpadkach wymiaru sprawiedliwości. Ale do tego można dodać służbę zdrowia...
– Służba zdrowia działa tylko wtedy, kiedy udaje nam się poruszyć serce jakiegoś konkretnego lekarza. Po prostu są jeszcze przyzwoici lekarze – przyzwoici jako ludzie. Mam w Brwinowie Beatę – dziewczynę chorą na padaczkę, która siedziała w więzieniu: próbowała zabić męża, który ją maltretował. W więzieniu – jeszcze za komuny – robiono na niej jakieś eksperymenty, nie załatwiono jej grupy inwalidzkiej, mimo iż miała już zaświadczenia od psychiatry i neurologa, że jest chora. Jak dostaje ataku, łączy się epilepsja z charakteropatią, Beata jest agresywna – albo się sama rżnie, albo rżnie kogoś. Pogotowie przyjeżdża co drugi dzień i się awanturuje, że trzeba ją zawieźć do szpitala. Więc zawieźliśmy Beatę do Tworek, do naszego rejonowego szpitala psychiatrycznego, gdzie zamknęli ją – niby na obserwację tych ataków, ale zaraz szepnął mi jakiś lekarz:
„czy wyście poszaleli, przecież nikt jej tu nie obserwuje”. Jak dostawała ataku, pielęgniarka przywiązywała ją do łóżka i tyle. Zawieźliśmy ją więc do kolejnego szpitala psychiatrycznego, a wreszcie – znowu po awanturach – na neurologię na Banacha. Tam
„ustawili jej leki”, ale ona się do tych leków przyzwyczaiła i znów mam pogotowie co dwa dni. Wzywamy karetkę z Pruszkowa, wszyscy tamtejsi lekarze objechali już Beatę i mojego Artura – też chorego na epilepsję. Znają nas tak dobrze, że chyba nawet kierowca wiedziałby, co robić. Ale niedawno któryś lekarz z pogotowia się zdenerwował, że Beatę trzeba do szpitala. Mówię:
„dobrze, ja z panem pojadę, zobaczymy”. Zawieźliśmy ją do ambulatorium na neurologię, o drugiej w nocy dostała ataku na izbie przyjęć i nie przyjęto jej. Teraz będę próbowała przez znajomości, bo co mi pozostaje?
– Jak Siostra ocenia ustawę psychiatryczną?
– Nie chcę się skłócić z Markiem Nowickim – być może ona jest dobra, ale efekty, jakie przynosi dla naszych bezdomnych, są fatalne. To są ludzie błąkający się latami, rodzina nie ma żadnej możliwości umieszczenia ich w szpitalu, bo trzeba by ich ubezwłasnowolnić, co trwa (znowu) bardzo długo, ludzie często nie chcą tego robić, wstydzą się... A szpitale nie mogą przyjmować, jeżeli chorzy nie wyrażają zgody na leczenie. Koniec końców dochodzi do sytuacji, w których my nie wytrzymujemy, pozostali nasi mieszkańcy nie wytrzymują, i musimy takiego człowieka usunąć – bo jest agresywny, tłucze szyby itd.
– Renia opowiadała o takim przypadku – starszej pani, która siusiała mężczyznom do łóżek, podpaliła wykładzinę...
– Bo Renia – pracując w domu dla chorych na Mszczonowskiej – ma takich przypadków najwięcej. Ale np. w noclegowni na Stawkach jest kobieta, która ma głębokie zmiany psychiczne po alkoholu – wrzeszczy po nocach, awanturuje się, kiedyś nawet mnie pobiła. Jak jest pijana, można ją zawieźć na Kolską, do izby wytrzeźwień – ale następnego dnia ją wypuszczą. I co dalej robić, skoro jest trzeźwa i nie wyraża zgody na szpital?
Są przypadki, w których nie jesteśmy w stanie załatwić nawet grupy inwalidzkiej, bo ktoś nie chce pójść do psychiatry. Nie i już – i pozostaje bez środków do życia, bo pomoc społeczna nie ma podstaw, żeby wypłacić zasiłek.
– Co więc robicie z tymi ludźmi?
– Jak się da, trzymamy latami. Jak się nie da, bo ten ktoś zagraża otoczeniu – bo przecież reszta mieszkańców to też nie są anioły, a poza tym: kto wytrzyma życie w ciągłym napięciu? – trzeba go usunąć. Czasami usuwamy, ale mówimy: jeśli zaczniesz się leczyć, możesz wrócić. Bywało tak, że po iluś razach, kiedy ktoś wracał w coraz gorszym stanie, znowu brudny i zawszony, decydował się pójść do lekarza. Ale to ktoś z resztką zdrowego myślenia.
Przyjmijmy zresztą, że delikwent idzie do lekarza i dostaje grupę inwalidzką. Mamy teraz takich pięcioro – wszyscy dość młodzi. Co się z nimi stanie? Domy pomocy społecznej? Oczekiwanie około dziesięciu lat. A gdyby ich ubezwłasnowolnić, kto byłby kuratorem? Nam proponowano to nieraz – bo dla rodziny to kłopot. No ale wszystkiego nie możemy robić.
– Następna „wylęgarnia bezdomnych” to dom dziecka, prawda? Nie uczy samodzielności...
– Kompletnie. W pewnym momencie 80 procent naszych mieszkańców stanowili wychowankowie domów dziecka – nie wszyscy oczywiście byli młodzi, niektórzy mieli po 40 lat i dalej nie potrafili znaleźć sobie miejsca w życiu. Od lat marzę o utworzeniu kilku hosteli, które mogłyby wyłapywać wychowanków domów dziecka, zanim ci nabiorą zwyczaju włóczenia się. Mogliby tam tanio wynajmować coś małego, ale równocześnie byliby kontrolowani – częsty problem wychowanków domów dziecka, którzy dostali mieszkania, polega na nieumiejętności dbania o swoje: zdemolują, zapuszczą i tyle. A tu dostawaliby malutkie, ale samodzielne mieszkanko, za które płaciliby niewielki czynsz, musieli o nie dbać i pod kontrolą odkładać pieniądze na mieszkanie stałe. Nauka samodzielności i odpowiedzialności, na którą u nas często jest już za późno.
– Podczas którejś z wizyt w domu na Łopuszańskiej poznałem Monikę...
– No właśnie, choć jej historia kończy się prawie happy endem. Wyszła z domu dziecka, spędziła z nami trzy lata, aż w końcu wyszła za mąż za chłopaka, który pracował u wulkanizatora w sąsiedztwie.
„Prawie happy end”, bo najpierw ten chłopak ją bił, a teściowa też zdrowo dawała w kość. Jeździliśmy tam raz i drugi – pomogło, bo jednak trochę się mnie boją (śmiech). Ale gdyby Monika była sama, pewnie by ją zjedli. Choć trzeba powiedzieć, że sama nie jest bez winy, bo nic nie potrafi wokół siebie zrobić.
– Mimo tych trzech lat?
– Pół roku przed ślubem daliśmy ją nawet na kuchnię, ale i to nie pomogło. Musi pan jednak pamiętać, że Monika kończyła szkołę specjalną.
Akurat o te dwie rzeczy staram się pytać: o dom dziecka i o szkołę. Nietaktowne, ale konieczne. Jeżeli mam do czynienia z młodym człowiekiem i dowiaduję się, że wyszedł z domu dziecka, wiem, czego na pewno nie będzie umiał. A jeżeli rżnie przede mną głupa młoda dziewczyna i słyszę, że kończyła szkołę specjalną, wiem że nie próbuje mnie oszukać. Ale niedawno była taka dziewczyna na Mszczonowskiej: ma lat 30 i przychodzi w stanie koszmarnym, brudna, zawszona, ze wszystkimi damskimi przypadłościami na spodniach, głodna i jeszcze dość ładna. Pytam, co robi na dworcu, myślę, że może upośledzona, a dowiaduję się, że ma maturę – skończyła technikum terenów zielonych... Proponuję jej, żeby się wykąpała i przebrała, bo nie wezmę jej do samochodu w takim stanie, oferuję wyjazd na Łopuszańską, gdzie jest dom dla ludzi młodych, a ona kąpie się, przebiera i wraca na dworzec. Znaczy się, lubi.
– Co „lubi”?
– Włóczenie się, picie, mężczyzn, kradzieże, „złotą wolność”. Zamknięcie dworca niewątpliwie ułatwiłoby nam życie – może uratowałoby wielu ludzi, bo nie byłoby takiego miejsca, w którym by się fajnie żyło. Tak jak likwidacja meliny. Kiedyś przywieziono do nas z dworca siedem kobiet. I przypomniałam sobie, jak chodziłam tam do nich zimą – namawiałam, żeby przyszły do noclegowni. Część z nich po prostu nie chciała.
– Czy można być „bezdomnym z wyboru”?
– Ja myślę, że to nigdy do końca nie jest wybór – jak z nałogiem. Długi brak domu powoduje zmiany w psychice, nieumiejętność nawiązywania kontaktów, lęk, zamknięcie w sobie, jakieś uzależnienie od takiego życia. Ja nie spotkałam
„bezdomnego z wyboru”. I wierzę, że gdyby stworzyć im takie miejsce, w którym odnaleźliby się całkowicie, gdyby im pomóc i towarzyszyć (na to jest nas za mało), to okazałoby się, że nikt nie chce być bezdomny.
Prawdą jest natomiast, że w domach dla bezdomnych jest bardzo wielu mężczyzn uzależnionych od alkoholu. Są tacy, którzy przestają u nas pić, bo wypili swoje do dna (w Warszawie są zresztą już dwa pozarządowe programy odwykowe dla bezdomnych). Ale są i tacy, którzy nie wypili – wylatują z ośrodków za picie i na nich nie ma siły. Więc idą na dworzec i
„lubią” być na dworcu.
– No właśnie. Od kilku miesięcy trwa protest bezdomnych na Dworcu Centralnym – czyszczono go bodajże z okazji ważnych wydarzeń międzynarodowych i próbowano bezdomnych usunąć. Usiedli więc na środku holu i zaczęli protest.
– Pytanie, czy wymyślili to sami. Jeżeli tak, to znakomicie – odezwało się w nich poczucie godności, solidarność... Ale jeśli jest to kolejna manipulacja kogoś, to bardzo niedobrze.
– Oboje wiemy, że nie wymyślili tego sami.
– Dlatego moim zdaniem – ale nie tylko moim, także pozostałych członków Rady Opiekuńczej, zrzeszającej organizacje działające na rzecz bezdomnych – tym razem i w tej formie protestu ludzie bezdomni nie mają racji. Przede wszystkim: w schroniskach są miejsca. Pani Tarkowska, która ma ogromny ośrodek w Otwocku, wręcz podjechała na dworzec i zaproponowała że ich weźmie, ale ksiądz Boguś Paleczny, kierujący protestem, powiedział, żeby nie psuła mu interesu. Mówi się – to powiedziała nam jedna z dziennikarek – że we Wspólnocie Chleb Życia, w Monarze (ciekawe, że zawsze idziemy razem z Monarem...) i u pani Tarkowskiej bezdomni są bici. Puszcza się takie plotki po to, by udowodnić, że ks. Bogusław Paleczny koniecznie musi wybudować prawdziwą noclegownię, bo wszystkie inne organizacje są do kitu.
– Protest na dworcu poparło Radio Maryja, wśród protestujących często pojawia się o. Rydzyk, który apeluje o wpłaty na mieszkania dla bezdomnych.
– Dla mnie to paranoja. Jeśli brak mieszkań jest rzeczywistym problemem ludzi bezdomnych, to w większości nie dotyczy ludzi w tym stadium resocjalizacji, którzy są na dworcu. Czy wyobraża pan sobie, że ci ludzie nagle zamieszkają normalnie w mieszkaniach, będą o nie dbać, płacić czynsz itd.? Przecież oni nie chcą iść do schronisk właśnie dlatego, że schroniska stawiają pewne wymagania. Na dworcu zaś jest fajnie, bo nie ma żadnych wymagań. Widział pan, ilu tam jest młodych, zdrowych byków, którzy się nie zabiorą za żadną robotę? Przecież bezrobocie w Warszawie jest bliskie zeru!
Ja się nie dziwię władzom dworca, bo to nie PKP powinny rozwiązywać problemy ludzi bezdomnych. Pasażerowie mają prawo do wolnych miejsc na ławce, mają prawo nie bać się wszy, nie widzieć pijackich rozrób, zjeść spokojnie w barze. Uważam się oczywiście za obrońcę bezdomnych, ale uważam, że jeżeli chcemy im pomóc, musimy im pokazać właściwą drogę do wyjścia z sytuacji.
Pomysł wybudowania bloków z mieszkaniami dla bezdomnych nie podoba mi się jeszcze z jednego powodu: to tworzenie getta marginesu społecznego. Były już takie próby w Ameryce Łacińskiej, to chyba Helder Camara robił takie eksperymenty. I naciął się, bo zamiast opróżnić slumsy, tylko je zwiększył – zaczęli do nich napływać ludzie w nadziei, że dostaną mieszkanie. Problem Warszawy polega m.in. na tym, że przyjeżdżają tu bezdomni z całej Polski w nadziei, że dostaną pomoc. Miasto broni się rozpaczliwie – i słusznie – przed budowaniem kolejnych schronisk. Natomiast – i to błąd – nie buduje mieszkań socjalnych, które nie uratują oczywiście tych z dworca, ale mogą wielu ludzi uchronić przed bezdomnością. W gminie Ursus kilkadziesiąt rodzin nie płacących czynszu czeka eksmisja na bruk. Przepraszam bardzo, dokąd one pójdą, do mnie?
– Mieszkańcy domu z Mszczonowskiej – w większości znający dworzec na pamięć – też są przeciwni strajkowi.
– Zachowali jakieś poczucie sprawiedliwości. Bo jak to jest? U nas oferujemy czyste łóżko, trzy razy dziennie jedzenie plus chleb wyłożony non stop, prysznice, opiekę lekarską i lekarstwa za darmo, pomoc pracownika socjalnego. Chwileczkę: kto normalny nie musi zapłacić za dentystę albo za leki? A czy wszystkich emerytów stać na trzy posiłki dziennie? I to jakie? Na śniadanie zupka mleczna, dżemik, serków i jogurtów potąd, na obiad albo gęsta zupa z wkładką, albo wręcz dwa dania, na kolację wędlina.
– Ktoś może wręcz powiedzieć „zapewniacie ludziom lekkie życie”.
– Niestety, największe nasze wysiłki nie zmniejszą cierpienia, które oni muszą przeżywać. Kiedy słyszę o
„lekkim życiu”, np. na poczcie w Brwinowie, namawiam kogoś, kto tak mówi, żeby u nas zamieszkał – w pokoju, gdzie są piętrowe łóżka, współmieszkanki się zmieniają, nie ma się nic swojego oprócz kilku ubrań. Gdzie trzeba jeść to, o czym inni zadecydują, gotuje się źle, bo gotuje się tak, jak się potrafi i z tego, co się ma. Gdzie ma się na głowie procesy sądowe, nieraz wieloletnie koszmarne przeżycia rodzinne, kłopoty z dziećmi, niepewną przyszłość. Nie wydaje mi się, żeby to było lekkie życie. Myślę nawet, że człowiek pozbawiony wszystkiego, powinien mieć to życie maksymalnie osłodzone – żeby chciał w ogóle żyć.
– Siostra powiedziała jednak, że aby naprawdę się podźwignąć, bezdomni muszą najpierw zejść na samo dno...
– Ktoś z Mszczonowskiej mi powiedział: 17 lat ćwiczyłem dyktę na dworcu, ale teraz już nie jestem w stanie. I po raz pierwszy od 17 lat spędził normalnie święta wielkanocne: ze spowiedzią, z Mszą Świętą, dzieleniem się jajkiem i białym obrusem. Ale trzeba było 17 lat.
Jest grupa tzw. wiecznych mieszkańców schronisk – śmiejemy się czasem na Radzie Opiekuńczej, bo ja mówię o jakiejś pani, że to moja mieszkanka, a przedstawiciele innych organizacji protestują:
„chwileczkę, to moja mieszkanka!”. Ale są też tacy, którzy bronią się przed zejściem na dno rękami i nogami. Nie odchodzą od nas i załatwiają swoje sprawy właśnie dlatego, żeby nie trafić na dworzec. Dzięki Bogu, takich chyba jest większość. Z tym, że trzeba pamiętać, że oni wybrali mniejsze zło: schronisko nie jest idealnym rozwiązaniem, choć nikt nie wymyślił na razie lepszego.
– Co robić, kiedy doświadczenie lat pracy z bezdomnymi mówi: to jest człowiek spisany na straty, dla niego nic się już nie da zrobić?
– Nie ma takich ludzi.
– Ale sama Siostra mówi: „ona wróci na dworzec, nic z tego nie będzie”.
– Nie mówię „nic z tego nie będzie”, mówię „ona wróci na dworzec”. A może któregoś dnia na ten dworzec nie wróci? Może przyjdzie tu i po prostu umrze? I zostanie świętą? Nigdy przecież nie wiemy, jak będą wyglądały jej ostatnie chwile, jak będzie rozmawiała z Bogiem. Niedawno był u nas człowiek, który miał lat 43, z czego ponad połowę przesiedział w więzieniu. Zmarł na raka, ale zmarł pojednany z Bogiem.
Więc jeżeli wierzymy, że nasze życie się tu nie kończy, zawsze jest nadzieja. Pierwszym świętym był łotr, wydawałoby się – będący już w sytuacji beznadziejnej. My nigdy nie wiemy, czy ci ludzie – wyniszczeni przez nałogi, czasem przez złe życie – nie pójdą przed nami. Na pewno są bliżsi Bogu, bo cierpiący. Zresztą Pan Jezus to mówi:
„celnicy i grzesznicy wyprzedzą was do królestwa niebieskiego”. Czyli ostrożnie: warto dążyć do doskonałości, ale nie warto uważać się za doskonałego.
Powyższa rozmowa jest fragmentem książki, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Znak.
Wspólnotę Chleb Życia założyli w 1976 r. małżonkowie Pascal i Marie Annick Pingault. Jej powołaniem jest służba najbiedniejszym i kult Eucharystii w adoracji wystawionego nieustannie Najświętszego Sakramentu. Do Wspólnoty należą mężczyźni i kobiety, reprezentujący wszystkie powołania – rodziny, celibatariusze, duchowni, pustelnicy.
S. Małgorzata Chmielewska jest polską przełożoną Wspólnoty. Prowadzi cztery placówki dla bezdomnych – dom dla chorych przy ul. Mszczonowskiej, ośrodek przy ul. Łopuszańskiej, noclegownię dla kobiet przy ul. Stawki (wszystkie w Warszawie) i dom dla matek z dziećmi w Brwinowie. W ciągu roku udziela pomocy ok. tysiącu osobom. Kieruje pracami Rady Opiekuńczej dla Bezdomnych przy Zarządzie Miasta Warszawy. Wysyła transporty z pomocą humanitarną do Rumunii, wcześniej m.in. pracowała jako nauczycielka w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach i organizowała pomoc dla kobiet, opuszczających zakłady karne. Otrzymała m.in. Medal św. Jerzego od ,,Tygodnika Powszechnego” i tytuł Kobiety Roku miesięcznika ,,Twój Styl”.
Za zgodą Wspólnoty adoptowała dwóch chłopców – Artura i Janka.
|