|
Kultura
w III Rzeczypospolitej
Pieniądze dla kultury
Menadżerowie i „załatwiacze”
Paweł Bravo
Źródła finansowania, budżet, dotacje i sponsorzy to słowa, które jeszcze dziesięć lat temu nie śniły się w najczarniejszym śnie ludziom organizującym życie kulturalne, ani tym bardziej twórcom.
Tysiącom takich postaci, które mimo wszystko czuły potrzebę artystycznej i intelektualnej ekspresji marzyła się co najwyżej bardziej miękka władza, światły lub dający się towarzysko oswoić sekretarz; większy przydział papieru, poluzowanie cenzury, odebranie
„im” związków twórczych. Rzeczywistość niby zabójcza dla twórczego ducha, ale dająca się oswoić, niczym nawadniana z trudem pustynia rodząca w końcu kwiaty. I, jak zwykle w takich przypadkach, eldorado dla garstki spryciarzy. Nie ma już tego świata; system legł w gruzach, pozostała snująca się po nim rzesza bezdomnych. A wraz z nimi przyzwyczajenia, odruchy i postawy, których trwanie wyznacza obecną sytuację, przez wielu postrzeganą jako chorą i przejściową.
układy i przepychanki
Żeby zaistniał jakikolwiek fakt kulturalny potrzeba teraz tylko pieniędzy. Teoretycznie jest to sytuacja najlepsza z możliwych, bo są one z natury neutralne aksjologicznie. Co z tego, kiedy jest ich za mało. Ludzie kultury, którym w 1989 roku powiedziano
„jesteście wolni, radźcie sobie sami”, lepiej lub gorzej wzięli się za szukanie eufemistycznie zwanych
„środków”. A póki co, choć coś się tu powoli zmienia, głównym ich dysponentem pozostało państwo. Nadal trzeba jeździć do Warszawy, już nie po przydział i nominacje, ale po dofinansowanie. Od mecenatu władzy wciąż zależy najwięcej. To jest pierwszy fakt, który trzeba mieć na uwadze, kiedy mowa o finansowaniu kultury. Nie nastraja on optymizmem: w działaniach ministerstwa niewiele się zmieniło. Cóż z tego, że życie kulturalne to obecnie domena przede wszystkim niezależnych organizacji, stowarzyszeń, grup twórczych; podstawą udanych zabiegów o pieniądze pozostaje antyszambrowanie. Ministerstwo nie wyznaczyło sobie żadnych klarownych procedur dzielenia środków, sformalizowanych a więc niezależnych od woli urzędników; funkcjonujący w nauce system grantów, niezależnie od swoich wad i obciążeń, z perspektywy resortu kultury wydaje się być szczytem cywilizowanej przejrzystości i obiektywizmu. Kolejne ekipy piszą swoje założenia polityki kulturalnej, zapominając, że sprawny urząd oferuje interesantom nie dokumenty programowe, a jasne, jawne wymagania, kryteria, formularze, procedury odwoławcze. Kilka naprawdę istotnych dokonań ministerstwa, takich jak współudział w obronie zerowego VAT-u na książki, to wyjątki, które wzięły się z osobistej inicjatywy poszczególnych funkcjonariuszy. Może kiedyś eksperci od dostosowywania polskich przepisów do wymogów Unii Europejskiej, uporawszy się z rolnictwem, dotrą na Krakowskie Przedmieście...
Równolegle z kulawo postępującą decentralizacją państwa, niewielka część publicznych pieniędzy wędruje w dół, do władz lokalnych. Wojewodowie i samorządy jako mecenasi to zjawisko nowe, ale naznaczone piętnem starego stylu rządzenia. Sytuacja tu jest znacznie bardziej niejednorodna; wszystkie województwa i duże miasta finansują wydarzenia i inicjatywy kulturalne o randze ogólnopolskiej, czy to zobligowane tradycją, jak Kraków, czy to powodowane zdrową ambicją, jak Bydgoszcz. Stopień ich zaangażowania jest różny, ale i tak miejscowe władze są drugim po ministerstwie etapem zdobywania pieniędzy. Przykład płynie, niestety, z góry i w większości znanych mi przypadków sukces zależy od wpasowania się w bieżące układy i przepychanki. Sukces to krótkotrwały, po każdym przesileniu w zarządzie miasta ten czy ów znajduje się na lodzie. Wystarczy zapytać w takich pismach literackich jak ostrołęcka
„Pracownia” czy łódzki „Tygiel kultury”. Szukającym wsparcia na szczeblu lokalnym należy dziś doradzić cierpliwość. W oczekiwaniu na jesienne wybory zapanuje wkrótce decyzyjny paraliż.
Należałoby za to oczekiwać zgodnego z duchem czasu zbliżenia kultury i biznesu. Po pierwsze kultura, w pewnych obszarach, staje się towarem, który pozwala zarobić; po drugie do kultury powinien płynąć coraz szerszy strumień pieniędzy od prywatnych sponsorów i fundacji. Pierwszy model ziścił się, co oczywiste, w kulturze masowej i jej szlachetniejszych okolicach. Niektóre polskie filmy zarabiają na siebie, pieniądze bez utraty cnoty zdarzają się wydawcom książek i ludziom sceny, zwłaszcza śpiewającym. Barierę tego szczęścia stanowi zbyt mała liczba lub zasobność konsumentów, ale to już zmartwienie firm marketingowych. Drugi wariant mariażu kapitału i wyższych potrzeb, zwany sponsoringiem, rozwija się powoli, słabiej niż chciało się wierzyć dziewięć lat temu. Zwyczajowo winę zwala się na niski poziom polskich biznesmenów, którym dużo czasu zajmuje przyswojenie sobie pojęcia wizerunku, czyli magii
„pi-aru”. Zgodnie z logiką tej sztuki, pieniądze przeznaczone na chwałę firmy pójdą tam, skąd bije odpowiedni glamour, szyk i odrobina próżności, choćby na graniczące z show-businessem występy operowych gwiazd. Skutecznie nauczyły się z tego korzystać muzea, robiąc wystawy wielkich malarzy; ten szlak przecierał u nas Caravaggio poprzedzony na muzealnym dziedzińcu wystawą wypucowanych fiatów. Na łatwe znalezienie sponsora nie mają natomiast co liczyć nieefektowne pisma literackie czy awangardowe teatry.
rygory targowiska
Takim pechowcom pozostaje jeszcze, zawieszony gdzieś pomiędzy prywatnym mecenatem a publicznymi pieniędzmi, świat fundacji. Jak na razie nie ma tu tłoku. Dwie pewne instytucje to Fundacja Kultury i Fundacja Batorego, od niedawna działa Fundacja Kronenberga. Uchodzą one za bogate, choć wobec skali potrzeb to bajki. Oprócz pieniędzy, teoretycznie wolnych od polityki i próżności, fundacje wnoszą do finansowania kultury znacznie istotniejszy wkład mentalny: posługują się mianowicie kategorią projektu, zakładającą jasno zdefiniowany cel, drogę do jego osiągnięcia i metodę oceny skuteczności; dodatkowo wyznaczają zakres celów, jaki są gotowe wspierać. Ze swego doświadczenia wiem, że tylko część ludzi zwracających się o wsparcie potrafi myśleć wedle tego schematu; sprawa jest niebagatelna, gdyż tak właśnie rozmawia się o finansowaniu każdej działalności społecznie użytecznej na Zachodzie, a w konsekwencji, prędzej czy później i w Polsce.
Z perspektywy fundacji widać, że wyłania się i u nas typ menedżera kultury, niepodobnego do dawnych
„załatwiaczy”. Osoba taka, o energii przedsiębiorcy, określa wpierw, komu można
„sprzedać” inicjatywę, wynajdując w niej wartości lub profity, które są w cenie u sponsorów i instytucji pomocowych. Stosownie do tego formułuje założenia i plan, czyli pisze projekt uwypuklający to, co ważne dla adresata prośby o pomoc – równie dobrze może to być szerzenie pewnej idei, zaangażowanie dobrej woli ludzi, integracja środowiska, poprawa obrazu firmy u klientów; potrafi przekonująco opisać wartość swoich ludzi i środków; przedstawia zdyscyplinowany plan finansowy, nie odbiegający standardem od tych stosowanych w biznesie, i wreszcie sama proponuje kryteria oceny efektów swej pracy. Nawet z pozoru beznadziejny pomysł zakupu nowych krzeseł do gminnej biblioteki nie jest trudno tak opakować.
Tym, którzy czują niesmak wobec wtłoczenia kultury w rygory reklamowego targowiska, wypada przypomnieć, że każdy jej przejaw sam jest, ze swej istoty, opowieścią, zmyśleniem, grą językową. Na pociechę spieszę zaś dodać, że oprócz idealnego menedżera, jeszcze przez wiele lat do zdobywania pieniędzy będą nam potrzebni poczciwi, znający korytarze urzędu kombinatorzy, którzy wiedzą, z kim przeprowadzić sprawę przez bufet. Przemijanie wzorców kultury – i jej finansowania – to proces trwający pokolenia.
Paweł Bravo (1967) – absolwent filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, pracownik Fundacji Stefana Batorego.
|