|
Nadzieja
Jak pytać o nadzieję
Barbara Skarga
Cóż może rzec filozof o nadziei? To
temat dla mistyka, proroka lub poety. Filozof natychmiast gotów go obedrzeć z emocjonalnej zawartości, pociąć skalpelem analitycznym, poszeregować, zrelatywizować; przyniesie więc zapewne rozczarowanie. Ten, kto o nadzieję pyta, pragnie potwierdzić sens tej, którą żywi, lub sens każdej nadziei jako takiej. Filozof natomiast wątpi i nie potrafi przewidzieć, dokąd go własne analizy doprowadzą. Waży już istniejące opinie, waży argumenty, snuje ewentualne hipotezy, a wynik jego rozważań rzadko bywa jednoznaczny. Wie też, że wciąż kłócą się z sobą dwie różne opowieści: ta z Listu św. Pawła o wierze, nadziei i miłości – nadziei, która płynie z Boga – i ta z ludowego porzekadła o nadziei, matce głupich.
Anatomia nadziei
Jak więc pytać o nadzieję? Jak choć w szkicowym rysie dotknąć tajemnicy tego fenomenu? Jest on tak trudny do zbadania, tak wieloraki, że już na progu ogarnia zniechęcenie. Skoro jednak zgodziłam się spróbować coś o nim powiedzieć, to tylko wypada mi uprzedzić czytelnika, że – wbrew filozoficznym wymogom – o żadną systematyczność nie będę się kusić. Dotknę tylko paru spraw. Wydają mi się jednak istotne.
Zacznę zaś od etymologii. Jest bowiem ,,nadzieja” jednym z tych słów w języku polskim, które w swej budowie kryje bogactwo znaczeń. Warto więc sięgnąć do nich. Tak więc: mieć nadzieję, znaczy czegoś się spodziewać, czegoś, co się dziać może. ,,Dziać” to dawne ,,dziejać”. Dziś jeszcze mówimy: ,,niech się dzieje czyjaś wola”. Dzieje zaś, ujęte rzeczownikowo, to bieg zdarzeń, to historia, czyli to, co się działo, ale już jest dokonanym dziełem. Działanie, dzieło jako jego skutek, dzieje czyli bieg w czasie, wszystko tu zostało powiązane ze sobą. Nadzieja to dzieło, którego się w przyszłości spodziewamy jako wyniku podejmowanego działania.
Mogłabym się dalej bawić w etymologiczny wywód, który w warstwie językowej zaczerpnęłam u Brücknera. Zabawa ta jednak nie okazała się bezsensowna. Przeciwnie, uwidoczniła coś dla fenomenu nadziei istotnego, a mianowicie, że wpierw coś się dziać musi, co nadzieję zrodzi. Nie pojawia się więc ona w pustce. Jakieś wydarzenia jej się domagają i do nich się ona odnosi, bądź jako pożądana konsekwencja, bądź radykalna zmiana dotychczasowego biegu rzeczy. Nadzieja natychmiast się ujawnia jako spełnienie lub jako wyzwolenie. Jednak w słowie: ,,spodziewamy się” nie ma pewności, jest tylko możliwość. Nie ma w tej relacji prostego wynikania. Działanie jest warunkiem koniecznym, ale nie rozstrzygającym, by dzieło, którego się spodziewamy, zaistniało faktycznie.
Sięgnijmy do Kanta, gdyż to on mówił o nadziei w filozoficznej perspektywie. On to zadał te cztery podstawowe pytania: Co mogę wiedzieć? Co powinienem czynić? Czego się mogę spodziewać? Kim jest człowiek? Pierwsze pytanie, jak określił, ma znaczenie spekulatywne, drugie – praktyczne, trzecie jest praktyczne i teoretyczne zarazem, albowiem to, co praktyczne, ,,prowadzi jako nić przewodnia do odpowiedzi na pytanie teoretyczne, a jeżeli ta mierzy wysoko, na pytanie spekulatywne” (,,Krytyka czystego rozumu”, A. 805). Ostatnie z pytań ma charakter syntetyczny w stosunku do pierwszych trzech. Pytając bowiem o człowieka, pytamy o tę istotę, która poznaje, działa i ma nadzieję. Nadzieja dla Kanta nie jest więc jakimś przeżyciem, które się pojawia i ginie. Należy ona do samej istoty ludzkiego bycia. Być człowiekiem to znaczy mieć nadzieję.
Zapamiętajmy te słowa, gdyż wydają się trafiać w sam rdzeń sprawy. Idźmy też dalej ich śladem. Pisze więc Kant, wyjaśniając, na czym polega praktyczność i teoretyczność trzeciego pytania, że nadzieja zmierza do szczęścia. ,,Szczęśliwość jest zaspokojeniem wszystkich naszych skłonności (zarówno extensive, co do ich różnorodności, jak intensive, co do ich stopnia, jak wreszcie protensive, co do ich trwania)” (,,Krytyka”, j.w., A. 806). Dążenie zaś do szczęśliwości podlega dwóm prawom: praktycznemu, które Kant nazywa prawidłem roztropności, i prawu etycznemu. Pierwsze wskazuje na to, co czynić trzeba, by szczęście osiągnąć, drugie, jak powinienem się zachować, by szczęścia stać się godnym. Pierwsze opiera się na empirii, a więc na rozpatrzeniu sytuacji, warunków działań, ich rodzajów, by wybrać dla realizacji celów najlepsze drogi i nadzieje oblec w realny kształt. Drugie wymaga zrozumienia wymogów etycznych i ich wypełnienia, a więc przetworzenia samego siebie.
Piękny to projekt, tylko że dziś w szczęśliwość raczej nie wierzymy, chyba w bardzo młodym wieku, gdy jeszcze nie straciliśmy naiwnych złudzeń. W brutalnym świecie naszych dni szczęście stało się słowem pustym. Czymże bowiem ono jest? Złudną, przelotną chwilą, przemijającą tak szybko, że nie da się uchwycić, która nabiera blasku dopiero we wspomnieniu. Nie ze szczęściem wiążemy swe nadzieje. Są one skromniejsze, ale zawsze rodzą się z pragnień. Może więc pragnienie jest na początku i niepewność co do możliwości jego zaspokojenia. Coś jednak nader istotnego ujawnia się w tych Kantowskich podziałach.
Los na loterii życia
Heidegger, komentując ten rozdział Kantowskiej filozofii, stwierdził, że wszystkie cztery jego naczelne pytania zakładają skończoność naszego bycia i jego ograniczenia. Istota wszechmocna nie pyta bowiem o to, co może wiedzieć. Pytanie zatem odsłania naszą niemoc. Podobnie pytanie drugie wskazuje na nasze wahanie w kwestii powinności. W trzecim zaś, które nas tu szczególnie interesuje, wyraża się niepewność co do uprawnień ludzkiego rozumu, nie jest on zdolny stwierdzić, co może mu być przyznane lub zabronione, czego wolno mu oczekiwać i czy w ogóle oczekiwanie jest sensowne. Wszelkie zaś oczekiwanie zdradza ,,pewien niedostatek”. Na żadne więc z tych pytań nie ma odpowiedzi i być nie może.
Samo ich postawienie dowodzi niemożliwości jej uzyskania. I Heidegger kończy swój wywód stwierdzeniem: ,,W tych pytaniach ludzki rozum nie tylko zdradza swą skończoność, lecz sama skończoność leży w jego najgłębszym interesie. Rozumowi nie chodzi o to, by usunąć moc, powinność i uprawnienie, a więc wymazać skończoność; przeciwnie, chodzi mu o to, by stać się właśnie pewnym tej skończoności, ażeby móc utrzymać się w jej obrębie” (,,Kant a problem metafizyki”, s. 241 i n.). Cytuję te słowa, bo budzą we mnie opór.
Prawdą jest, że możność naszej wiedzy jest ograniczona, że nasze bycie przenika niepewność i lęk, że śmierć czeka na nas nieuchronnie. Zapewne więc powinniśmy pamiętać o skończoności, lecz czyż podkreślając jej fakt na każdym kroku, widząc w jej rozumieniu samą istotę bycia człowieka i ograniczając w interpretacji trzeciego pytania nadzieję do tego, co uprawnione przez zorientowany na to bycie rozum, Heidegger nie zacieśnił zasięgu nadziei do ,,tu i teraz” ludzkiej egzystencji? Zacieśnił wbrew całemu ludzkiemu doświadczeniu. Czy bycie ludzkie polega na oczekiwaniu śmierci? A może raczej na rozumieniu, że jeszcze ma się czas. I czy tylko w tym czasie człowiek umieszcza swą nadzieję? Jest on wszakże tą istotą, która właśnie w nadziei przekracza czas choćby wówczas, gdy myśli i tworzy dla przyszłych pokoleń, gdy z ich pomyślnością wiąże swe pragnienia. Istnieją też religijne nadzieje. Chciałoby się powiedzieć wbrew Heideggerowi, że człowiek nie potrafi się zamknąć we własnej skończoności, właśnie przez nadzieję. Nadzieja jest z ducha swego spekulatywna, tak pisał Kant; ja bym powiedziała, że może być także metafizyczna.
Nie każda wznosi się tak wysoko. Są nadzieje skromne, związane z naszym codziennym życiem, często zmieszane z marzeniami. Porównanie z tymi ostatnimi pozwala dostrzec jeszcze inną cechę nadziei. Trzeba bowiem odróżnić marzenie od nadziei. Marzenia mogą, lecz nie muszą, wspierać się na rzeczywistości. Nadzieja takie wsparcie ma. Nie odrywa się od tego, co jest; ma w sobie załóg możliwości. Nie jest sprzeczna z racjonalnym biegiem rzeczy; bywa mało prawdopodobna, wiele zdarzeń przemawia przeciwko jej sensowności, ale nigdy nie jest tej sensowności pozbawiona, nie należy do baśniowej wyobraźni, nie przenosi nas w świat urojeń. Jej mocą jest rozumienie świata, które mnie otacza, świata, z którego się do niej wznoszę i choć przenosi mnie w przyszłość, nie wyrywa mnie z teraźniejszości. Przeciwnie, tym jest głębsza, tym silniej przepełnia, im więcej odnajduję teraz, tu, w tym momencie, dróg ku jej spełnieniu. Tischner kiedyś powiedział, że to właśnie ona ,,stwarza możliwość autentycznego przeżycia teraźniejszości”. I dodał, że ,,dzięki niej zarazem jest możliwa wolność od teraźniejszości, jak wkorzenienie w teraźniejszość poprzez przyjęcie za nią odpowiedzialności”. To powiązanie z odpowiedzialnością należy także do fenomenu nadziei. Jak to się potocznie mówi, nie można czekać na ziszczenie się nadziei z założonymi rękoma, ona domaga się działania. Coś – jak już mówiłam – dziać się musi i za to działanie jesteśmy odpowiedzialni. Jeżeli masz nadzieję wygrać na loterii, to daj mi szansę, kup los, napominał Pan Bóg rabina.
Tak jednak jest, że więcej pokładamy nadziei niż wysiłków dla jej urzeczywistnienia. Nadzieje niewspółmierne z tym wysiłkiem gasną. Gasną też nadzieje, które nieraz człowiek lubi roztaczać przed innymi, nadzieje wspaniałej przyszłości, które, jak napisał Tischner, ,,puste i bezsensowne owocują bezsensownymi pobojowiskami”. Rzecz jednak w tym, że nie tak łatwo ten sens określić, a tym bardziej przełożyć na pragmatyzm działania. Zapewne nie wszystkie są utopijne. Są i inne, którym nie brak podstaw do realizacji, tylko słabość, złość, ludzkie ambicje stają im na przeszkodzie. Historia uczy, że społeczne nadzieje najczęściej rozsypują się w proch na skutek działań tych, co je głosili. Widocznie nie pamiętali o ,,prawidle roztropności” Kanta.
Rozpacz barbarzyńców i próba powrotu na ziemię
Różne są nadzieje – wielkie i małe, wspólnotowe i indywidualne, na spełnienie których oczekujemy nieustannie. Splot nadziei i rozczarowań wyznacza bieg życia. Pochłania więc nas ten codzienny kołowrót, jego mierność i marność, to zamknięcie w granicach skończoności, a wraz z nim przyjemność i ubóstwo pragnień i myśli. Patrzymy na otaczające nas zło, cierpienia, winy, zbrodnie i popadamy w zwątpienie. Toteż szaleńczą wydaje się nadzieja, która w tragicznej sytuacji każe jeszcze wierzyć w możliwość przezwyciężenia zła, możliwość wyjścia z matni. Czasem się jednak ona budzi i zapewne silniej w krytycznych sytuacjach, tych sytuacjach granicznych, niż w innych momentach życia. Jest to bowiem nadzieja wyzwolenia. Ona pozwala zrozumieć, a równocześnie daje wolę oporu, czerpie soki z pragnienia zwycięstwa mimo rzeczywistości nie dającej szans. W tej heroicznej nadziei człowiek jest sam, sam z siebie musi wydobyć siłę do walki, która może być walką o życie, a może być, co nieraz trudniejsze, walką o zachowanie tego, co dla każdego człowieka jest najcenniejsze – bo stanowi o nim samym – własnego swego ja istoty wolnej. Nieraz czas pracuje przeciwko tej nadziei. Każda godzina gasi coraz słabsze jej płomyki. Racjonalne przewidywanie nie może jej wspomóc. Jeszcze jeden dzień, jeszcze jedna chwila i ostatni płomyk zgaśnie, a wraz z nim zostanie zniszczony sens własnego bycia. Nadzieja heroiczna może się wydać nierozumna, ale bez niej spotykalibyśmy nie ludzi, którym dane było w cudowny sposób opuścić Oświęcim czy Gułag, lecz strzępy istot bez woli i bez twarzy.
Tu dotknęłam jeszcze jednej, może najbardziej istotnej sprawy. Tak bowiem bywa, że w ciężkich momentach naszej egzystencji pojawia się pragnienie zrozumienia sensu bycia. Czym ono rzeczywiście jest, czego się po nim można spodziewać. Wraz z pragnieniem rodzi się nadzieja, która z praktyki życia codziennego niewiele zaczerpnąć może. Być może jest to nadzieja złudna. Człowiek nie może jednak się jej pozbyć. Przypadkowość bowiem istnienia przeraża. Dlaczego oto istnieję, skoro mógłbym nie być. Jaki sens ma to moje bycie tu właśnie, w tej chwili, ze wszystkimi ograniczeniami, narzucone mi, bo go nie wybierałem, zmuszony tkwić w tym właśnie świecie, w tej a nie innej sytuacji, która zniewala, wyznacza takie a nie inne działania w tej przestrzeni i w tym czasie dziejów. Każdy z nas tkwi w tym, nie wybranym przez siebie świecie, który może odstręczać, nużyć, gniewać, budzić niechęć, zwątpienie. Jakże trudno zaakceptować to, co jest, jakże trudno zaakceptować własne ograniczenie.
Tu właśnie słowa Kanta, ale i Heideggera nabierają wielkiej mocy. Nadzieja, że zrozumiem ten sens bez względu na to, czy się on mieści w czasie czy poza czasem, jest nie tylko źródłem siły, ale również, jak mówił Kant, źródłem takiego postępowania, bym tej wiedzy upragnionej stał się godny. Dla Heideggera będę jej godny, gdy stanę się w pełni sobą, zostanę wierny projektowi własnego bycia; dla Kanta, gdy odkryję prawo moralne. Dwie te tezy różnią się ogromnie między sobą. Czy jednakże muszą stanowić alternatywę? Może przeciwnie, może powinno się szukać możliwości ich pogodzenia? Być sobą, a jednocześnie w etycznym wymiarze. Może tu zaczyna się droga ku zrozumieniu bycia, może tu się kryje sens naszej nadziei?
Jak byśmy nie odpowiedzieli na to pytanie, gdzie byśmy nie umieszczali swej nadziei, nisko lub bardzo wysoko, ona na pewno jest elementem naszego ludzkiego bycia. Jest w nas, w naszym byciu, pozwalając jednocześnie na przekroczenie tego bycia. Lévinas pisał: człowiek, który pogrąża się w rozpaczy, a jest ona przeciwieństwem nadziei, w rozpaczy tragicznej, akceptując zło i zbrodnie tego świata, zasługuje jedynie na miano barbarzyńcy.
Patetyczne słowa, patetyczne pojęcie. Ledwo zaczynamy mówić o nadziei, a już chodzimy na koturnach. Czy nie można prościej? Czy nie wystarczy powiedzieć, do czego przyznać się nie chcemy, że nie umiemy żyć z odwagą i że nieustannie poszukujemy pocieszenia? Tak nam go potrzeba, że skłonni jesteśmy kłamać samym sobie. Bo czymże jest nadzieja, że oto będzie lepiej, że coś osiągniemy, że się nieba nad nami nachylą – jak nie oszukiwaniem się, by los uczynić znośniejszym? Czyż nie lepsza jest zdrowa kalkulacja? Rozsądne obliczenie, co zrobić należy, by pożądany rezultat osiągnąć, racjonalna przewidywalność i konsekwentne postępowanie? Po cóż się karmić wielkimi słowami, gdy wszystko od czynu zależy. Tak należałoby mówić, zastanawiając się nad trzecim pytaniem Kanta, co prawda wbrew samemu Kantowi, ale w myśl solidnej racjonalistycznej szkoły. Daliśmy się uwieść mistykom, poetom i wielkim filozofom. Powróćmy na ziemię.
Filozof i tę opinię powinien wziąć pod uwagę. Tylko że ona czyni nasze życie dziwnie płaskim, jednowymiarowym, tak jakby się w nim liczyła jedynie skuteczność, tak jakby człowiek kroił swe zamiary wedle sił, a nie odwrotnie. Nie mam możliwości, by w tym szkicu poddać jej argumenty krytyce. Mogę jedynie zapytać tych, co ją głoszą, czy naprawdę wierzą, że człowiek potrafiłby zrobić choć jeden krok na tej ziemi bez nadziei?
Śródtytuły pochodzą od redakcji.
|