Nadzieja



Zaszłość psychologiczna


Jan Woleński 


Cóż agnostyk może powiedzieć o nadziei? Nieraz słyszę pytanie: jak można żyć bez nadziei? W samej rzeczy, agnostyk z definicji nie ma nadziei w sensie teologicznym, tj. jednej z trzech cnót teologicznych określanej jako: „przeciwstawne rozpaczy pokładanie ufności w Bogu, której treścią jest przekonanie o czuwaniu Opatrzności nad światem i ludźmi w życiu doczesnym oraz o skuteczności dzieła Zbawienia i co za tym idzie – o życiu wiecznym w Bogu” (A. Podsiad, Z. Więckowski, „Mały słownik terminów i pojęć filozoficznych”, Warszawa 1983, s. 231). Gdzie indziej („Leksykon filozofii klasycznej”, pod red. J. Herbuta, Lublin 1997, s. 378-379) czytam, że nadzieja w sensie teologicznym powstaje w wyniku łaski oraz że jest ona, wedle Tomasza z Akwinu, cnotą właściwego środka pomiędzy rezygnacją i pychą, a jako akt ludzki określa ją: a) pewne dobro, b) przyszłe dobro, c) trudne dobro, oraz d) dobro możliwe do osiągnięcia. Dalej dowiaduję się, że nadzieja ma „znamiona teologiczne” jako oczekiwanie na pożądany stan rzeczy i warunek (motyw) działań ku określonym celom. I wreszcie: „Widziana z perspektywy etycznej, (nadzieja) jest warunkiem koniecznym miłości nieprzyjaciół, przebaczenia, świadomego znoszenia konfliktów i tym samym warunkiem (...) wolności człowieka”.
Powiem wprost, wiele rzeczy w tym, co wyżej przytoczyłem, zdaje mi się bardzo wątpliwych. Nie kwestionuję oczywiście teologicznej treści pojęcia nadziei czy też jej związku z łaską i innymi cnotami teologicznymi, tj. wiarą i miłością. Wszelako przy wszystkich zapewne niemożliwych do całkowitego usunięcia kwestiach, dotyczących demarkacji pomiędzy teologią oraz filozofią czy psychologią, zreferowane ujęcie nadziei zbyt prosto rozstrzyga cały szereg problemów pozateologicznych. Cóż znaczy, że nadzieja (w sensie psychologicznym) jest właściwym środkiem pomiędzy pychą a rezygnacją lub przeciwstawieniem rozpaczy? Czy ten, kto nie ma takowej nadziei, bo w ogóle nie wierzy lub wierzy inaczej, jest automatycznie pyszny, zrezygnowany lub zrozpaczony? A jeśli nie jest, to czy tylko dlatego, że ją ma, chociaż o tym nie wie? To ostatnie pytanie ujawnia pewien częsty argument wobec agnostyków i innowierców, którzy np. nie poczuwają się do rozpaczy czy beznadziejności w związku ze swymi przekonaniami. Rozumiem, że dla chrześcijanina nadzieja powinna być drogą do cnót właściwych, ale czy jest takową w rzeczywistości? Nie przekonuje mnie takie oto możliwe wyjaśnienie: jeśli chrześcijanin jest pyszny lub zrezygnowany i przyznaje się do posiadania nadziei jako cnoty teologicznej, to najwyraźniej nie posiada jej w ogóle albo też ma ją w stopniu nie należytym.
Podobnie kwestionuję twierdzenie, że nadzieja stanowi warunek czynienia dobra. Rozumiem, że dla chrześcijanina powinna stanowić takowy warunek, ale to, czy stanowi, jest kwestią odrębną i tyczącą się faktów, a nie definicji. A gdy powiada się, że nadzieja jest (mniejsza już o powinność) warunkiem czynienia dobra, to trzeba zapytać, czy jest to warunek wystarczający, konieczny, czy jeden i drugi. Jeśli wystarczający, to nie wyklucza innych wystarczających okoliczności dla czynienia dobra, a jeśli konieczny, to z tego wynika, że kto nie ma nadziei, nie może dobrze postępować. Czy mam więc przyjąć pro domo sua, że albo nigdy nie czynię dobra, albo też, gdy czynię (wierzę, że czasem mi się to przytrafia), to tylko dlatego, że nieświadomie żywię teologiczną nadzieję? Takie tezy uważam za nieuprawnione zawłaszczenie etyczności przez określony światopogląd i odmówienie jej innym.
Taka postawa jest charakterystyczna dla pewnej, jak sądzę dość rozpowszechnionej, zwłaszcza w Polsce, mentalności religijnej. Być może niesłusznie przypisuję ją autorom omówionych sformułowań, ale słowa znaczą to, co znaczą. Jakby nie było, można znaleźć i inne stanowiska, np. w „Małym słowniku teologicznym” K. Rahnera i H. Vorgrimlera (Warszawa 1987, s. 255-257). Oto piękne zakończenie hasła o nadziei: „Nadzieja chrześcijańska doświadcza i udziela siebie w urzeczywistnieniu (w praktyce) ziemskich nadziei i bolesnym przeżywaniu przemijania »postaci tego świata«”. Jakże to różne od niektórych wcześniej przytoczonych stwierdzeń o nadziei, pełnych przekonania o niepodważalnej wyższości własnej doktryny i beznadziejności tych, którzy jej nie podzielają. W istocie rzeczy, Rahner i Vorgrimler przedstawiają, co znaczy nadzieja dla chrześcijanina. Są przekonani, że ich doktryna jest prawdziwa, ale nie potępiają innych, przedstawiając im co najwyżej ofertę pewnej postawy.
A jak jest z nadzieją jako psychologicznym stanem człowieka? I jakie jest jej znaczenie w życiu człowieka? Moja odpowiedź jest taka: nadzieja jako fenomen psychologiczny jest po prostu wiarą w możliwość osiągnięcia pewnego celu, nieważne czy trudnego, czy błahego. Tedy nadzieja i wiara są ze sobą nieodłącznie związane: nie ma nadziei bez wiary i wiary bez nadziei. Natura wiary podbudowującej nadzieję może być rozmaita, ale niekoniecznie musi to być wiara religijna. Wiara zdaje się być elementarną i już dalej nieredukowalną zaszłością psychiczną. Jest jakby psychologiczną koniecznością, wypełniającą poznawczą niepewność, jaka towarzyszy wszystkim przekonaniom opartym o świadectwa empiryczne czy rozumowe. W tym sensie każdy w coś wierzy, bo psychologicznie musi, aczkolwiek niekoniecznie w Boga. Różnice pomiędzy wiarą religijną i inną są tutaj (ale nie w ogóle) bez znaczenia.
Gdy zgodzimy się, że wiara jest koniecznością psychologiczną, to i nadzieja ma takowy charakter. Wolno tedy pójść dalej i utrzymywać, że nadzieja kształtuje sens świata i życia. Nie twierdzę, że tylko nadzieja usensownia świat i w jakich proporcjach w tym uczestniczy, ale nie mam wątpliwości, że ludzkie życie byłoby bezsensowne bez nadziei (wszak nawet i potocznie „beznadziejnie” znaczy m.in. „bezsensownie”).
Odrębny i bodaj najtrudniejszy problem dotyczy odpowiedzi na pytanie, w czym pokładać nadzieję i w co wierzyć. O ile nadzieja polega na wierze w osiągnięcie jakiegoś celu, to przecież cele mogą być rozmaite, dobre lub złe. Czy nadzieja i wiara bez transcendentnego kontekstu nie prowadzą do arbitralnego relatywizmu? Otóż jest prawdą psychologiczną, że nasze akty wiary i nadziei nie są całkowicie dowolne, aczkolwiek są wolne w pewnych granicach. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak pokładać nadzieję, iż nie prowadzą do niczym nieskrępowanego relatywizmu. W końcu i ateista jest skazany na taką właśnie wiarę i nadzieję. Ale to już odrębny problem, który tutaj mogę jedynie zaznaczyć. Reasumując: nie widzę żadnych zasadniczych powodów, by agnostyk musiał popadać w rezygnację, pychę lub rozpacz tylko z tego powodu, że poprzestaje na nadziei jako zaszłości czysto psychologicznej bez jej znamion teologicznych.
















 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl