Kultura w III Rzeczypospolitej




... i muzyka popularna

Od buntu po konformizm


Grzegorz Brzozowicz


Disco polo jest jedynym fenomenem muzycznym, jaki pojawił się w latach 90. na naszej scenie.

Przemiany polityczne roku 1989 całkiem przypadkowo nastąpiły w momencie, kiedy polska muzyka rockowa była na rozdrożu. Wówczas przypadł okres wymiany pokoleniowej i to zarówno wśród muzyków, jak i publiczności. Gwiazdy rockowego boomu początku dziesięciolecia albo przeżywały twórczy kryzys (TSA, Lady Pank), albo zawiesiły działalność (Maanam, Oddział Zamknięty, Republika, Perfect). W tej sytuacji powinni teoretycznie dojść do głosu wykonawcy związani ze sceną klubową, by nie nazwać jej podziemną, dla których festiwal w Jarocinie był najważniejszą imprezą w roku. Było to jednak niemożliwe.
Wbrew pozorom, kiedy nie ponosi się konsekwencji, łatwiej jest się buntować niż pisać banalne piosenki, które stają się wielkimi przebojami. Nasi rockowi rebelianci całym sercem byli przeciwko komunistycznemu państwu, ale trudno którąkolwiek z grup działających w latach 80. uznać za trybuna „Solidarności”. Ich protest był skierowany przeciwko establishmentowi, ogarniającej ich beznadziei i niemożności. Jednak poza problemami z cenzurą, za bycie muzykiem rockowym nie było szczególnego szykanowania, tak jak to miało miejsce w Czechosłowacji. Jedynie Maanam otrzymał w 1984 roku kilkumiesięczny zakaz prezentacji radiowej za odmowę wystąpienia na spotkaniu delegatów młodzieży polskiej i radzieckiej.

Kościół, POLO, NEOPRYMITYWIZM...
Kiedy, jak śpiewał Tilt, „runął już ostatni mur” i „nastała bezkresna przestrzeń”, nie każdy wiedział, jak się po niej poruszać. Podobne zjawisko ogarnęło wówczas również nasze kino. I tu na pewien czas zbawiennym dla rockowych buntowników okazał się sejmowy narodowy katolik, który w imię chrześcijańskich wartości postanowił ustanowić moralną cenzurę. Dzięki senatorowi Piotrowskiemu i jego kolegom rodacy nagle dowiedzieli się o istnieniu wielu wykonawców. Skandale obyczajowe, a w kilku wypadkach nawet skierowanie wniosku do prokuratury o popełnieniu przestępstwa, wywołały piosenki: „Jeszcze Polska...” Kazika (ze względu na obrazę hymnu), „ZChN zbliża się” Piersi i „King” T. Love (ze względu na obrazę uczuć religijnych) czy cały album Big Cyca „Wojna plemników” mający wyraźny proaborcyjny i antyklerykalny wydźwięk. Na początku lat 90. pojawiła się wręcz fala zespołów, które miały w swoim repertuarze antykościelne piosenki (m.in. Dezerter, Róże Europy, Kobranocka, Closterkeller). Z drugiej strony, kilka lat później, zrodził się chrześcijański nurt rockowy, którego reprezentanci czerpią inspirację z Pisma Świętego (Armia, Acid Drinkers, 2 TM 2.3) stroniąc przy tym od komentowania rzeczywistości.
Polityczna codzienność okazała się niebywale pociągająca i inspirująca dla wielu autorów tekstów. Kazik Staszewski (Kult, Kazik), Piotr Klatt (Róże Europy), Krzysztof Skiba (Big Cyc), Paweł Kukiz (Piersi), Zygmunt Staszczyk (T.Love) z lubością atakowali zarówno prawicowych, jak i lewicowych radykałów. O piosence Kazika „100 milionów” debatował Sejm i wypowiadał się sam prezydent, bohater utworu. Big Cyc natomiast poświęcił Wałęsie cały album „Nie wierzcie elektrykom”. Jednak nurt ten, ciekawy ze względów socjologicznych, okazał się nijaki pod względem muzycznym.
Próby uciszenia muzyków ze strony polityków i hierarchii kościelnej z góry były skazane na niepowodzenie, a jednak buntownicy spokornieli. To naprawdę fascynujące, jak liderzy rebelii lat 80., nawet tego nie zauważywszy, stali się kukiełkami sterowanymi przez rynek. Tak naprawdę szyderstwo było ich jedyną bronią, więc w pewnym momencie ostrze krytyk skierowali w stronę kolejnego gorącego tematu, jakim stała się muzyka disco polo. W założeniu atakując rodzimego kołtuna, stworzyli niewiele odbiegający od oryginału pastisz disco polo (Piersi, Big Cyc) lub szanującą konwencję kiczu błazenadę (T.Love, Elektryczne Gitary) i odnieśli sukces komercyjny, sprzedając płyty w nakładach przekraczających nawet 200 tysięcy egzemplarzy! Wszyscy byli zachwyceni – zarówno miłośnicy disco polo (a jakże!), jak i inteligent, który wreszcie mógł bez poczucia wstydu rozkoszować się tym, co i jemu jest najbliższe. Ten sam odbiorca zaakceptował Liroya, którego „Albóóm” w 1995 roku znalazł prawie pół miliona nabywców. Większość kupujących nie miała pojęcia, co to jest rap, natomiast przesycone przekleństwami teksty wykrzykiwane na rytmicznym podkładzie muzycznym doskonale sprawdzały się na prowincjonalnych imprezach. Potwierdzeniem tej tezy jest fiasko ambitnej płyty rapera „L”, która znalazła już dziesięciokrotnie mniej zwolenników. Spory sukces komercyjny odniosły płyty „Luksus” Szwagierkolaski i „Tata Kazika” Kultu reprezentujące również nurt prześmiewczy, ale wzbogacony o nostalgię. Pierwszy z albumów wypełniały piosenki barda warszawskich ulic lat 60. Stanisława Grzesiuka, drugi utwory Stanisława Staszewskiego, ojca lidera Kultu. Płyty te biją na głowę wszystkie pozostałe kpiarskie albumy, gdyż mają jeden podstawowy atut – teksty nieżyjących już autorów są po prostu prawdziwe i po z górą 30 latach bronią się same. Gdybym miał wybrać najlepszą błazenadę, bez namysłu postawiłbym na niedawno wydany album zespołu Kury „Polovirus”, na którym dostało się wszystkim przedstawicielom krajowej muzyki popularnej.
Disco polo jest tak naprawdę jedynym fenomenem muzycznym, jaki pojawił się w latach 90. na naszej scenie. Znienawidzone przez muzycznych krytyków, co chwila obwołujących koniec wstydliwego kierunku, jest uosobieniem gustów polskiego masowego odbiorcy. Wbrew woli dziennikarzy Polska B ma prawo do własnej rozrywki. W gruncie rzeczy gatunek ten istniał na naszej scenie od dawien dawna. Jego pionierami byli i są Janusz Laskowski, Trubadurzy, Krzysztof Krawczyk, Bolter i Tercet Egzotyczny. Niebywały come back Czerwonych Gitar był możliwy właśnie na fali neoprymitywizmu. Zauważę złośliwie, że disco polo na naszym rynku przypomina brytyjskiego punk rocka z końca lat 70. Płyty wykonawców nie są grane w większości stacji radiowych, są publikowane przez wydawców niezależnych, rozprowadzane poza oficjalnymi sieciami dystrybucji i się sprzedają.

rynek i gwiazdy
W ciągu zaledwie kilku miesięcy 1990 roku z naszej fonograficznej mapy zniknęły państwowe wytwórnie Tonpress, Wifon i Pronit, a Polskie Nagrania ogłosiły bankructwo. Lukę wypełniły małe firmy założone przez pasjonatów (m.in. Pomaton, Digiton, Sonic, MJM, Metal Mind, SP Records) i często samych muzyków (Izabelin, Zic-Zac). Wreszcie producentami zostali ludzie wiedzący, co wydawać i jak promować płyty. Niestety nie był to wcale złoty okres. Ówczesne prawo sankcjonowało istnienie piractwa muzycznego i na jedną legalnie wyprodukowaną kasetę przypadało osiem publikowanych przez piratów. W końcu uchwalono niezbędne przepisy i do Polski wkroczyły światowe koncerny, które weszły w alians z polskimi wydawcami (Sony z MJM, Warner Bros. z Poltonem, BMG z Zic-Zakiem, EMI z Pomatonem, PolyGram z Izabelinem). Krajowa fonografia nabrała niebywałego rozmachu. W ciągu ubiegłego roku wzrost jej obrotów wzrósł, bez uwzględnienia inflacji, o 42 proc., a w sumie sprzedano w Polsce prawie 17 milionów płyt i kaset.
Pierwszymi gwiazdami muzyki popularnej III Rzeczypospolitej zostali wykonawcy, którzy w latach 80. ani nie zaliczali się do rockowej czołówki, ani, z wyjątkiem Kazika i Kultu, do rockowych rebeliantów. W gusta odbiorców trafiły zespoły De Mono, Wilki i Elektryczne Gitary oraz Stanisław Sojka, którego album „Acoustic” był w 1991 roku wielkim przebojem. Pierwszym wielkim debiutantem lat 90. była szczecińska formacja Hey, która w przystępnej i melodyjnej formie przetransponowała na nasz teren grunge, rockową stylistykę święcącą wówczas komercyjne triumfy na całym świecie. Jednak to przede wszystkim osobiste, nasycone emocjami teksty wokalistki Kasi Nosowskiej sprawiły, że Hey odniósł tak spektakularny sukces. Pojawienie się Heya nie tylko zapoczątkowało falę mało oryginalnych muzycznie zespołów pol-grunge’owych i hard core’owych (m.in. Houk, Human, Illusion, Proletariat), ale przede wszystkim nagłe zdominowanie krajowej muzyki popularnej przez wokalistki. W niewielkim odstępie czasu pojawiły się: Edyta Bartosiewicz, Kasia Kowalska, Edyta Górniak, Renata Przemyk, Kayah, Anita Lipnicka, Justyna Steczkowska, Agnieszka Chylińska, by wymienić najpopularniejsze. Nastoletnia publiczność zamiast rockowej publicystyki i stylizowanego bełkotu chciała po prostu identyfikować się ze swoimi idolami i słuchać prostych, dotyczących jej piosenek.
Po raz pierwszy w naszej muzyce rozrywkowej nie tylko zapanowały reguły show businessu, ale wykonawcy zaczęli dostatnio żyć z własnej twórczości. Pojawili się kompozytorzy, którzy doskonale wyczuwają zapotrzebowanie rynku. Do nich należy przede wszystkim Robert Janson, lider Varius Manx, zespołu, który w ciągu ostatnich lat sprzedał ponad milion płyt. Jego muzyka nie jest wyjątkowo oryginalna, ale – dodatkowo dzięki sukcesowi płyty solowej, tematom filmowym i muzyce napisanej dla zespołu De Su i Maryli Rodowicz – Janson nie przypadkiem stał się najpopularniejszym kompozytorem lat 90. Natomiast za fuks należy uznać wielki komercyjny sukces płyty „Sax & Sex” saksofonisty De Mono Roberta Chojnackiego, która osiągnęła grubo ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Jego następny album, „Big Beat”, przyniósł bolesny powrót do równowagi.
Popularność muzyki soul w rodzimym wydaniu pokazuje, jak mało wybredne są gusta naszych słuchaczy. Stacje radiowe zalała stylizowana na czarne rytmy papka – może z wyjątkiem piosenek Kayah – w wydaniu Natalii Kukulskiej, Piaska, De Su czy Natalii Niemen. Mało oryginalne, aczkolwiek świetnie wykonane, są piosenki naszej jedynej eksportowej gwiazdy Edyty Górniak, która z polskiej Mariah Carey przeistoczyła się za namową zachodnich menedżerów w bezpaństwową Celine Dion. O wartościach artystycznych produktów dźwiękowych autorstwa wymienionych gwiazd nie warto nawet dyskutować. A jednak prawdziwie polski pop istnieje. Udowodnił to megaprzebój Budki Suflera, album „Nic nie boli tak jak życie” (prawie milion sprzedanych płyt). Mimo muzycznej wtórności, taka płyta mogła powstać tylko tutaj. Równie polskie i anachroniczne są ostatnie dokonania Perfectu, Maanamu, Lady Pank, Urszuli – gwiazd poprzedniej dekady, których nowe płyty są nadal chętnie słuchane.

Gdzie są artyści?
Pupile krytyki muzycznej poprzedniego dziesięciolecia (Lech Janerka, Wojciech Waglewski i Grzegorz Ciechowski) nagrywają od czasu do czasu interesujące płyty, ale nie umieją nimi zainteresować szerszego kręgu odbiorców. Podobnie jest z zespołami Apteka, Armia, Ewa Braun, Świetliki czy Homo Twist. Jedynymi godnymi zainteresowania albumami, które zyskały popularność, były „Sen” i „Dziecko” Edyty Bartosiewicz, „12 groszy” Kazika oraz „Tata Kazika” Kultu.
Czy wszystko jest tak czarne? Niestety tak. Pewną nadzieję dało pojawienie się sceny jassowej (m.in. Miłość, Mazzoll, Trytony, Kury), która bezczelnie pokazała gombrowiczowską pupę zadufanemu w sobie krajowemu środowisku jazzowemu. Jest to jedyny oryginalny nurt na naszej ubogiej w dokonania artystyczne scenie muzycznej; niestety o mocno ograniczonym oddziaływaniu. To właśnie dzięki kontaktowi ze sceną jassową nastąpiło artystyczne odrodzenie Kazika (płyty „12 groszy” i nagrana z Mazzollem „Rozmowy s catem”).
Ubiegły rok wprawdzie nie przyniósł zaskakujących fonograficznych debiutów, ale na scenę szturmem wchodzi nowa generacja, związana z muzyką rap i techno. Poza nielicznymi wyjątkami (Kaliber 44, Molesta, Milenium) płyty tych wykonawców pozostawiają jeszcze wiele do życzenia, ale przyszłość z pewnością należy do nich. Poczekajmy, bo nic nam innego nie pozostaje.

Grzegorz Brzozowicz – krytyk i publicysta muzyczny, w latach 80. publikował w „Non Stopie”, później m.in. w „Gazecie Wyborczej” i „Życiu”, członek redakcji miesięcznika „Machina”. 













 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl