|
Kultura
w III Rzeczypospolitej
Rejs we mgle
Piotr Wojciechowski
Co jest w kulturze istotne? Czy dzieła, czy ich twórcy, czy raczej to, co rodzi się w społeczeństwie w wyniku obcowania z dziełami, zanurzenia w kulturze? Naród trwa dzięki swojej kulturowej świadomości, od kultury dowiaduje się, że jest narodem i jakim jest narodem, ma świadomość przeszłości, wie coś o tym, jaki był, skąd przychodzi.
Wiem, że niedobrze jest być nacjonalistą, niemodnie i niebezpiecznie, przeważnie piszę nie o narodzie, ale o społeczeństwie. Teraz jednak, w myśleniu o tym, co dzieje się z kulturą po przełomie 4 czerwca 1989 roku, wyraz
„naród” narzucił mi się w całej swojej romantycznej potędze. PRL było prowincją imperium Sowietów, zapomnijmy na chwilę, ile strzępów suwerenności ocaliła ta prowincja, ile ochłapów swobody jej przydzielano w różnych momentach. Istotne, że PRL było prowincją zamieszkaną przez naród polski. Pamiętam o mniejszościach, zamieszkiwały także w tej prowincji i miały udział w przemianach kultury. Najważniejsze jednak to, co się zdarzyło narodowi. Cały czas pamiętał, że jest narodem. Poddawany ideologicznej obróbce, demoralizujący się i rozpijający się naród wytrwał 50 lat totalitaryzmów ocalając głównie to – że jest narodem. Ruch
„Solidarności”, jeden z najpiękniejszych pod względem etycznym ruchów XX-wiecznego świata, był zrywem tego narodu. Pokojowa insurekcja roku 1989 była uwieńczeniem dziwnej wojny narodowowyzwoleńczej toczonej przez lat 50. Wynurzenie się na powierzchnię wolności z głębin wielorakiej niewoli wywołało
„efekt nurka” – śmiertelną eksplozję wielu komórek duchowej tkanki narodu, gwałtowne reakcje wywołane kontaktem złudnych chęci z realnymi możliwościami. Myśleliśmy, że będziemy lepsi, wspanialsi, zjednoczeni, bardziej zgodni i czyści. Okazaliśmy się dość zwyczajni, wyraźnie okaleczeni duchowo.
Stara miłość...
Polityczny przełom 4 czerwca 1989 roku bywa niedoceniany, kwestionowany, podważany. Niechętni potępiają sprawę
„grubej kreski”, interpretując po swojemu zarówno zasadę, jak i realizację idei. Kto widzi ostro dzień dzisiejszy, musi przyznać sporo racji tym krytykom i malkontentom. Ich głosy, tak często pełne słusznego oburzenia, niekiedy zawierają również elementy słusznej analizy przeszłości. Boję się jednak, że mogą przeszkadzać w pojęciu prawdziwej doniosłości przełomu. Trudno już teraz zdać sobie sprawę z tego, co się stało z naszym społeczeństwem w ciągu ostatnich 9 lat, w jakim kierunku rozwija się jego rzeczywistość, jego świadomość i podświadomość.
W ekonomii i polityce ten rozwój idzie często przez ludzką krzywdę, wbrew ludzkim intencjom, wymyka się z rąk manipulatorom, ulega światowym tendencjom lub zawraca pod prąd powszechnie uznanym trendom. Jest on historyczną przygodą narodu i przygodą zdarzającą się kulturze. Zadziwiające są zmiany dotyczące kultury. Szybkie i gruntowne, dobrze widoczne w przestrzeni
„dzieła i twórcy”. Powolne, oporne, tajemnicze w przestrzeni wewnętrznego życia duchowego Polaków. Jak rozpoznać, co dzieje się z ich myślami, marzeniami, ile się zmienia? A także ile trwa, jako relikty innych czasów. To, co trwa, bywa bezsensownym czepianiem się minionego, bywa ożywczym przywiązaniem do zasad, wiary, kulturowej tradycji. Wyjątkowo ważne jest, że Polacy mając wolne państwo nie czują już imperatywu, aby myśleć o tym, że są narodem. Przeżywają natomiast nadal wielki zawód – III Rzeczpospolita nie da się identyfikować z ideałem, o którym myśleli śpiewając przez 50 lat
„Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie!”. Wyrachowane oszustwa lewicy, niedojrzałość solidarnościowych elit politycznych, zapaść wymiaru sprawiedliwości, afery, wszystko to odpowiednio nagłośnione przez konkurujące w sensacyjności i upolitycznione media sprawiło, że polityka ma opinię
„brudnej sprawy”. I przez to sam wolny byt państwowy, niedawno wymarzony, staje się trochę
„brudny”. Swoją Ojczyznę Polacy kochają starą, czasem bywa i głupią miłością. Jednocześnie w jakimś stopniu brzydzą się własnym państwem. Jest to tragiczny wymiar początków III Rzeczpospolitej, wymiar, który właściwie nie został narodowi opowiedziany przez tę część kultury, którą zamyka przestrzeń
„dzieła i twórcy”. Nie było takich dzieł, które dotarły i zostały zrozumiane, które mogły wywołać oczyszczający wstrząs o wielkim zasięgu. Naród takiego wstrząsu nie przeżył.
Mądrzy i głupi
Ten naród został opuszczony przez filozofów, filozofowie zamknęli się w twierdzy swojego języka, a po rząd dusz sięgają szarlatani New Age i fundamentaliści. Marksizm był filozofią popularną. W swojej płytkiej, wulgarnej i upolitycznionej wersji był wszechobecny i robił wrażenie wszechwiedzącego, wyjaśniającego wszystko. Taki skończył się dawno, po nim części elit towarzyszyły filozofie ex-marksistów, którzy z rewizjonistów stali się krytykami marksizmu, zbliżonymi do egzystencjalizmu czy postmodernizmu. Nie miało to już większego znaczenia i zasięgu, bo zmieniła się pozycja elit w społeczeństwie. Elity wykształcenia, elity twórcze nie spadły w ocenach do poziomu elit politycznych, przestały być jednak głównymi źródłami opinii i wzorów osobowych. Stały się raczej jednymi z zabawek, jakimi społeczeństwo się rozrywa. Jednocześnie duża część społeczeństwa z zainteresowaniem, a czasem podziwem odnosi się do elit konsumpcji i bogactwa, także do szarej strefy gospodarczej, do elit marginesu, do sław mafijnych. Takie przeniesienie uczuć i uwagi wywołane jest przez film i telewizję, przez to, że czas wolny Polaków został zdominowany przez elektroniczne i optycznie odtwarzane obrazy, a większość z nich to produkcja zachodnia, głównie amerykańska. Zachwiały się proporcje między tym co rodzime, a tym co obce w kulturze powszechnie konsumowanej.
I tu zaznacza się osobliwa równoległość. Oto tracące znaczenie i pauperyzujące się elity twórcze uznały po roku 1989 za główny cel stworzenie w Polsce kultury takiej, jaką mają wolne, bogate, demokratyczne kraje europejskie. Wszystkie te kraje – a Francja może tu być najwyraźniejszym przykładem – wydają duże pieniądze, aby chronić rynek krajowy i tradycję narodową przed penetracją zza Atlantyku. My chcemy mieć kulturę jak wolne kraje, ale nie wydajemy pieniędzy na jej obronę. Nie wydajemy, bo nie mamy, nie wydajemy, bo politycy lekceważą problem – skutek jest jeden. Coraz częściej bohaterem polskich tęsknot staje się
gangster-twardziel, biznesmen wyprowadzający w pole konkurentów zręcznymi oszustwami, wzorami zachowań rodzinnych i erotycznych stają się bohaterki seriali idące za szlachetnymi porywami serca z łóżka do łóżka.
Jedni polscy twórcy uznają, że naród jest głupi i zdemoralizowany, trzeba więc tworzyć dla coraz węższych elit, których potrzeby są mieszaniną tęsknot za kulturą bogatej Europy z nostalgicznymi wyobrażeniami o wielkiej kulturze Polski jagiellońskiej, Polski wieszczów, Polski moderny, Polski II Rzeczypospolitej. Odpowiedzią na potrzeby tak pomieszane są dzieła często znakomite formalnie, ale przeważnie nie próbujące rozmawiać z sercem narodu.
Inni sądzą, że naród jest głupi i zdemoralizowany, ale ma pieniądze do wydania i trzeba mu dać to, co lubi, do czego przyzwyczaja go amerykańska komercja.
W niektórych obszarach skutki działań obydwu kategorii twórców spotykają się i dokonują przemian. Taką sprawą jest pochwała tolerancji, spontaniczności, szczerości, kult wolności, szacunek dla szeroko pojmowanych praw człowieka. Ze smutkiem trzeba jednak stwierdzić, że te wartości pozbawione towarzystwa innych szybko się znieprawiają, co najdobitniej widać w postawach najmłodszych pokoleń. Tolerancja objawia się jako żądanie tolerancji dla wulgarności, brutalności, przemocy. Szczerość i spontaniczność oznaczają odrzucenie form grzecznościowych, bunt przeciw wszelkiej dyscyplinie społecznej; prawa człowieka, wolność mają służyć jako usprawiedliwienie egoizmu i postaw roszczeniowych.
Dusza i chwasty
Podstawami kultury osobistej, kultury w rodzinach, kultury społecznej są mozaikowe przenikania religii, jaką się wyznaje, mitów, jakim się ulega, przekonań filozoficznych, świadomych lub realizowanych tylko praktycznie. Już w pięćdziesięcioleciu wojenno-
-totalitarnym proces przekazywania młodszym pokoleniom systemów wartości i tkanki mitologicznej ulegał zaburzeniom i zahamowaniom. Coraz częściej na miejsce wartości wyższych podstawiano niższe – zwycięstwo zastępowano sukcesem, szczęście zastępowano przyjemnością, przyjaźń – kumpelstwem, piękno – nowością, miłość – erotyzmem, wierność – partnerstwem, mądrość – sprytem. Działo się tak w imię realizmu, demitologizacji, nowoczesności. Jednocześnie mity dworku i dworu, etosu powstańczego i ułańskiej dzielności, matki-Polki, chłopskiej zacności, rzemieślniczej rzetelności były kompromitowane i wypierane przez mity propagandy. Ten proces nie uległ zahamowaniu po 1989 roku, przeciwnie, wiele było czynników jego przyśpieszenia. Rola propagandowych mitów spadła, a na jej miejsce pojawiło się słowne i obrazowe wykorzystanie mitów dla potrzeb reklamy. Umysłami zaczęły rządzić mity rogu obfitości, wysp szczęśliwych, supermena, wiecznej młodości i podobne. Piękne mity dawnej Polski nie zginęły, ale dla wielu kostniały w konwenanse, snobizmy, kiedy indziej klimat fundamentalizmu przekształcał je w karykatury. Ogromną rolę w erozji wartości zaczęły odgrywać pisma młodzieżowe i kobiece. Nie można im odmówić roli cywilizacyjnej w dziedzinach takich jak higiena osobista, estetyka mieszkania i stroju, zdrowe żywienie. Jednocześnie zaś plotkarsko-sensacyjno-popularna wizja kultury jako niezobowiązującej dziedziny rozrywki zaczęła dominować nad aspiracjami dążenia do kultury wysokiej jako duchowej ojczyzny, katalizatora rozwoju osobowości.
Czarny obraz? Pesymistyczna wizja? Każdy musi przyznać, że ten obraz jest w jakiejś części prawdziwy, pesymizm w jakimś stopniu uzasadniony. Aby kultura jako obszar życia duchowego i jego materialnych wytworów mogła trwać w homeostatycznej równowadze, działalność demitologizacyjna i działalność mitotwórcza muszą być zbilansowane. Musi też być kontinuum pomiędzy kulturą elit a kulturą popularną, kulturą centrów i kulturą miasteczek, osiedli, wsi, peryferiów. Henryk Elzenberg pisał, że kultura jest próbą narzucenia wartości dziejom. Krótka historia III Rzeczypospolitej wydaje się pokazywać, że burzliwe przemiany ekonomiczne i polityczne po przełomie 1989 były raczej czasem bezradności kultury wobec historii. Kryzys autorytetu ojca w rodzinie może być uznany za symbol kryzysu autorytetów w ogóle, autorytet Jana Pawła II jest nie tylko wyjątkiem, ale wzorem i nadzieją. Niemniej faktem jest rosnąca przepaść między pokoleniami, w znacznej mierze uwarunkowana istnieniem subkultur i kontrkultur młodzieżowych, częściowo rodzących się z autentycznych poszukiwań i buntów, częściowo organizowanych dla potrzeb rynku, interesów robionych na odrębnej muzyce, modzie, żywności, klubach, biżuterii.
Pęknięta obręcz
Kultura bezradna wobec historii, nie proponująca jej kamienia probierczego wartości nie pomogła Polakom w oswojeniu dwu największych przemian – wejścia w społeczeństwo bez większości, życia w społeczeństwie otwartym.
W społeczeństwie bez większości żadna z grup politycznych, ekonomicznych, społecznych nie ma i nie będzie już miała w najbliższym czasie przewagi liczebnej. Kto chce urządzać państwo, musi się dogadać z innymi. Sprzeczności interesów i rozbieżności dążeń są dziś wyraźniejsze niż cechy wspólnotowe. Polacy, którzy przechowali poczucie
„bycia narodem” widzą, że coraz trudniej powiedzieć komukolwiek
„my”. „Mów za siebie” – usłyszy się od niejednego.
Zaraz, zaraz. A „my, katolicy?”. Idea posoborowej jedności jest zarazem ideą zaakceptowania pluralizmu, również w Kościele. I gdy chcemy mówić
„my, katolicy” zaraz napotykamy na istotną linię podziału. Jedni katolicy życzą sobie, aby zwrot
„my, katolicy” brzmiał w sprawach politycznych jak najczęściej, inni woleliby, aby posługiwać się nim jak najrzadziej, aby nie wikłać Kościoła w te sprawy, które nie są imperatywami moralności. Kościół, chociaż nie generuje politycznej większości, jest w poczuciu Polaków matecznikiem kultury, strefą ochronną wartości. To w rodzinach związanych z Kościołem dużo częściej niż w innych usłyszeć można tak archaicznie już brzmiące zwroty jak
„praca nad charakterem”, „przyzwoici ludzie”, „szlachetny postępek”,
„wartościowa dziewczyna”, „uczciwa praca”, „dobry smak”,
„duch służby”. To w Kościele milczenie i odwrót filozofów kompensowane jest publicystyką Tischnera, Zięby, Węcławskiego, Hryniewicza, to w Klubach Inteligencji Katolickiej czasem rześko, czasem niemrawo próbuje się gadać i myśleć głęboko, syntetycznie, widzieć historię poprzez wartości. Miesięczniki takie jak
„Znak”, „Więź”, „W drodze” są latoroślami Kościoła. Wiem, te miesięczniki i Klub mają ograniczoną sferę oddziaływania, ale szukają dróg otwarcia. Dla mnie to sfera kultury ważniejsza niż wielkie wystawy, głośne premiery. Może krzywdzę wielu twórców. Gdyby jednak jakaś ważna duchowa strawa warzyła się gdzieś w kotłach, poczułbym chyba zapach, nabrał apetytu – ja i inni. Nie widzę zbiegowiska. Celowo nie widzę?
Na struktury społeczeństwa bez większości nakłada się rozwój społeczeństwa otwartego. Świadomość praw człowieka, jawność, obecność prywatnej gospodarki obok struktur państwowych, społecznych organizacji i fundacji obok agend rządowych, sprawia, że ludzie mają więcej wolności, ale też więcej poczucia osamotnienia, bezradności w życiowych wyborach, więcej ryzyka porażki i odrzucenia. Tak jak kultura nie trzyma już narodu poczuciem jedności, tak i państwo nie trzyma już społeczeństwa tak, jak obręcze trzymają beczkę, aby się nie rozpadła. Nie jest już autorem scenariusza rozdającym obywatelom role do zagrania, coraz częściej trzeba mówić własnym tekstem, samemu szukać sobie kostiumu, improwizować. To rodzi ocean frustracji. I to nie tylko u tych, co odpadają, ześlizgują się na margines. Również rzutcy ludzie sukcesu, bogacący się i śmiertelnie zapracowani biznesmeni przeżywają poczucie zbyt małych wyników, czują się zagrożeni przez mafię, przez biurokrację i korupcję, przez niepewność systemu podatkowego. Jednocześnie maleje liczba osób realizujących swoje życiowe plany poza sferą ekonomiczną – przez uczestnictwo w kulturze, przez życie rodzinne, działalność dobroczynną. Społeczeństwo otwarte z jednej strony stwarza dogodne warunki dla takich modeli przeżywania życia, a z drugiej dostarcza motywacji, które sprawiają, że na kulturę, rodzinę, akcje społeczne jednym brak czasu, innym pieniędzy. Ludzie nauczyli się, że życie poza kulturą wartości niczym nie grozi, że tak można. Na marginesie może być fajnie. Są pisma o wysokim nawet nakładzie, które starają się wykazać, że świat poza wartościami, świat antywartości, to świat większej wolności, cwaniackiego prestiżu. Te pisma szerzą jakieś ześwinienie rozsiane w zatomizowanym społeczeństwie, postawy przeciwstawne zaufaniu i życzliwości. Alkoholizm i pijaństwo, piwne rozzuchwalanie i zdegradowanie młodzieży to tylko echo społeczne tych negujących kulturę duchową zjawisk.
Ludzie mniej czytają, a książki kupuje coraz węższa elita. Książka jest tylko elementem utrzymywania w społeczeństwie życia i przekazywania wartości – ale przecież wszystkie elementy tego mechanizmu stają się kryzysem książki zagrożone – szkoły, Kościół, rodzina, uczelnie.
Alfabet rozpaczy
Od 9 lat trwa pomyślna koniunktura geopolityczna dla Polski jako państwa. Polska ma się nieźle, Kościół w Polsce działa w dość dobrych warunkach. To muszę w końcu powiedzieć, skoro tak długo wyliczam kłopoty. Powodzenie ekonomiczne państwa, funkcjonowanie demokracji są dla kultury szansą zarówno w przestrzeni
„dzieł i twórców” jak i „duchowego stanu narodu”. Podobnie można ocenić nadzieje, jakie budzi stan Kościoła. Mimo zagrożenia podziałami, jakie przynosi
„katolicyzm radiomaryjny”, trudności w zrozumieniu istoty tych podziałów i trudności w ich przekraczaniu, Kościół jest miejscem, w którym Polakom mówi się o wartościach, w którymi ostrzega się ich przed pustką rynkowych mitologii. Jeśli Polakowi wmawiają, że
„Renault to pełnia życia”, to ma szansę przypomnieć sobie, że w kościele słyszał co innego, że pełnią życia jest zjednoczenie z Panem. I tak Polak jest w jakimś sensie odporny.
Trzeba wyobraźni, aby objąć obszary naszej niewiedzy o współczesnej kulturze Polaków. Kształtują tę kulturę ścierające się burzliwie prądy wznoszące, ściągające w dół, niosące to w głębię przeszłości, to w mgłę niepewnej przyszłości, to na postmodernizujący Zachód, to ku klasycznym źródłom Śródziemnomorza. Na ile korab różni się od statku opisanego w jedynym naprawdę kultowym filmie międzyepoki, w
„Rejsie” Marka Piwowskiego?
Trzeba wyobraźni i wiary, aby mieć głębokie przekonanie, że ponad przestrzenią bez dialogu cokolwiek z kultury
„twórców i dzieł” dociera do obszarów kultury „społeczeństwa niczyjego”, obojętnego względem wartości. Myślę o tym społeczeństwie zbierając śmieci nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Boję się, że niezależnie od tego jak udatnie wystawiać będziemy Wyspiańskiego i grać Szymanowskiego – oni muszą śmiecić, naiwnością jest oczekiwać, że cudownie przestaną. To jest ich ekspresja, sposób przeżywania dobrobytu, Europy, panoszenie się w Ojczyźnie. Jedni rzucają butelki w całości, inni tłuką je na ścieżce, jedni zostawiają puszki po piwie pod krzakami, inni rzucające w ognisko lub do wody. To wszystko jest zakodowanym telegramem o stanie ducha, alfabetem rozpaczy, mamrotaną bez słów tragiczną tyradą. Nie czytają moich książek, ale ja odczytuję ich śmiecie ze współczuciem, przerażeniem, cieniem nadziei.
Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.
|