|
Anioły
Mowa o aniołach
Ks. Tomasz Węcławski
Spróbujmy zmierzyć się z trudnością, którą odczuwamy, kiedy mamy w zgodzie z wiarą i tradycją Kościoła mówić o aniołach.
Jej istotą jest – jak się wydaje – pewna fałszywa alternatywa: albo przyjmujemy i powtarzamy tradycyjne obrazy i opisujące je stwierdzenia, nie wnikając bliżej w to, co one właściwie mówią (tak dzieje się zazwyczaj w nauczaniu katechetycznym czy też w popularnym przekazie religijnym), albo traktujemy je jako dawną, dzisiaj już zdezaktualizowaną formę teologicznego przekazu: odkąd wiemy, co ona przekazuje, możemy wypowiadać to samo, nie odwołując się już do niej.
Konsekwencją jest m.in. marginalizacja nauki o aniołach we współczesnym systematycznym wykładzie wiary. Tymczasem religijne pytanie o świat anielski bynajmniej nie zanikło, przeciwnie – przeżywa prawdziwy renesans, czego wyrazem jest m.in. zalew mniej lub bardziej poważnych publikacji na ten temat, co można potraktować jako wyraźny sygnał deficytów
„oficjalnego” życia religijnego. Jest rzeczą charakterystyczną, że zainteresowania
„neo-anielskie” występują najsilniej tam, gdzie najbardziej zdecydowanie wyzbyto się w oficjalnym życiu kościelnym elementów dawniejszego
„naiwnego” obrazu świata.
Sercem trudności z mową o aniołach jest jednak w moim przekonaniu nie tyle zderzenie prób racjonalizacji wiary z chaosem niezaspokojonych religijnych potrzeb, ile raczej brak teologicznej wyobraźni i lęk przed prawdą – i to zarówno u przedstawicieli religijności
„oświeconej”, jak też u ludzi religijnych tradycyjnie. Wszyscy mamy trudności z wyobrażeniem sobie obecności anioła – i to nie tylko dlatego, że naszą wyobraźnię w tej dziedzinie uwięziły albo ośmieszyły niektóre niezbyt udane próby naszych poprzedników w wierze. Nie potrafimy sobie wyobrazić tej obecności, ponieważ szukamy jej nie tam, gdzie ona jest, i nie szukamy jej takiej, jaką naprawdę może być. Nie potrafimy jej sobie wyobrazić przede wszystkim dlatego, że ulegamy pokusie szukania czegoś niezwykłego, czegoś wyjątkowego, czegoś piękniejszego i bardziej wzniosłego niż to, co widzimy w sobie samych i wokół nas – a naprawdę nic albo prawie nic takiego nie ma i nigdy nie było.
Zwiastun, w którym Bóg jest przy tym, co kocha
Kto kocha, jest przy tym, co kocha, i nie chce być sobą bez tego, co kocha. Jak zatem Bóg, który jest miłością i kocha, jest przy tym, co kocha? Jak jest przy nas i jak nie chce być sobą bez nas? Czy to możliwe, żeby Bóg był i działał także tam, gdzie my Jego obecności i działania zupełnie nie dostrzegamy? Gdzie ludzie wydają się nic nie rozumieć i raczej psuć lub udaremniać Jego działanie? Czy nie trzeba powiedzieć: w ludzkim cierpieniu, w tępocie i złości, w niespełnionych nadziejach, w zniewoleniu przez grzech i jeszcze bardziej w nieuniknionej nędznej skończoności wszystkiego, czego sami potrafimy zapragnąć, wreszcie w umieraniu i w śmierci – nie ma Boga? Wiem, że nie potrafię odpowiedzieć na takie pytania wystarczająco jasno. A przecież znam odpowiedź, choć nie można jej zwyczajnie przekazać w kilku zdaniach jako gotowej, jasnej i wyczerpującej sentencji. Można ją tylko spróbować pokazać – wierząc i mając nadzieję, że każdy, dla kogo jest ona naprawdę przeznaczona, sam ją rozpozna i do końca przeżyje.
Wierzę, że jest i daje się wciąż na nowo zobaczyć ogarniająca mnie w całej mojej jednostkowej prawdziwości, ze wszystkim, co do mnie należy, w tym jedynym i niepowtarzalnym miejscu, w którym teraz jestem, i w każdym innym, w którym byłem albo będę, wyzwalająca miłość i łaskawość Boga – i wierzę, że daje się ona zobaczyć jako wciąż nowy, zawsze przekraczający i przewyższający każde moje samotne pragnienie i oczekiwanie znak, jako wierny zwiastun, jako milczące ogłoszenie i jako realna możliwość mojej wolności – czyli właśnie jako przychodzący do mnie samego, do każdego z nas i do nas wszystkich razem anioł naszego Boga.
O tym właśnie chcę mówić – chcę też wiedzieć, czy moja nadzieja ma oparcie w Słowie Bożym. Dlatego rozmyślam nad biblijnymi spotkaniami z aniołem.
Zwiastuni wybawienia – trzy biblijne przykłady
Powiedzieliśmy już o spotkaniu z aniołem, że jest ono tak otwartym spojrzeniem człowieka na siebie samego, że ten, kto tak patrzy, potrafi przyjmować wszystko, co mu się zdarza, jako skierowane do siebie słowo wezwania i ma dosyć odwagi, by odpowiadać na to słowo bez wahania całym sobą. Czy nie tak właśnie można rozumieć to, co Łukasz (jako jedyny wśród Ewangelistów) napisał o aniele umacniającym Jezusa w Jego agonii na Górze Oliwnej? Czy łaska tej godziny nie polegała na odkryciu wolności większej niż lęk człowieka o siebie samego? I czy taką wolność człowiek – także człowiek Jezus – mógłby znaleźć sam w samym sobie? Czy wreszcie najprostszym i najmniej podejrzanym sposobem powiedzenia tego, że człowiek Jezus nie jest w tej chwili sam i że nie w sobie samym jako człowieku znajduje tę łaskę, nie są właśnie słowa, które zapisał dla nas Łukasz:
„ukazał mu się zwiastun nieba (angelos ap’ouranou) i umacniał Go” (Łk 22,43)? Kto potrafi powiedzieć to lepiej?
Inny przykład, i inne, jeszcze trudniejsze dla naszej biednej wyobraźni, miejsce: przekaz o obecności anioła przy otwartym i pustym grobie Jezusa (Mt 28,2-7). To jest z pewnością nasz anioł – on jest tam dla nas. Jego obecność sprawia, że otwarcie grobu może się stać w naszych oczach czymś więcej niż tylko usunięciem kamienia zasłaniającego jego wnętrze i czymś więcej niż tylko odkryciem, że grób jest pusty. Tak samo otwarta jest bowiem tajemnica i sprawa
„Żyjącego pośród umarłych” (por. Łk 24,5). Znakiem tego otwarcia jest
„miejsce, gdzie Go złożyli” (Mk 16,6; Mt 28,6) – ale może ono nim być dlatego, że na tym właśnie miejscu dopełnia się spór między niebem a ziemią i rozpoczyna się dialog, który wprowadza nas (a z nami całe stworzenie) w prawdziwy sens obecności i nieobecności umarłego Jezusa. Nie chodzi przecież o odpowiedź na pytanie o to, co stało się z Jego umarłym ciałem, złożonym przez ludzi w tamtym grobie – takiej odpowiedzi (przynajmniej w sensie opisu pewnego historycznego i wprost historycznie dostępnego faktu) nie ma. Jest to natomiast odpowiedź na pytanie, kim był i kim jest Jezus. Pusty grób Jezusa mówi, że Jego życie wypełniło się naprawdę do końca i bez reszty: tak że nikt i nic nie ma nad nim już władzy poza Nim samym. Trzeba przy tym raz jeszcze z całą mocą zauważyć, że to jest odpowiedź dana nam, odpowiedź dla nas. Trzeba przecież widzieć, że
„życie Jezusa” w tej odpowiedzi to nie tylko to, co przeżył On sam jako pojedynczy śmiertelny człowiek między narodzeniem a śmiercią.
„Życie Jezusa” skupia w sobie cały wielki spór między niebem a ziemią, który dopełnił się, kiedy On umarł. A równocześnie otwiera zupełnie nowy dialog między ziemią a niebem – możliwy właśnie dlatego, że On zmartwychwstał. Pierwszym słowem tego dopełniającego się sporu i rozpoczynającego dialogu jest wysłany do tamtych i do nas anioł, znak Bożych zamiarów i otwartej dla nas w Jezusie przyszłości.
Skoro to aniołowie stanowią początek stworzenia, w nich także najpierw i przede wszystkim ujawnia się cała dwuznaczność danej stworzeniu wolności. Stąd ich szczególna rola w dialogu, ale także w sporze między niebem a ziemią. Dlatego też, chociaż wszyscy oni są świadkami zwycięstwa Boga w Jezusie, są wśród nich również świadkowie własnego upadku i klęski. Przez nich i z nimi także my wszyscy od samego początku uczestniczymy w tym samym sporze i dialogu: każdy na swój własny, jedyny i niezastąpiony sposób. Tu naprawdę chodzi o nas i o to, co dzieje się z nami w każdej chwili naszego istnienia. Tu chodzi zatem również o rzeczywistą i rzeczywiście groźną dwuznaczność naszej wolności – a więc o jej możliwe zwycięstwo tak samo, jak o możliwą klęskę. Chodzi zarazem jednak o tę szczególną możliwość, o której już powiedzieliśmy mówiąc o Jezusie walczącym o swoją wolność w Ogrójcu i o Maryi na jedno słowo zgadzającej się oddać całą siebie. Teraz jednak – właśnie ze względu na to, co w naszych oczach stało się z Jezusem (co pokazuje każdemu z nas anioł przy Jego pustym grobie) i także ze względu na to, co dzięki Niemu okazało się możliwe w życiu Maryi, my również możemy uwierzyć, że dwuznaczność naszej wolności jest ostatecznie bezsilna – nawet jeśli nadal zupełnie realnie nam zagraża. Słowo o
„Żyjącym pośród umarłych” wykłada się bowiem w naszym codziennym języku najprościej tak, że każdy, kto naprawdę kocha, może wierzyć i wie, że śmierć ma już poza sobą.
Zauważmy w końcu jeszcze jedno słowo samego Jezusa, które wydaje się szczególnie ważne w związku z pytaniem o łaskę i wolność daną także tym spośród nas, którzy niczego albo prawie niczego w swoim życiu nie mogli samodzielnie doświadczyć, zobaczyć, powiedzieć, zdecydować, przyjąć czy oddać. Jezus mówi:
„Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.” (Mt 18,10). Można to rozumieć na sposób nieco baśniowy – wyobrażając sobie białe postaci aniołów stających w niebie jako rzecznicy i obrońcy
„tych małych” wobec Boga i ludzi. Można także rozumieć romantycznie, jako obraz niewinności tych najmniejszych przed Bogiem. Sądzę jednak, że Jezus i Jego uczniowie, którzy to słowo dla nas zapamiętali, nie rozumieli go ani tak, ani tak. To, co Jezus mówi o
„wpatrywaniu się w oblicze Ojca w niebie”, jest bowiem zbyt poważne i silne, by pozwolić na takie jedynie rozumienie tego obrazu. Co zatem jeszcze innego mógłby on oznaczać? Może to właśnie, że człowiek jest człowiekiem nie dopiero wtedy, kiedy może sam o tym wiedzieć i kiedy potrafi tworzyć sam siebie w rzeczywistej wolności, i nie dopiero wtedy, kiedy potrafi sam być kimś dla drugiego, ale już i właśnie wtedy, kiedy pozwala być dla siebie drugiemu. Czy cała nasza tajemnica nie polega na tym, że do tego, by pozwolić być dla siebie drugiemu, nie potrzebujemy ani wiedzieć o sobie samych, ani samodzielnie nad sobą panować – wystarczy, że jesteśmy? Są przecież w mojej ludzkiej historii (nie tylko w mojej historii osobistej, ale w mojej ludzkiej historii w ogóle – w tej historii, która zaczyna się
„przed założeniem świata”, por. Ef 1,4) miejsca, w których nie tylko ja sam, ale też żaden inny człowiek nie ma nade mną żadnej zupełnie władzy; są takie, w których ktoś ma nade mną władzę, ale tylko pośrednio; są takie, w których ktoś ma nade mną władzę bezpośrednią, ale ja zupełnie o tym nie wiem; są wreszcie takie, w których ja sam świadomie i czynnie spotykam każdego, kto pojawia się w moim życiu. O tyle tylko, o ile jestem gdzieś tak właśnie świadomie i czynnie, mam też rzeczywistą władzę nad sobą i nad czyjąkolwiek obecnością w moim życiu. Oznacza to, że ta część mojego życia, którą władam rzeczywiście i bezpośrednio, jest jego częścią stosunkowo najmniejszą – mniejszą nawet od tej, którą ewentualnie mogą władać inni.
Przecież jednak jestem i jestem człowiekiem nie tylko w tej względnie małej części mojego życia, którą rzeczywiście władam. Jestem nim w mojej najdalszej przeszłości – to jest także tam, gdzie jeszcze nie mogłem zapanować nad moim życiem; jestem nim teraz – tu, gdzie panuję nad moim życiem tylko po części; mogę zatem mieć nadzieję, że i tam, gdzie już nie będę mógł w żaden sposób panować nad moim życiem – w godzinie mojej śmierci – pozostanę człowiekiem. Ta możliwość pozostaje realna także wtedy, kiedy konkretny człowiek, którego ona dotyczy, nie może i nie będzie nigdy mógł jej samodzielnie urzeczywistnić. Jej prawdziwym źródłem i oparciem nie jest bowiem człowiek, ale Bóg, który całym sobą pragnie i oczekuje tego właśnie człowieka i jego własnego, jedynego i niezastąpionego istnienia. Czym jest przy mnie i czym jest dla mnie to Jego pragnienie i oczekiwanie? Czy nie aniołem – zwiastunem wpatrującym się w moim imieniu w oblicze Ojca Jezusa, który jest w niebie?
Teologiczne podsumowanie
Te trzy przykłady pokazują w moim przekonaniu pewną ważną możliwość rozumienia tajemnicy aniołów. Wierzę, że są oni uosobieniami Bożych zbawczych zamiarów zwróconych ku ludziom i wypełnionych w Jezusie Chrystusie Synu Bożym. Można wprawdzie przyjmować, że aniołowie są uosobieniami Bożych słów lub zamiarów, nie stawiając w ogóle (lub przynajmniej nie stawiając wyraźnie) kłopotliwego pytania, czyim dziełem miałyby być takie uosobienia, to jest, jak realny jest byt aniołów. Gdybyśmy poszli wyłącznie za wskazówkami historycznoliterackimi, odpowiedź mogłaby rzeczywiście brzmieć: w znacznym stopniu dziełem wyobraźni, kultury i mentalności autorów biblijnych (a po części też pozabiblijnych – babilońskich i perskich). Odpowiedź taka przeczyłaby jednak – przynajmniej pośrednio – wyrażonej w symbolach wiary i wyznaniach Soborów prawdzie o stworzeniu świata duchowego.
Tymczasem nie ma żadnego powodu, dla którego istnienie aniołów nie mogłoby być skutkiem dokonującego się mocą samego Boga uosobienia Jego własnych zamiarów i słów. Jeśli wewnętrzny dialog w Bogu samym jest ze swojej istoty dialogiem Osób, nie jest rzeczą nierozumną przypuszczać, że także te zewnętrzne, czysto duchowe słowa i czyny Boga, które stanowią początek stworzenia, mogą odpowiadać Trójjedynemu Bogu, w dokładnym sensie tego słowa – to znaczy mogą wejść w dialog z Nim samym, a więc istnieć jako osoby. Na tym tle można także objaśniać te podstawowe prawdy o aniołach, wobec których stawia nas objawienie biblijne i tradycja Kościoła: po pierwsze, że poznajemy aniołów jedynie dzięki ich roli w dziejach zbawienia, a więc w historycznym dialogu Trójjedynego Boga z Jego stworzeniem – dialogu dopełnionym w Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Po drugie, że istnienie aniołów w dialogu z Bogiem nie wyklucza sprzeciwu przynajmniej niektórych z nich wobec Boga; po trzecie, że dzięki Bożej miłości aniołowie towarzyszą każdemu człowiekowi, każdej ludzkiej wspólnocie, wreszcie Kościołowi jako całości – dokładnie według Bożych zamiarów co do każdego człowieka, każdej ludzkiej społeczności i całego Kościoła. Tak właśnie jest z nami
„mnóstwo świadków” i „niezliczona liczba aniołów” (por. Hbr 12,
1.22).
|