Kultura w III Rzeczypospolitej




Proza: budowanie świata

Leczenie przestrzeni


Jerzy Jarzębski


Budując w przestrzeni zniszczonej przez politykę i ideologię struktury mitologiczne, hierarchię ważności poszczególnych miejsc oraz poczucie czasoprzestrzennej ciągłości, pisarze pomagają nam uczynić nasze otoczenie zdatnym do zamieszkania.

Ten, kto pamięta „warszawskie” powieści Konwickiego, „Złego” lub „Życie towarzyskie i uczuciowe” Tyrmanda, wczesną prozę Hłaski czy opowiadania Nowakowskiego, powieści Grynberga, „Miazgę” Andrzejewskiego, „Grę na zwłokę” i „Kraj świata” Janusza Andermana, zapamięta z pewnością charakter przestrzeni, w której przebywali bohaterowie. Ta przestrzeń wielkiego miasta była labiryntowa i zarazem nieprzyjazna, z góry dana – a zatem bez możliwości jej ominięcia lub zamiany na inną przestrzeń, zdewastowana pod względem zarówno fizycznym, jak duchowym.

DEWASTACJA...
Bohaterowie najbardziej charakterystycznych utworów prozy kilku powojennych dziesięcioleci w przestrzeń, w której żyli, byli „wrzucani”, mogli po niej błądzić, nie mogli jej jednak kształtować, a jeśli – jak w przypadku Białoszewskiego – umieli ją oswoić i uczynić miejscem własnych, intymnych olśnień, działo się to za cenę żmudnej pracy, polegającej na nakładaniu na domy, drzewa, ulice, kioski i przystanki tramwajowe sieci najgłębiej własnych, prywatnych znaków i sygnałów uruchamiających mechanizmy pamięci: wspomnienia ludzi i zdarzeń wytrącających przestrzeń z jej bytu „oficjalnego” i przenoszących ją w kosmos wewnętrzny pisarza. Przeważały jednak wizje przestrzeni, której oswoić się nie dało, a jej obcość, brzydota i wrogość potęgować się mogły tak dalece, że kulminowały w szaleństwie – jak w „Obłędzie” Krzysztonia, z którego w pamięci zostaje upiorny motyw wędrówki bohatera z domu do siedziby Polskiego Radia przez miasto, które całe jawi się jego opanowanemu psychozą umysłowi jako teren, gdzie wszyscy i wszystko działa przeciw niemu.
Trudno przecenić społeczne i psychologiczne skutki dewastacji przestrzeni, jaka się dokonała w Polsce w konsekwencji wojny i kilku dziesięcioleci władzy komunistycznej. Pierwszym i najlepiej widocznym efektem historycznych zdarzeń była ruina miast dotkniętych wojną, a następnie – przesunięcie państwa polskiego na zachód, wielka migracja ludności, której przyszło porzucić ojcowiznę i odnajdywać się w obcej rzeczywistości ziem zachodnich i północnych. Drugim etapem dewastacji i konieczną konsekwencją pierwszego było odcięcie – szczególnie ziem nowo nabytych – od ich naturalnej historii: w ten sposób próbowano usunąć ze społecznej pamięci niemiecką przeszłość Gdańska, Wrocławia czy Szczecina, zrywając naturalną więź, jaka łączy zwykle domy, kościoły, przedmioty codziennego użytku i dzieła sztuki z ich twórcami i owych twórców prywatnym dziedzictwem.
Trzeci akt dewastacji wiązał się z powojenną polityką wobec właścicieli kamienic. Tych próbowano „zniszczyć”, wyzuć z wszelkich praw, niszcząc jednocześnie zarówno same kamienice, jak – poprzez system kwaterunkowy – naturalne, kształtujące się w ciągu dziesięcioleci mikrospołeczności lokalne i spajające je więzi sąsiedzkie. Następnie zniszczeniu uległa tworząca się przez wieki hierarchiczna struktura przestrzeni miast – z jej zamożnymi, pełnymi historycznych budowli centrami, siedzibami starych, mieszczańskich lub arystokratycznych rodów, dzielnicami zamieszkałymi przez klasę średnią i – z reguły odleglejszymi od centrum dzielnicami robotniczymi. Pod ideologicznymi hasłami w rodzaju: „Lud wejdzie do śródmieścia!” do starych, często pełnych antyków i dzieł sztuki mieszkań dawnej elity dokwaterowano najzupełniej przypadkowych ludzi, powodując szybką dewastację pałaców i okazałych kamienic, a w miejscach, gdzie zniszczenia wojenne lub zniszczenia czasu pokoju, spowodowane przez brak remontów doprowadziły do ruiny starej zabudowy, stawiano brzydkie, tandetne bloki mieszkalne. To wszystko – wraz ze zrównaniem czynszów – doprowadziło szybko do zatarcia różnic pomiędzy lepszymi i gorszymi dzielnicami. Niebawem dawni mieszkańcy historycznych centrów poczęli uciekać ze swych zniszczonych mieszkań do nowych, szpetnych osiedli – byle dalej od znienawidzonych „kołchozów”, gdzie gnieździli się po kilka rodzin razem, a piękne kiedyś, a dziś zrujnowane stare kamienice wypełnili najbiedniejsi, którzy nie mogli sobie pozwolić ani na nowe mieszkania spółdzielcze, ani na remont tych, które zajmowali. Ten etap socjologicznego zmieszania klas i warstw społecznych wiązał się więc nierozdzielnie z dalszą dewastacją materialną całego otoczenia. Przestrzeń wspólna, pozbawiona gospodarza i jakiejkolwiek opieki, popadała w coraz większe zaniedbanie i ruinę, podczas gdy mieszkańcy miast barykadowali się w z trudem zdobywanych enklawach przestrzeni prywatnej. W nieco inny sposób zdewastowana została przestrzeń wsi – zabudowanej chaotycznie tysiącami przerażająco brzydkich i niefunkcjonalnych domów z katalogu, a przy tym wyrzekającej się stopniowo swego mitologicznego dziedzictwa i tradycji.
Zrujnowanej przestrzeni współczesności pisarze przeciwstawiali więc jakże chętnie przestrzeń „prawdziwą”, nie zniszczoną, obdarzoną mityczną sankcją. Taką rolę pełniła przestrzeń podwileńskiej doliny u Konwickiego, „trójkąt łąk” u Kuśniewicza, okolice dzieciństwa u Stojowskiego, Żakiewicza, Nowaka czy Macha. Przestrzenią prawdziwą, tzn. zakorzenioną w micie i obdarzoną przez ów mit strukturą była również przestrzeń dawnej wsi w literaturze nurtu chłopskiego, ale ta właśnie przestrzeń jawiła się jako raj utracony, jako miejsce zniszczone przez modernizację (jak w „Kamieniu na kamieniu” Myśliwskiego) albo porzucone w drodze do obcego, nieprzyjaznego miasta (jak u Nowaka czy Kawalca).

...I ODBUDOWA
O ile dewastacja przestrzeni stała się istotnym, choć często ukrytym tematem literatury powojennej, o tyle trudno na pierwszy rzut oka ocenić, co w literackich obrazach przestrzeni zmieniło się w prozie lat 90. Zmiany nie są bowiem natury „rewolucyjnej” (rzadkie to zresztą w prozie), a raczej statystycznej. Obrazy przestrzeni obcej, nieprzyjaznej, zdewastowanej zdają się z prozy ustępować, choć utrzymują się wciąż w pewnej kategorii książek pokazujących rzeczywistość dzisiejszą w lustrze deformującej groteski. Ale nie one nadają ton dzisiejszej prozie. Można zauważyć raczej generalny odwrót od przedstawiania aktualnego życia społecznego, a wraz z nim i przestrzeni, w jakiej się ono toczy. Proza kieruje się raczej w stronę pewnych struktur elementarnych, pierwotnych, próbuje odbudowywać mitologiczne korzenie świata, w którym żyjemy. Dzieje się to na kilka sposobów, o których poniżej.
Odbudowa przestrzeni odbywać się więc może po pierwsze poprzez jej ponowne, mityczne „założenie” na nowych, odmiennych zasadach. Taki niezwykły „mit założycielski” konstruuje dla odbudowywanej po wojnie Warszawy Magdalena Tulli w „Snach i kamieniach”. Bezsensem byłoby oczywiście szukać w tej książce pokrewieństw z powieściami w rodzaju „Obywateli” Brandysa. O ile bowiem mit odbudowy w literaturze oficjalnej lat 50. opierał się o ideę nowego – politycznego i przestrzennego – ładu, wyrastającego ze wskazań ideologii, o tyle autorka „Snów i kamieni” wywodzi go z kontrapunktu idei porządkującej, twórczyni martwych symetrii – i rozbijającego suchy, geometryczny ład biologicznego élan vital. W ten sposób Tulli staje się apologetką tego, co żywe, nie ujęte w karby, co wymyka się odgórnie wdrażanym programom.
„Gest założycielski” na nieco inny sposób powtarza Olga Tokarczuk w „Prawieku”. Ta książka jest na odmianę próbą „stworzenia świata” niejako od nowa (choć po części ze znanych elementów krajobrazu i historii) na użytek autorki i jej dzieła. Ten świat posiada wyraźną przestrzenną strukturę i zawiera wszystkie podstawowe mityczne elementy, które są do pełni istnienia potrzebne. Autorka, jak łatwo przewidzieć, wyznacza w nim miejsce na dom – także poprzez swój plan, konstrukcję i usytuowanie spełniający warunki, którym winna podlegać rodzinna Siedziba, dyktuje też swemu światu „mit założycielski”, którym jest dziwna gra ofiarowana przez cadyka dziedzicowi Popielskiemu. Owa gra – jak na tego typu mit przystało – jest zarazem projektem pewnego ładu i szyfrem, do którego brak klucza, „objaśnieniem” i „tajemnicą” jednocześnie.
Pewną – paradoksalną dosyć – wersją odbudowy przestrzeni może być przeniesienie punktu widzenia na zewnątrz, do obcego kraju. Autor może w ten sposób demonstracyjnie odrzucić fatalizm, każący dotychczas polskiemu bohaterowi literackiemu utożsamiać się ze swojskim krajobrazem. Spojrzenie z zewnątrz jest nie tylko znakiem nowej suwerenności podmiotu, który sam sobie wybiera miejsce zamieszkania, ale też próbą włączenia „przestrzeni polskiej” w jakąś przestrzeń szerszą i rozleglejszą, dla której świat otaczający nas bezpośrednio byłby tylko przypadkiem szczególnym. Tak jest np. w książkach Manueli Gretkowskiej, Marka Bieńczyka czy Nataszy Goerke, którzy chyba celowo akcję swych utworów rozgrywają w scenerii Europy czy świata, odbierając Polsce status miejsca szczególnie (pozytywnie bądź negatywnie) nacechowanego.
Leczenie zdewastowanej przestrzeni odbywa się na inny sposób w powieściach i opowiadaniach pisarzy gdańskich: Stefana Chwina i Pawła Huelle. Zarówno w „Weiserze Dawidku” i opowiadaniach Huellego, jak w „Hanemannie” i „Krótkiej historii pewnego żartu” Chwina, przestrzeń rodzinnego miasta ukazana jest jako swego rodzaju palimpsest, z którego zdejmować można kolejne warstwy znaczeń, ma bowiem owa przestrzeń swój kształt dzisiejszy, ma też ten, który nadali jej bohaterowie w latach dzieciństwa, ma wreszcie gdzieś u spodu tradycję i mitologię ukrytą i ocenzurowaną, bo pochodzącą od Obcych, zaklętą w kształt domów, ulic i przedmiotów codziennego użytku, w stare gazety, książki, plany miasta z obcojęzycznymi nazwami. Przestrzeń tego rodzaju jest miejscem nieustannych odkryć, choć ma też w sobie – niczym gra dziedzica Popielskiego – sferę tajemnicy, do której nie sposób dorobić klucza. Utwory Huellego i Chwina pokazują rozmiar zniszczeń, jakiego w naszym rozumieniu przestrzeni dokonać może zapominanie na rozkaz z góry historii miejsc, w których mieszkamy – i zarazem – jak w miarę odkrywania przeszłości i nawiązywania łączności z zamieszkującymi ją ludźmi nasze otoczenie nabiera plastyczności, kolorów, traci zaś właściwy minionym czasom przykrywający wszystko odcień szarości.
W jakimś sensie pomiędzy dwoma wyróżnionymi wyżej sposobami radzenia sobie z dewastacją przestrzeni mieszczą się „Ślady na piasku” i „Pory roku” Marka Jastrzębca--Mosakowskiego, a także najnowsza, nie drukowana jeszcze powieść „Vox lucis” tego autora. Punktem wyjścia drogi swych bohaterów czyni on Warmię – jako miejsce zmieszania polskiej i niemieckiej tradycji, ale jego utwory nie są już tylko sprawozdaniem z młodzieńczej przygody „zdzierania masek” z palimpsestowej przestrzeni – jak to było w przypadku prozy „gdańskiej”. Mosakowski buduje znacznie rozleglejszą strukturę przestrzenną, jej osią czyniąc opozycję pomiędzy północą a południem Europy, między krajobrazami i duchem Prus Wschodnich i Italii. Jego bohaterowie przeżywają – wskutek wojny i powojennych porządków – fizyczną zagładę swego świata, nikt ich jednak nie może wyzuć z pamięci, nie umie im skutecznie zakazać poszukiwania swych korzeni. Z drugiej zaś strony opozycja Północ-Południe jest u Mosakowskiego opozycją równoprawnych partnerów, nie zaś – jak to było kiedyś u Różewicza – zestawieniem dwu rzeczywistości, z których jedna zebrała w sobie całe piękno świata, a druga jedynie cierpienie („Wykopaliska w moim kraju mają małe czarne / głowy zaklejone gipsem okrutne uśmiechy”).

intensywność widzenia
Czy zatem tędy, tzn. poprzez próby rekonstrukcji szerszych struktur przestrzeni mitycznej, prowadzi „droga do Europy”, droga do naprawy, restytucji, uleczenia zdewastowanego otoczenia, w którym żyją Polacy i w którym rozwija się ich literatura? Innego zdania zdaje się być Jacek Giszczak, dla którego droga do Europy to widziana z nielitościwą ostrością pępowina „szosy warszawskiej”, obrośnięta występkiem, nieprzyjazna, wykluczająca porozumienie pomiędzy zatrzaśniętymi w pudłach swych karoserii kierowcami. Dewastacja przestrzeni nie jest, rzecz jasna, przypadłością, którą można usunąć w kilka lat – dotyka nas ona wciąż i próżno marzyć, że jej unikniemy w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Widać ją wszędzie tam, gdzie pisarz decyduje się patrzeć na świat bezpośrednio, z najbliższego dystansu. Literatura może przestać dostrzegać w niej nieuniknioną konieczność – wtedy omija wzrokiem pustynie blokowisk, mieszaninę blichtru i ruiny, zaburzenie przestrzennego ładu starych centrów miejskich, beznadziejną brzydotę wsi. Próbuje założyć świat od nowa, odnaleźć jego mitologiczne korzenie, szuka więc sobie często rzeczywistości odrębnej, zamkniętej, właśnie – literackiej. Czynią tak pisarze najróżniejszych artystycznych orientacji: Magdalena Tulli i Małgorzata Saramonowicz, Olga Tokarczuk i Marek Kędzierski, Jarosław Gibas i Krzysztof Myszkowski. 
Jeśli zaś pisarz opuszcza swą enklawę i patrzy na swe otoczenie tu i teraz, wówczas albo ponosi go pasja satyryczna i duch negacji – wtedy zamyka się w literackości innego typu, z czego rodzą się mniej lub bardziej zdeformowane, groteskowe obrazy współczesności, znane nam z powieści Piotra Wojciechowskiego, Pawła Przywary, Marka Bukowskiego czy Romana Praszyńskiego – albo skupia uwagę na tym, co jeszcze żyje i co niesie w sobie nadzieję na odbudowę sensu, piękna i wartości – wtedy musi patrzeć intensywnie i dostrzegać więcej niż umie przeciętny obserwator.
Takim obserwatorem o ponadprzeciętnej zdolności odczytywania przestrzeni jest niewątpliwie Andrzej Stasiuk, a jego kolejne książki zdają się opisem dramatu, który ma bardzo istotny wyraz przestrzenny. „Mury Hebronu” pisane są ze środka przestrzeni zamkniętej, stanowiącej – jak to w przypadku więzienia najczęściej bywa – swoisty anus mundi. W „Białym kruku” bohaterowie obserwują ze zgrozą, jak miasto, w którym znajdowali przed laty przestrzenie intymności i przygody, przekształca się nieuchronnie w banalną scenerię banalnego życia – uciekają więc w Bieszczady, spodziewając się odnaleźć tam na nowo autentyczną przestrzeń przygody – nie potrafią już jednak swemu marzeniu sprostać. W kolejnych książkach Stasiuk tę przestrzeń przygody i wolności stara się jak gdyby odbudować, ale sukces autentyczny przynoszą mu te teksty, w których dostrzegamy jak gdyby większą intensywność widzenia: „Opowieści galicyjskie” i „Dukla”. Pierwszy z nich spod zaobserwowanych celnie i wyraźnie ludzi i zdarzeń wydobywa mityczną historię, drugi z obrazu miasteczka u wrót przełęczy czyni obiektyw, który pozwala zajrzeć w porządek świata i porządek własnego życia tego, kto o miasteczku opowiada.

„Uleczyć przestrzeń” jakże więc można? Usuwając wprowadzone sztucznie granice i maskujące historię kurtyny, odbudowując ciągłość dziejów i indywidualnych biografii, które na owej przestrzeni pozostawiają swe ślady i pozwalają ją odczytywać niczym pełen znaczeń tekst. I jeszcze: przestrzeń przegrodzoną sztucznymi granicami politycznymi czy ekonomicznymi – i noszącą na sobie ślady ich wprowadzenia – leczy się, wydłużając perspektywę widzenia, oglądając to, co tu i teraz, z dystansu kontynentu czy świata. W taki sposób leczyli się z nostalgii powojenni emigranci – Miłosz, Vincenz, Stempowski, Józef i Maria Czapscy, Jeleński, którzy tyle energii poświęcili, by ponad żelazną kurtyną wpisać Polskę, jej społeczeństwo i kulturę w kontekst ogólnoeuropejski. W taki też sposób, wyzbyty poczucia wyjątkowości i separacji od świata starają się widzieć polską rzeczywistość pisarze lat 90. Budując w przestrzeni zniszczonej przez politykę i ideologię do spółki z ekonomią stare/nowe struktury mitologiczne, hierarchię wartości i ważności poszczególnych miejsc oraz poczucie czasoprzestrzennej ciągłości, pomagają nam na razie uczynić nasze otoczenie zdatnym do zamieszkania. W sytuacji kraju, który dopiero zaczął leczyć swe rany i powstrzymywać powszechny pęd młodych ludzi do ucieczki za granicę, to i tak sporo.













 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl