|
Kultura
w III Rzeczypospolitej
Masowa filozofia mediów
Ireneusz Krzemiński
Aby zabrać się do zapisania tych uwag, z ulgą zamknąłem moje domowe media, czyli radio. Są Walentynki i od celebrowania doniosłego święta kultury masowej rozbolała mnie głowa. Nie tak dawno czciliśmy ten dzień jako Święto Patronów Europy, św. Cyryla i Metodego, będące okazją do zamanifestowania tożsamości narodu siłą wcielonego w krąg obcej kulturowo potęgi.
Dzisiaj polska kultura masowa oparta jest bardziej na wpływach płynących ze Stanów Zjednoczonych niż z Europy. Amerykanizacja nikomu nie przeszkadza i chociaż kultura masowa społeczeństwa zachodnioeuropejskiego również żyje pod presją amerykańskich produktów, Polska pod tym względem przoduje. Od mody poczynając, na dominacji hollywodzkiej produkcji w kinach i wypożyczalniach video kończąc. W odróżnieniu od choćby Francji, nie widać najmniejszych oznak przeciwstawienia się tej ekspansji.
głupawe dowcipy i kryminały
Coś gorszego dokonało się w samym sposobie myślenia o kulturze i mediach. Szczególnie widać to nie tyle w telewizji, ile w radiu, zwłaszcza publicznym. Ukształtowała się
„rynkowa filozofia mediów”, która odwołuje się do rzekomo amerykańskiego przykładu, uznając swoje postulaty za powszechnie uznaną, zachodnią
„oczywistość”. Media publiczne mają być więc, po pierwsze, konkurencyjne wobec mediów prywatnych, komercyjnych, po drugie, powinny apelować do tanich gustów, takich mniej więcej, do jakich odwołują się pisma
„Detektyw” albo „Skandale”. Co więcej, przyjmuje się milcząco, że to jest właściwą realizacją zadania publicznego nadawcy, skoro ma on być nadawcą powszechnym, docierającym do masowego odbiorcy. Skonstruowano obraz jakiegoś wirtualnego odbiorcy, który odbiega
„w dół” nawet od niezbyt w końcu wykształconej polskiej publiczności. Bowiem polski odbiorca ma różne oczekiwania wobec publicznego radia i telewizji, i bez względu na to, że lubi obejrzeć głupawe dowcipy i niewymyślne kryminały, to zarazem chce lepiej zrozumieć świat.
Przed kilku laty wysoki poziom oglądalności osiągnęła telewizja edukacyjna. W zmieniającym się świecie pojawiły się nowe zagrożenia, a możliwości poradzenia sobie z nimi przez
„zwykłych ludzi” były dosyć niejasne; gdy politycy nie byli zainteresowani objaśnieniem procesów, reform, zjawisk – telewizja ta dawała przynajmniej pozór możliwości rozumienia, poruszania się
„po nowemu” w rzeczywistości społecznej. Nota bene, sukces Radia Maryja też dużym stopniu wiązałbym z odpowiedzią na tę potrzebę jasnej wizji świata.
Inteligentne i niepropagandowe objaśnienie świata – to nieustanna potrzeba, której zaspokojenie odrzucono wśród menedżerów mediów; być może z tego powodu, że wszelkie społeczne oddziaływanie na umysły i na serca ludzi uznano za obrzydliwą manipulację. Zarazem jednak niechęci do
„propagandy” towarzyszyła chęć jakby „podlizania się większości”, której potrzeby wyobrażono sobie jak najprościej. Sądzę, że czyniono tak i czyni się nadal z powodu najprościej pojmowanych potrzeb politycznych. Kryje się w tej praktycznej filozofii zdumiewający paradoks. Bo gdy porównać tę
„amerykanizującą” filozofię mediów z mediami w USA, okazuje się, że
„amerykanizacja” jest odbiciem odziedziczonego po PRL stereotypu. Media w USA, z jednej strony, są istotnie popularne w nader prostacki sposób, ale zarazem to właśnie tam, zarówno w środowisku akademickim, jak i choćby w rozgłośni Głosu Ameryki, zetknąłem się z opiniami niesłychanie pochlebnymi dla modelu polskiego radia, tego z czasów PRL. Chwalono jego poziom, widząc oczywiście ograniczenia płynące z sytuacji politycznej, mówiono, że był to dla Amerykanów pozytywny wzorzec kulturalnego radia. W tej chwili w Stanach Zjednoczonych radio publiczne nabiera siły i znaczenia, prezentując bardzo wysoki poziom. Jest to efekt odwołania się do tradycji europejskiej i zastosowania z bardzo dobrym skutkiem form wypracowanych w radiach komercyjnych.
Przede wszystkim dotyczy to tzw. „radia interaktywnego”. O ile w rozgłośniach komercyjnych służy ono zwykle głupkowatym konkursom, w radiu publicznym wykorzystuje się tę technikę do poruszenia niezwykle istotnych dla Amerykanów spraw, np. dyskusji słuchaczy na temat identyfikacji z amerykańskim państwem i jego dziedzictwem białych i ciemnoskórych Amerykanów. U nas sięga się do najgorszych i raczej już przebrzmiałych wzorców radia komercyjnego, natomiast z doświadczeń publicznego radia amerykańskiego czy BBC korzysta się mało. To samo dotyczy telewizji. W ten sposób filozofia komercyjna zwycięża w polskich mediach publicznych. To paradoks, bo odwołuje się ona do w dużym stopniu nieistniejącego już wzorca.
PROCENTY
Jest ona wyznawana przez zwolenników różnych orientacji ideowych – zarówno młodsze pokolenie liberałów, jak i konserwatystów, nie mówiąc już o postkomunistach. A ponieważ polityzacja mediów publicznych – przynajmniej w sensie reguł obsadzania stanowisk i awansowania pracowników – osiągnęła stopień właściwie identyczny jak w PRL, tym bardziej interesujące są tego konsekwencje. Znikły albo stały się drugorzędne wspólne, podstawowe kryteria oceny ludzi mediów i ich wytworów. Komercyjna filozofia mediów w praktyce polega na tym, że zwyciężają kryteria władzy i aktualnych wpływów, czyli zarazem partykularne kryteria ideologiczne. Drugorzędne znaczenie ma, czy będzie to ideologia katolicka, czy postkomunistyczna. Co innego będzie
„strawą dla ludu” w jednym i drugim przypadku, ale zostanie ona spreparowana podobnie, a jej rzecznicy odwołają się do kryterium
„oglądalności”.
Pojawia się więc pytanie o obecność w kulturze masowej tego, co się nazywa
„kulturą wysoką”. Wyznacznikiem masowej kultury współczesnej jest mieszanina treści i form z różnych kulturalnych poziomów. Co więcej, nawet w popularnych rozgłośniach i telewizjach przeplatają się realizacje świetne z produkcją poniżej wszelkiego poziomu. Być może to pomieszanie jest najbardziej uderzające, gdy się wejdzie do wielkiej księgarni, albo też w ofercie telewizji kablowych. Żenujące głupoty i prostactwo przemieszane z ofertą najwyższej klasy i najwyższego lotu, a wszystko – nierzadko – równie efektownie podane... Jedyne, co mogą zrobić przeciwnicy złego smaku i moralnego świństwa, to nie tyle walczyć ze złymi realizacjami, ile o to, aby pomiędzy nimi znalazło się jak najwięcej ofert wcielających odwieczne ideały. Komercyjna filozofia mediów jest naturalnym przeciwnikiem takiej strategii. W najlepszym razie jej zwolennicy będą mogli zgodzić się, aby w masowej ofercie wyodrębnić jakiś malutki
„kramik z wyższą kulturą”. Powołają się tu na rzekomo demokratyczne kryteria, nie pozwalające marnować pieniędzy na nadawanie programów słuchanych czy oglądanych przez 1, 2 bądź 3 proc. publiczności.
Jednakże zadaniem mediów, zwłaszcza publicznych, jest tworzenie płaszczyzny porozumienia między bardzo różnymi segmentami pluralistycznego społeczeństwa. Różnorodność ludzkiego świata jest zresztą podstawową ich siłą. Ale zadaniem równie istotnym jest prowokowanie społeczeństwa obywatelskiego, w którym obywatele wierzą, że ich pojedynczy głos ma znaczenie. Fakt, że w ubożejącej między 1990 a 1993 rokiem Polsce na wielką skalę montowano anteny satelitarne, że tak wiele działa tu radiostacji lokalnych, świadczy o wielkim społecznym zapotrzebowaniu na zróżnicowany obraz świata. W mediach powinno być miejsce zarówno na kulturę
„niską”, popularną, może nawet jarmarczną, jak i „wysoką”: zawsze dobrze jest pamiętać o tych tysiącach młodych ludzi, którzy od gitarowego rock-and-rolla wznosili się do muzyki szlachetniejszej, albo dzięki popularnym filmom sięgali do arcydzieł literatury światowej.
Wyższa kultura w mediach na co dzień dotyczy mniejszości. Ale jej znaczenie dla całego układu kulturowego nie jest wyznaczane liczbowym zasięgiem. Liczy się również jakość. Choćby takiego programu, jak radiowa
„dwójka” czy „bis” zawsze słuchała zdecydowana mniejszość, to i tak publiczny nadawca powinien dbać o tę mniejszość słuchaczy, być może nawet szczególnie. Z tego powodu, iż takie rozgłośnie, skupiając się na wielkich, a przecież codziennych zadaniach przekazywania dorobku kulturalnego ludzkości, wypracowują nowe rozwiązania, znajdują nowe formy, które potem upowszechniają się i znajdują zastosowanie również w popularnych i komercyjnych mediach. Nie mówiąc już o tym, że przecież te nakierowane na
„mniejszościowego” słuchacza nadajniki przekazują tradycje rodzimej kultury, i to bez żadnego ideologicznego lub propagandowego celu. Poprzez wychowanie bardziej kulturalnych i lepiej wykształconych mniejszości, bądź też swoistych kulturalnych elit – rozwija się masowe społeczeństwo.
Kultura masowa żyje na bazie owej „kultury wyższej”, czerpiąc swe siły z różnych warstw kulturowej tradycji narodowej i ogólnoludzkiej. Komercyjna filozofia mediów zdaje się lekceważyć tę glebę i formy, ramy kulturowe, dzięki którym może się efektywnie rozwijać, a niektórzy powiedzieliby: rozpleniać masowy produkt kulturalny.
Niniejszy artykuł jest rozwinięciem tez wygłoszonych na zebraniu Polskiego PEN-Clubu „Kultura w mediach”, 20 października 1997 roku.
|