|
Nadzieja
O nadziei
Andrzej Dobosz
Słowo nadzieja usłyszałem w piątym
roku życia. W dniu, w którym skończyłem 4 lata, mój ojciec został zmobilizowany. Następnego dnia wybuchła wojna. Dom żył nadzieją, że Niemcy zostaną pobici, a ojciec wróci cały i zdrowy. Jego nieobecność stawała się dla mnie coraz bardziej dotkliwa. Prośbę o powrót powtarzałem w codziennych modlitwach i nieodpartą nadzieję, że zostanie spełniona, miałem zawsze. Chciałem po prostu, żeby było tak jak przedtem. Każdego dnia rozstawiałem coraz liczniejsze oddziały moich ołowianych żołnierzy przed fotografią ojca w mundurze z podchorążówki. Chciałem być taki jak ojciec, o którym mówiłem i myślałem wtedy: tatko lub tatuś. Gdy powiedziano mi, że lubił szpinak, codziennie domagałem się szpinaku. Szczęśliwie nie wiązano jego osoby z burakami, których nie cierpiałem, tłumacząc mi tylko, ilekroć stłukłem do krwi kolano, że furmanka buraków to dwie krople krwi. Prosiłem, żeby opowiadano mi o ojcu.
Był urzędnikiem państwowym. Zimą i wiosną pojawiał się punktualnie w swoim biurze w gmachu na rogu Nowego Światu i Książęcej i czytał gazety. Czytał gazety jugosłowiańskie, rumuńskie, bułgarskie i turecki dziennik w języku francuskim. Najważniejsze w tych gazetach były prognozy pogody, które przepisywał do wielkiej księgi w czarnej oprawie. W swych lekturach wykraczał jednak znacznie poza meteorologię. W domu, co pamiętałem, mniej więcej trzy razy w miesiącu zamykał się na dobry kwadrans w swoim gabinecie. Wybierał wtedy ze stojących na jego biurku mahoniowych kaset, których nie wolno mi było otwierać, jeden z kilkudziesięciu przechowywanych tam papierosów i wypalał go powoli. Potem otwierał okna i wychodząc z pokoju zamykał go do wieczora na klucz. Latem wizytował plantacje tytoniu na Wołyniu i Podolu. Z początkiem października wyruszał w wielką podróż od Belgradu przez Bukareszt, Sofię do Stambułu, podczas której dokonywał zakupów tytoniu dla Polskiego Monopolu Tytoniowego.
Moja mama marzyła, że w przyszłości zostanę pianistą albo konstruktorem lotniczym. Ale ja postanowiłem zostać urzędnikiem państwowym. Będę czytał gazety i odbywał podróże.
Niemcy zostały pobite. Ojciec, który z armią Andersa opuścił Rosję, przeżył bitwę pod Monte Cassino, wrócił w '47 roku do Polski, do swego biura na Nowym Świecie. Byłem już na tyle duży, żeby zdawać sobie sprawę, że choć prośby zostały wysłuchane, nasze nadzieje spełniły się nie całkiem dokładnie.
Po wielu latach zrozumiałem, że wówczas ja również – po raz pierwszy – nie do końca spełniałem nadzieje, jakie ojciec wiązał z przypisywaną mi inteligencją. Dzięki niezwykłej łatwości niemal dosłownego zapamiętywania usłyszanych lub przeczytanych tekstów nie miałem trudności w szkole. Gdy rodzicom wypadł wieczór na mieście, powtarzałem im potem w całości trzydziestominutową piątą wieczorną audycję BBC. Podejrzewano mnie, że mógłbym powtórzyć całą Trylogię na pamięć. Natomiast porządne opowiedzenie, o czym jest książka, którą właśnie czytam, przekraczało moje możliwości. Czerwieniłem się, niemal bełkotałem. W tym wypadku ojciec nie opuścił rąk. Zajmował się mną podczas kolacji. Kolacje, jedyna część dnia, gdy cała rodzina była razem, dookoła stołu, trwały przynajmniej trzy godziny. Rozmawialiśmy. Nie było oczywiście żadnej telewizji. Telewizor kupili rodzice dopiero, gdy moja urodzona po wojnie siostra ukończyła studia. Do moich obowiązków należało prowadzenie zeszytu, w którym zapisywałem wydarzenia dnia, codzienne wydatki. Rozważaliśmy ich sens. Gdy pytany, wypowiadałem jakąś opinię, ojciec najczęściej ją podważał. Chciał jednak, bym się z niej nie wycofywał, lecz go do niej przekonał. Obalał moje argumenty, ale podsuwał mi inne. Przywiązywał wagę zarówno do poglądów, jak do sposobów ich wyrażania. Oduczał mnie lekkomyślnego używania przymiotników. Powoli uczyłem się odwracania uwagi od mojej osoby i chytrego skłaniania go, by sam zaczynał opowiadać. Na nic były proste prośby: opowiedz o Rzymie. Ale wtrącenie odpowiedniego słowa lub nazwiska poruszało jego pamięć. Był italofilem i anglomanem. Włochów lubił prawdziwie, a dla Anglików czuł chłodny podziw. W Armii Angielskiej żołnierz goli się codziennie, oficer ogolony jest zawsze. Z bezwzględną surowością przyzwyczaił mnie do codziennego czyszczenia butów; buty nie używane czyści się raz na tydzień.
Pewnego wieczoru na jakąś krytyczną uwagę ojca znalazłem błyskawiczną, nieodpartą ripostę. Zniósł ją źle. Zamilkł, a po chwili powiedział cicho: wstań i odejdź od stołu. Dość szybko jednak podniósł się i przytulił mnie bez słowa. Rozmawialiśmy nadal. Mówić po polsku nauczył mnie mój ojciec.
Gdzieś w roku 1950 skończyły się wspólne kolacje. Już wkrótce po powrocie do kraju okazało się, że jako andersowiec nie może wyjeżdżać za granicę, nawet do Bułgarii. Stosunki w biurze były takie, że nie miał ochoty o nich mówić. W końcu wyrzucono go z posady. Przez kilka miesięcy chodził bez pracy – co przede mną ukrywano. Wreszcie dostał zajęcie magazyniera na budowie cementowni pod Radomiem. Mieszkał tam w baraku. Do domu przyjeżdżał z soboty na niedzielę. W poniedziałek przed świtem ruszał z powrotem. Nie miałem już zamiaru zostać urzędnikiem państwowym.
Którejś niedzieli wziął mnie na bok, zwracając się ni to z prośbą, ni to z żądaniem, bym zapisał się do ZMP, bo jestem słaby fizycznie i będzie mi ciężej niż innym być robotnikiem, a ze względu na jego andersowską przeszłość inaczej nie mam szans, by dostać się na studia. Nie spodziewałem się tego po nim. Rozżalony pobiegłem do spowiedzi, przed dokonaniem tego, co wydawało mi się nieprzyzwoitością. Nieznany spowiednik w mojej rodzinnej parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu powiedział: Tak. To ważne, żeby jak najwięcej z nas miało wykształcenie.
W szkole Batorego, gdzie ogromna większość chłopców pochodziła z rodzin inteligenckich i mieszczańskich, ZMP była organizacją masową. W mojej klasie był tylko jeden syn murarza i właśnie on miał ostentacyjnie wrogi stosunek do organizacji. Naszą ulubioną zabawą było wymyślanie na wszystkie okazje cytatów z Fryderyka Engelsa w trafnym przeświadczeniu, że dopóki nie przekraczamy granicy dzielącej banał od jawnej bredni, nasi nauczyciele nie zechcą się przyznać do nieznajomości Engelsa ani nie będą mieli ochoty sprawdzać, czy rzeczywiście pisał on również do Schwartza lub Meiera.
Przed maturą byliśmy wzywani na indywidualne rozmowy do Rady Narodowej Warszawa Śródmieście. Tam otyły funkcjonariusz nazwiskiem towarzysz Poboży, mimo mojej przynależności do ZMP – oświadczył mi, że na Uniwersytet się nie dostanę, ale gdybym zgłosił się do Wyższej Szkoły Pedagogicznej, to miałbym szansę. Uparłem się jednak przy Uniwersytecie. Tyle że wybrałem polonistykę a nie geologię. Od paru lat zbierałem minerały: geologia prawdziwie mnie interesowała. Zachęcający był też mniejszy nacisk ideologiczny, perspektywa letnich miesięcy spędzanych na pracach terenowych. W szkole doradzano mi jednak polonistykę, w przypuszczeniu, że na geologię mogę zdać bardzo dobrze, na polonistyce sprawić wrażenie wybitnie uzdolnionego.
Zdałem efektownie, a ostatecznie o przyjęciu mnie mimo politycznego garbu zdecydował przewodniczący komisji, ówczesny dziekan profesor Zdzisław Libera. W roku 1966 mojej siostrze wybierającej się na chemię i mnie na studium doktoranckie z filozofii wystarczyło już tylko zdanie egzaminów bez żadnych politycznych koncesji.
Nasze nadzieje się spełniły, co ojciec przeżył silniej niż ja. W młodości musiał przerwać studia. Dzięki swoim wysiłkom, znajomości języków i krajów, umiejętności poszerzania wiedzy, skutecznie korzystał ze swojej inteligencji. Ale brak dyplomu uważał za tak istotny, że główną jego ambicją było najlepsze wykształcenie dzieci. To, że nasza dwójka zyskała w końcu cztery dyplomy: ja z filologii, a potem z filozofii na UW, moja siostra z chemii na UW, a potem z matematyki w Birkbeck College na Uniwersytecie Londyńskim, zdawało się być spełnieniem jego nadziei. Skromny użytek, jaki uczyniłem z moich dyplomów, gorzko zatruwał to spełnienie.
Ze wszystkich nadziei, jakie ja sam żywiłem w życiu, właściwie nie spełniła się tylko jedna: że w chwili, gdy wreszcie wydam książkę, zostanę pisarzem, Instytut Badań Literackich zorganizuje poświęconą mi sesję. Świadomość, że nadzieje spełniają się zawsze inaczej, tak jak przeżyliśmy to w wypadku nadziei roku 1989, sprawia, że mam niechętny stosunek do tego słowa. Nie wyrzekam się nadziei związanych z przyszłością naszego dziesięcioletniego syna, ale strzegę się, by nie określać ich zbyt dokładnie.
Zaprzeczam oczywiście brakowi nadziei, owej strasznej beznadziei będącej udziałem mego ojca, gdy umierał w PRL-owskim szpitalu w roku 1983.
Jeśli po studiach życie w PRL-u nie było dla mnie koszmarem, to nie dzięki bardzo skromnym nadziejom, lecz dzięki skłonności do pewnego rozbawienia światem i dzięki bezgranicznemu, nigdy nie zawiedzionemu zaufaniu do kilku osób. Takie zaufanie żywiłem do Jana Józefa Lipskiego, pana Zbigniewa Raszewskiego i przynajmniej pięciu moich niemal rówieśników. Najbliżsi przyjaciele (Jerzy Timoszewicz, 46 lat znajomości i Andrzej Biernacki, 44 lata) mają dość trudne charaktery. Pewien dystans między mną a Michałem Głowińskim, Jakubem Karpińskim i Jackiem Hołówką sprawia, że nasze wieloletnie przyjazne zaufanie trwa bez kłopotliwych kolizji codzienności.
|