|
Kultura
w III Rzeczypospolitej
Danie miesiąca polecają
Beata Chmiel
„Deska. Chciałbym, aby kiedyś profesor Mieczysław Porębski napisał mały esej o tym biednym przedmiocie albo Tadeusz Kantor. Świadectwa, rozmowy, komentarze” (co jest prawdziwym tytułem książki Mieczysława Porębskiego?) i powieść historyczna Susan Sontag
„Miłośnik wulkanów” w tłumaczeniu Jarosława Andersa. Co łączy te książki oprócz tego, że ukazały się mniej więcej w tym samym czasie? Czy takie porównanie jest w ogóle uprawnione?
Słowem-kluczem wydaje się być „komentarz”. Przytoczmy fragment wyjaśnień profesora Porębskiego ze wstępu do wyboru poematów Tadeusza Różewicza:
„Komentarz tym różni się od interpretacji, że niczego nie usiłuje po swojemu objaśniać, na swój sposób tłumaczyć, lecz po prostu relacjonuje, pomaga zorientować się w sytuacji zarówno temu, kto takie zapiski dla uporządkowania sobie i utrwalenia pewnych rzeczy prowadzi, jak i temu, który z nich potem będzie korzystał. (...) taki nasz komentarz nigdy nie będzie pełny, zawsze cząstkowy, jednostronny, uzależniony od naszej znajomości rzeczy i wrażliwości. I to go właśnie – zasadniczo – różnić będzie od interpretacji, która nawet gdy popada w konflikt z innymi, ma pretensje do wyłączności, tego ostatniego słowa, po którym nic już nikomu do powiedzenia nie zostaje”.
Romans admirała Nelsona i żony angielskiego ambasadora w Neapolu. Bohaterowie tej historii w książce Sontag nie tylko nie zasłużyli na własne życie, nie zasłużyli nawet na występowanie pod własnymi nazwiskami. Cavaliere, żona Cavaliere, Bohater. Są osobami, którym odjęto ich osobność. Są postaciami dramatu pozbawionego dramatyzmu. Rzadko kiedy rozmawiają z sobą, rzadko występują inaczej niż poprzez opowieść o nich. Rozwojem wypadków kieruje historia już znana, wielokrotnie opisana i opowiedziana. Kto zatem jest bohaterem rzeczywistym tego romansu? Powinniśmy ją nazwać Narratorką, zbyt jest jednak jednoznacznie rozpoznawana, by nie nazwać jej Autorką. Susan Sontag pisze powieść i nie pisze jej zarazem. Pisze też esej, który nie jest esejem. Nie jest to też kolejna metafikcja. Sontag nie uwodzi czytelnika, nie udaje, że tworzy rzeczywistość literacką.
„Miłośnik wulkanów” jest jedynie komentarzem do historii, która jest pretekstem, ale i tematem. To zabawa w poznawanie, a ono zawsze zasadza się w naszej wiedzy, w naszej wrażliwości i w naszym świecie.
„Deska” nie jest zabawą literacką, jaką jest powieść Sontag. Znaczące jest jednak – i tak jest we wszystkich ostatnio pisanych tekstach profesora Porębskiego – miejsce, które rezerwuje on dla siebie i w komentarzach do Kantora, i do Różewicza. Za każdym razem są one próbą odnalezienia prawdy. Nie tej prawdy jedynej i obiektywnej (bo takiej w przypadku i sztuki, i człowieka chyba jednak nie ma), ale prawdy, która jest zobowiązaniem piszącego. Dlatego też on sam w niej istnieje, tak jak on sam jest bohaterem eseju, który nie jest już tylko esejem Wróćmy raz jeszcze do wstępu:
„Po łacinie »auctor« (od czasownika »augeo« – powiększam, umacniam) to »powiększyciel«, w tym sensie, że za coś ręczy, daje czemuś świadectwo, coś sprawia, cieszy się przy tym należnym mu autorytetem (»auctoritas« to wiarygodność, powaga, zdecydowanie, wola, siła przekonywania i pociągania za sobą). Jednym słowem – ktoś realny, ktoś, komu się wierzy, komu się poddaje. (...) Z tym wszystkim to postać realna właśnie, znana z imienia i nazwiska, z widzenia, z fotografii, z metryki, zawsze więc do jednoznacznego zidentyfikowania.” Nie jest zapewne przypadkiem, że literatura polska cierpi na brak autorów. W tym właśnie znaczeniu – osoby gotowej poddać się osądowi, poddać osądowi własną wrażliwość i własne przekonania, a nie ukrywać się jedynie za formą – mniej lub bardziej spetryfikowaną, która służy jedynie opowiadaniu historii. I nie jest przypadkiem, że w tych dwóch książkach autor odważa się być bohaterem.
Mieczysław Porębski, „Deska”, Warszawa 1997
Susan Sontag, „Miłośnik wulkanów”, Warszawa 1998
Maria
Zmarz-Koczanowicz
Moja mama ogląda tylko filmy, w których grają ładni aktorzy. Ja polecam brzydkich. Ładni stali się tak banalni, że przeźroczyści.
Kino Mike’a Leigh jest dla mnie największym odkryciem ostatnich lat. Pamiętam do dziś wrażenie, jakie zrobił na mnie film
„Nadzy”. Ostatnio w kinach wyświetlane są „Współlokatorki”. Podziwiam odwagę, z jaką Leigh posługuje się brzydotą. Bohaterowie jego filmów mają skórę, czuje się niemal ich pot, mają kłopoty z zębami, mają tiki i jąkają się. Widać jego fascynację twarzą aktora. Aktora, który może zagrać prawdziwego człowieka – takiego, jakiego znam z filmów dokumentalnych. Ale nie tylko dokumentalnych. Scena pozowania do zdjęć w jego głośnych
„Sekretach i kłamstwach” ma rozmach Felliniego.
Brzydota staje się maską, zza której pokazuje się uczucia. Balansowanie między obrzydzeniem i litością daje niezwykły dystans do przedstawianych postaci.
Lubię podziwiać aktorów Mike’a Leigh.
|