|
Nadzieja
Danie miesiąca polecają
Tadeusz Bradecki
W ciągu kilku ostatnich tygodni kilkakrotnie przeczytałem
„Rzeczywiste obecności” George’a Steinera, niedawno wydane przez Instytut Kultury w pięknie zaprojektowanej serii
„słowo / obraz / terytoria”. Zamierzam przeczytać tę niezwykłą książkę jeszcze wiele razy. George Steiner, znany historyk literatury i profesor w Cambridge, w trzech długich esejach (z których
„Zerwany kontrakt” był już wcześniej w Polsce publikowany) pisze o współczesnym
„zaćmieniu humanistyki”. Tak naprawdę pisze o współczesnym
„zaćmieniu człowieczeństwa”. O stuleciu „przepełnionym zbrodnią i błyskotkami techniki”. O naszej rozpaczliwej ucieczce od bezpośredniego spotkania z
„rzeczywistą obecnością” Innego bądź też z „rzeczywistą nieobecnością tej obecności”.
Książka jest przejmująca, głęboka, bolesna. Wydaje mi się ważna; jest wiarygodna, bo przepełniona ogromnie osobistym cierpieniem bezradnego wprawdzie mędrca, lecz uczciwego człowieka. Nerwową, oszałamiająco erudycyjną frazę Steinera wspaniale przełożyła Ola Kubińska.
Kłopocze nieco fakt – w kontekście zaszczytnej dla mnie prośby Redakcji
„Tygodnika” o niniejszą wypowiedź – że gniew i oskarżenia autora w dużym stopniu kierują się przeciw powszechnemu zjawisku
„kulturalnego pośrednictwa”. „Dążymy do immunitetu, jaki daje pośrednictwo” – pisze Steiner.
„W osobach krytyka, recenzenta czy mandaryna-komentatora witamy tych, którzy mogą poddać sekularyzacji tajemnicę i wyzwanie tworzenia”. Mówiąc wprost, Steiner natarczywie domaga się, byśmy zamiast czytywać recenzje, raczej chodzili na przedstawienia, zamiast wysłuchiwać czyichś opinii o tej czy innej książce, raczej na własną rękę buszowali w księgarniach, zaś w miejsce uspokajającej lektury kulturalnego dodatku w gazecie
(„jakie tam ostatnio notowania w rankingach?”), na serio zapytali samych siebie, czy kultura, sztuka są nam naprawdę potrzebne? I czego właściwie dotyczy ta – jeśli w ogóle zdarza się nam ją odczuwać – potrzeba?
(Bo gdyby ktoś z Państwa wybierał się do teatru, polecam „Noc Listopadową” w Teatrze Narodowym w Warszawie. Krzysztof Globisz w roli Wielkiego Księcia Konstantego czyni rzeczy niebywałe. Takiej roli dawno na scenach nie było. Dzięki Globiszowi w reżyserii Grzegorzewskiego wieszcz Wyspiański, rymopis niekoniecznie tęgi, brzmi jak najbardziej buntowniczy autor współczesny.)
To niejako wbrew Steinerowi było. A w pełnej zgodzie z nim – wzywam, obejrzyjcie Państwo spektakl, niechby i film, przeczytajcie książkę, wybierzcie się na wystawę. Jeśli, nie daj Boże, rozczaruje, czego nie życzę, skala zawodu pozwoli przynajmniej uświadomić sobie przynależną człowiekowi miarę oczekiwań. A może właśnie tym razem sztuce uda się zaprzeczyć zbędności swego istnienia?
George Steiner „Rzeczywiste obecności”, Instytut Kultury
Jarosław Gowin
Miał wówczas 35 lat. Był głośnym już filozofem, fascynującym wykładowcą, który na swych słuchaczy wywierał wpływ nieomal hipnotyczny. Trzy lata później miał opublikować swą główną pracę, która – jeśli wziąć pod uwagę ilość czerpanych z niej inspiracji – stała się najważniejszym dziełem filozoficznym XX wieku. Jesienią 1924 na jego wykładzie pojawiła się osiemnastolenia studentka. Niemal natychmiast połączyła ich miłość, po z górą 50 latach przerwana dopiero przez śmierć.
Spisana przez Elżbietę Ettinger historia związku Hannah Arendt i Martina Heideggera – bo o nich mowa – to opowieść o dwu rodzajach miłości: pełnym oddania i samowyrzeczenia uczuciu Arendt oraz egoizmie i zakłamaniu Heideggera, w kochającej go kobiecie szukającego lustra, w którym mógłby adorować własną wielkość. Cień grzeszności (Heidegger był żonaty), niszczące piętno historii (on poparł nazistów, co dla niej – z pochodzenia Żydówki – było największym życiowym wstrząsem), moralna miałkość wielkiego filozofa (co prawda opisywanego przez Ettinger dość tendencyjnie) – wszystko to czyniłoby z książki lekturę smutną. Jedyne, co chroni czytelnika przed smutkiem, to świadectwo, jakie swym uczuciem daje Arendt.
„Z Bożą wolą jeszcze mocniej będę Cię kochała po śmierci” – pisała w jednym z młodzieńczych listów. Siła jej miłości pozwala wierzyć, że jej prośba została wysłuchana.
Elżbieta Ettinger „Hannah Arendt, Martin Heidegger”, Wydawnictwo Znak
Jerzy Pilch
Trudno polecać film, który jest w istocie bezpośrednią transmisją z egzekucji. Egzekucji niespiesznej, dokładnej i niczym nie upiększonej.
O ile w takich np. „Urodzonych mordercach” estetyzacja zbrodni, dokonywana za pomocą bardzo nieraz wyrafinowanych środków, szła daleko, o tyle tu panuje surowa asceza mordu. Samo zło, przybrawszy postać pary młodych, na biało ubranych i nadzwyczaj uprzejmych chłopców, wkracza do domu nad jeziorem i wraz z ich przybyciem świat się kończy. Brak jakiegokolwiek, ze świata sztuki wziętego, cudzysłowu każe włączać sponiewieranemu widzowi jakieś obronne mechanizmy odbiorcze. W parze zabójców chciałoby się widzieć np. jakąś parę aniołów śmierci nie z naszego świata (zabijają nieznużeni, bez snu, zabijają całymi dniami i nocami). Ponieważ w domu zegar jest zepsuty, chciałoby się to uogólnić i powiedzieć, że to jest już inna, bez czasu rzeczywistość. Ale to jest wszystko i z naszego czasu, i z naszego świata. Ze świata, w którym za pomocą pilota można skorygować przebieg wydarzeń (na bardziej zbrodniczy), ze świata, który jest tak upajająco krwawym widowiskiem, że szkoda snu, bo można by jakieś bardzo atrakcyjne zarzynanie stracić, ze świata zbudowanego z nieskończonej ilości przedmiotów, które niczym barykady bezsensu (wiejska posiadłość jest twierdzą) zasłaniają sens wszelki z życia kruchego jak skorupka jajka.
Czemu to robicie? – pytają ofiary, a oprawcy to robią, bo nie wiedzą co czynią. Kto wytrzymuje tego rodzaju seanse kaźni (ja wytrzymuję słabo), ten po wyjściu z kina patrzy na świat z trwogą tak silną, że aż katarktyczną.
„Funny Games”, reż. Michael Haneke, Austria 1997.
|