Kultura w III Rzeczypospolitej




Polskie kino komercyjne

Demony liczb


Katarzyna Jabłońska


Ilość – fetysz współczesnego świata – dotyka także kultury, domaga się pierwszeństwa w ocenie jej wytworów. Wskaźniki rynku szantażują, ujawnia się to zwłaszcza w przypadku kina, będącego sztuką bardzo kosztowną. Coraz częściej liczby – ilość sprzedanych biletów i uzyskanych wpływów – a nie walory artystyczne stanowią potwierdzenie wartości filmu.

Polskie kino miało w ostatnich latach poważne kłopoty właśnie z liczbami. Tłumy na filmach amerykańskich i świecące pustkami sale na polskich rodziły frustrację i mało przyjazną atmosferę wokół rodzimych produkcji. Sytuację tę odmieniło pojawienie się Władysława Pasikowskiego i jego filmów akcji. Spektakularny sukces – kilkaset tysięcy widzów, które gromadził każdy z jego filmów – ośmielił innych do zajęcia się kinem popularnym. Po 1990 roku pojawiło się nowe pokolenie twórców – wspomniany Pasikowski, Maciej Ślesicki, Jarosław Żamojda, którzy taką formułę obrali za cel twórczej działalności.
Miniony rok to – patrząc w perspektywie liczb – wielki sukces rodzimego kina. W pierwszej dziesiątce filmów, które zgromadziły najwięcej widzów, znalazły się aż cztery produkcje polskie. Niekwestionowanym triumfatorem jest „Kiler” Juliusza Machulskiego, który w ciągu 12 tygodni od premiery zdołał zgromadzić 1600 tys. widzów (liczba ta wciąż się powiększa), zajmując pierwsze miejsce w rankingu. „Sara” Macieja Ślesickiego – którego debiutancki film „Tato” znalazł się pośród najchętniej oglądanych filmów 1995 r. (450 tys. widzów) i został obsypany festiwalowymi nagrodami – zgromadziła 650 tys. widzów, zajmując 7. miejsce w klasyfikacji. „Nocne grafitti” Macieja Dutkiewicza i „Szczęśliwego Nowego Jorku” Janusza Zaorskiego z wynikami przekraczającymi pół miliona widzów uplasowały się na 9. i 10. miejscu. Debiut reżyserski Olafa Lubaszenki „Sztos” przekroczył liczbę 300 tysięcy widzów. „Młode wilki 1/2” Jarosława Żamojdy – który przed trzema laty odniósł sukces frekwencyjny debiutanckim filmem „Młode wilki” (obejrzało je dotąd w kinach 600 tys. widzów) – sprzedają się bardzo dobrze, a najnowszy film Władysława Pasikowskiego „Demony wojny wg Goi” zgromadził w ciągu pierwszego tygodnia wyświetlania 160 tys. widzów.
Wymienione tytuły stanowią przykłady bardziej lub mniej sprawnie zrealizowanego kina akcji (bardziej w przypadku filmów Pasikowskiego, Ślesickiego, Dutkiewicza i Lubaszenki, mniej w przypadku Żamojdy). Na ich tle wyróżnia się „Kiler”, odnoszący się z dystansem i pewną ironią do tej formuły. Machulski potwierdził po raz kolejny, że doskonale czuje się w żywiole komedii, chociaż film o spokojnym taksówkarzu Jerzym Kilerze, noszącym sprzeczne z naturą nazwisko, nie jest jego największym osiągnięciem. Film Janusza Zaorskiego „Szczęśliwego Nowego Jorku” nastręcza pewne problemy z klasyfikacją. Ta inspirowana prozą Edwarda Redlińskiego tragikomiczna opowieść o polskich emigrantach z Greenpointu to nie pozbawione ambicji kino z widokami na kino akcji.

kompleks drugiego dna
Polskie kino komercyjne coraz bardziej przypomina amerykańskie, na którym z upodobaniem się wzoruje. Jest jednak coś, co zasadniczo różni je od hollywoodzkiego idola. Nierzadko odnieść można wrażenie, że nie chce być ono tym, czym w istocie jest – profesjonalnie zrealizowanym kinem dla masowej publiczności. Filmy w rodzaju „Sary” czy „Demonów wojny wg Goi” określane bywają czasem mianem komercyjno-
-artystycznych. O ile pierwszy z przymiotników nie budzi zastrzeżeń, o tyle drugi budzić może co najmniej zdziwienie. Sprawna realizacja, trzymająca w napięciu wartka akcja i „okrągłe” dialogi czy wreszcie – jak można przeczytać w materiałach prasowych „Sary” – „sceny erotyczne utrzymane na wysokim poziomie” nie nadają im przecież jeszcze rangi artystycznej.
Łatwiej jest z pewnością krytykować niż zrealizować film, który zechcą obejrzeć tysiące widzów. Trudno jednak się nie dziwić, czytając wypowiedzi w rodzaju: „Ludzie oglądają »Psy« – mówi ich twórca – bo zdecydowanie ocalają one coś takiego, jak wierność sobie, bezkompromisowość, a może nawet nawrócenie.” „»Młode wilki1/2« – można przeczytać w materiałach dla prasy – nie jest filmem o przemocy i zbrodni. Jest to film o przyjaźni, lojalności i pierwszej miłości (...) o marzeniach i pragnieniach. Zarówno tych zwykłych, banalnych, jak szybkie samochody i ładne dziewczyny, jak i głębszych, jak chęć znalezienia swojego celu w życiu, potrzeba poznania własnej tożsamości.” „Sukces pierwszej części – mówi twórca filmu – dowodzi jak bardzo nastoletni widzowie poszukują swojego portretu na ekranie. Stanowią przecież nowe i czasami trudne do zrozumienia pokolenie, dorastające w innych warunkach politycznych i gospodarczych”. W wypowiedzi Jarosława Żamojdy jest bez wątpienia wiele słuszności, trudno jednak zgodzić się, by któryś z obu filmów o „młodych wilkach” czy „Słodko-gorzki” Pasikowskiego – którego bohaterami są również licealiści – przynosił portret młodego pokolenia. Są czymś na kształt komiksowych opowiastek z dymkami, zamieszczanych w młodzieżowych pismach typu „Popcorn” czy „Dziewczyna”. Żamojda proponuje wersję „soft”, a Pasikowski „hard”.
Zdziwienie, jeżeli nie uśmiech, wywołuje stwierdzenie „o głębokim podłożu psychologicznym” bohaterów „Sary” oraz pasji twórcy „Demonów wojny wg Goi”, z jaką „ukazuje proces, w którym w obliczu nieustającego niebezpieczeństwa krystalizują się postawy i charaktery bohaterów opowieści”. Ten, jak zaklasyfikował go dystrybutor, dramat wojenny to bardzo sprawnie zrealizowane, dynamiczne i widowiskowe kino akcji. Wojna jest tutaj doskonałym tłem dla męskiej przyjaźni i odwagi. Wątki „pacyfistyczne” stanowią atrakcyjne, działające na uczucia widza ozdobniki, co nie wyklucza wcale, że ów pacyfizm jest szczery czy poruszający (np. milcząca scena, w której główny bohater, major Keller, zostaje sam pośród trumien ze swoimi poległymi żołnierzami), tyle że nie on jest tutaj najważniejszy. Wojna ma w filmie Pasikowskiego posmak wielkiej przygody. Mimo antywojennych deklaracji wygłaszanych przez bohaterów, nie udaje się ukryć przyjemności, jaką sprawia zabawa w wojnę oraz chłopięcej fascynacji nią. 
Słuchając niektórych twórców odnosi się niekiedy wrażenie, jakby sami przed sobą nie mogli przyznać się i zaakceptować, że robią kino wyłącznie komercyjne. „Kino jest – przyznaje Władysław Pasikowski – dla dorosłych bajką na dobranoc, więc opowiadam bajki.” Ta deklaracja nie przeszkadza jednak w jedną z tych bajek wmieszać Goi i jego „Okropności wojny”. „Państwo dziennikarze, co wy myślicie, że oni chodzą na »Psy« – mówi o widzach swoich filmów Pasikowski – bo ktoś komuś daje po mordzie albo się brzydko wyraża? Nie. Chodzą, bo Bogie mówi: »Nie chce mi się z tobą gadać«. A on wie dlaczego.” Okazuje się, że ów, tkwiący być może w podświadomości, „kompleks drugiego dna” dotyka także reżyserów debiutujących w latach 90., jawnie dystansujących się od romantycznego modelu sztuki i zwolnionych z wynikających zeń zobowiązań.
Twórcy kina komercyjnego nie mają powodów do kompleksów. Wprawdzie nie są rozpieszczani przez krytykę, uwielbiani są za to przez publiczność. Nierzadko bardzo dobrze wiedzie im się na rozmaitych festiwalach. Filmy Pasikowskiego zgromadziły niemałą kolekcję festiwalowych nagród. Poprawiają one z pewnością samopoczucie, uchodzić mogą nawet za dowód na istnienie owego „drugiego dna”, nie dostrzeganej przez wielu „głębi”.
 
DEMASKATORZY, POSZUKIWACZE...
Odzyskana po 1989 roku wolność pozwoliła wreszcie zdjąć, uwierający wielu twórców i narzucony sztuce, „płaszcz Konrada”. Przedstawianie „świata nie przedstawionego” oraz odkłamywanie historii przestało być moralnym obowiązkiem. Nowa sytuacja polityczna oraz gospodarcza – z presją rynku oraz ujawniającym się coraz wyraźniej znużeniem publiczności „sprawą narodową” i tematyką polityczną – postawiły twórców przed trudnymi wyborami, a nierzadko także koniecznością dokonywania różnego rodzaju przewartościowań.
„Ubolewam – mówi Janusz Zaorski – nad zalewem polskich, ale i światowych kin przez tę hollywoodzką monokulturę. Ale niestety na to nie ma rady. Jeśli się chce mieć widza w kinie, trzeba mu dać sensację i zaskoczenie. Ja zresztą w tym filmie – mowa o „Szczęśliwego Nowego Jorku” – też mam wątek kryminalno-gangsterski, który służy potęgowaniu napięcia. Przy tej okazji staram się przemycić inne ważne treści dotyczące charakteru i losu Polaka.” Jak trudne są to wybory – obrazuje wspomniany film. Historię o polskich emigrantach w Ameryce opowiedziano w nieco zbyt może rozbuchanej formie wideoklipu, ze splotu tragikomicznych sytuacji i zachowań wyłania się jednak momentami jakaś żałosna i tragiczna prawda o ludzkiej naturze. Tragizm wyciszany bywa przez komizm, a owa gorzka prawda zdaje się niekiedy napawać lękiem samych twórców, którzy starają się ją nieco osłodzić – ujmują to, co najtragiczniejsze, w nawias konwencji.
Twórcy komercyjnego kina z mniejszą lub większą finezją wykorzystują znane konwencje. Używając ich opowiadają historie o „wrażliwych twardzielach”, którzy mają najczęściej twarz Bogusława Lindy, posługują się bardzo lapidarnym, ale niezwykle obrazowym językiem i zdolni są do wielkich poświęceń oraz odwagi. O ile w Hollywood triumfy święcą w ostatnim czasie sentymentalno-romantyczne opowieści w rodzaju „Titanica” czy „Angielskiego pacjenta”, o tyle polskie kino komercyjne to najczęściej „męskie” kino akcji, wzbogacone oczywiście o wątki romantyczne, czyli erotyczne i humorystyczne. (Odnotować wypada pewną istotną zmianę w tej sferze w ostatnim filmie Pasikowskiego. „Demony wojny wg Goi” są znacznie bardziej przyjazne kobietom niż poprzednie filmy tego reżysera, a erotyzm występuje tu w o wiele łagodniejszej formie.) Te historie ubarwiane są zazwyczaj swojskimi realiami, podejmują „gorące tematy” (przemyt alkoholu, korupcja władzy i policji, porachunki mafijne, narkotyki etc.). Lokalny krajobraz podnosi bez wątpienia ich atrakcyjność, nadaje rys wiarygodności, a niejednokrotnie stanowi także alibi zarówno dla zachowań bohaterów, jak też solidaryzujących się z nimi widzów.
Reguły zabawy, jaką jest tego rodzaju kino, są jasno określone. Te filmy albo przyjmuje się z dobrodziejstwem inwentarza, albo się ignoruje. Wykreowana w nich rzeczywistość upozowana zostaje na prawdę przez wypróbowany katalog chwytów. Urozmaica się je różnymi zabiegami formalnymi i pomysłami dramaturgicznymi. Kicz i nieprawdopodobne sytuacje także należą do konwencji, rzecz w tym, aby posługiwać się nimi z fantazją i finezją. Nadużywanie oraz powtarzalność budzić mogą nie tylko znużenie, ale nie zamierzony komizm. Kłopot pojawia się wówczas, kiedy w tym nieskomplikowanym mechanizmie coś się zacina, a twórcy sugerują, że owa pozorowana na prawdziwą rzeczywistość w istocie jest prawdziwa. Wówczas to kino przestaje być już tylko bajką dla dorosłych. Jego twórcy kokietują widza już nie tylko fajerwerkami formy, ale kreują się na poszukiwaczy prawdy i demaskatorów hipokryzji. To przypadek Władysława Pasikowskiego, traktującego swoje filmy – wyjąwszy może ostatni – także jako trybunę do lansowania nihilistycznej filozofii.

PUSTKA I SZANSA
Jedną z tajemnic fenomenu popularności kina komercyjnego jest być może to, że spełnia ono swoiste funkcje terapeutyczne. Pomaga niektórym odreagować liczne frustracje, stanowi antidotum na przeciętność i szarą codzienność. Historia bohatera filmu Machulskiego, zwyczajnego taksówkarza, ujawnia mechanizm tej terapii. Oto przeciętny człowiek może przeżyć coś niecodziennego, nie ponosząc przy tym przykrych konsekwencji wyczynów, w które pozwolił się wplątać. Zostaje wyposażony w „moralne alibi” – wszyscy, którym źle czyni czy tylko źle życzy, jak najbardziej na to zasługują. Tego rodzaju filmy proponują udział w swoistej „psychodramie”, która raz oznacza zabawę w komedię pomyłek, innym razem w wojnę.
Kino komercyjne to rodzaj współczesnych igrzysk. Czy nam się to podoba, czy nie, wciąż istnieje na nie zapotrzebowanie, umiejętnie zresztą podsycane. Kultura masowa to przecież nie tylko sprawa odbiorców i ich gustów, ale także jej dostarczycieli, którzy niechętnie mówią o etycznym wymiarze swojej działalności. Francuski producent Marin Karmitz dokonał klasyfikacji kina na kino „bogatych” i „ubogich”. Niezwykle kosztowne kino efektów specjalnych – „kino bogatych” – to najczęściej kino pustki. Powiększa ono nieustannie obszar swoich wpływów. To budzi niepokój, bowiem – jak słusznie zauważył Karmitz – jest w nim coś dehumanizującego.
Kultura masowa przyczynia się do powiększania obszaru moralnej pustki, wobec której człowiek jest coraz bardziej bezbronny. Poprzez zasięg oddziaływania ma niebagatelną moc „kulturotwórczą”, czego przykładem jest właśnie kino komercyjne (na bazie filmów Pasikowskiego powstała swoista subkultura). Kreuje wzorce zachowań, oswaja problemy, nierzadko zresztą w sposób, w jaki nie powinny być oswajane (dotyczy to na przykład przemocy). Chociaż to smutne – wydaje się także jednym z niewielu miejsc, w którym współczesny, zrażony do autorytetów człowiek doświadczać może wspólnoty. Kryje ona zatem w sobie olbrzymi potencjał. Skoro zasięg kultury masowej oraz liczba jej odbiorców unieważniają pytanie, czy musi ona istnieć, to być może warto przestać ją bagatelizować, a zacząć uważniej i wnikliwiej pytać o jej jakość i charakter. Trudno żądać, by zajmowała się roztrząsaniem problemów natury egzystencjalnej czy wywoływała ferment intelektualny. Można chyba jednak próbować przekładać istotne treści na jej język oraz wykazywać więcej troski i odpowiedzialności za to, aby te treści nie były tak trywializowane. Być może potrzeba czegoś więcej – wytyczenia na nowo przestrzeni, która pozostawać będzie nietykalna, zwłaszcza dla tych, którzy chcą ją naruszać jedynie z pobudek merkantylnych oraz ekshumować zasadę „nie godzi się”. Czy takie działanie jest jednak w ogóle możliwe i czy ktoś zdoła dzisiaj na nie się odważyć? 













 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl