Anioły



Aniele, wróć!


Henryk Waniek


Jak to mówił anioł? Jak ci powiedział? Czy nie przypadkiem, żebyś tyle nie myślał? Żebyś w ogóle nie myślał, bo nic z tego dobrego nie wynika. Myśli biorą cię w posiadanie; biorą cię w obroty, a ty tak tańczysz, jak ci one zagrają.
Posłuchałeś? Czy wziąłeś sobie do serca, co powiedział? A dawniej; gdy ci radził i wręcz wymagał, żebyś się nie spieszył nigdzie i do niczego? Czy wtedy posłuchałeś?
Nie. Ani trochę cię nie obeszło, co mówił, choć wiedziałeś, że dobrze radzi, że ma to sens; ma ręce i nogi.
Anioł zna cię dobrze; na wylot; i wie, co ci należy powiedzieć, gdy sam sobie nie masz nic mądrego do powiedzenia.


Takim oto cytatem z nie publikowanego utworu chciałbym rozpocząć kilka poniższych – niezbyt głębokich – uwag w kwestii anielskiej.
To chyba oczywiste, że anioły to istoty, które kochamy. Jeśli tylko zdawkowo i formalnie kochamy, są zaledwie czystymi inteligencjami; bytami duchowymi, chorymi na amorfię; na bezkształtność, która z amorem nie ma nic wspólnego. Jeśli ukochanie – ale nie pragnienie czy inny uczuciowy despotyzm – jest odpowiednio wielkie, anioł przybiera formę. Tak się to może jawić oczom miłośnika poglądu o istnieniu i ważności świata anielskiego. Miłośnika – powiadam – nie zaś miarodajnego znawcy ilości aniołów w centymetrze kubicznym powietrza. A istotnie, chodzi przede wszystkim o przestrzeń. Zaraz to wyjaśnię.
Anioły to – zdaniem Swedenborga, ale przecież nie tylko jego – dawcy bezinteresownych czynów. Ich dobroczynny altruizm przemienia rzeczywistość eteryczną w przestrzeń. Im więcej anielskiego czynu, tym więcej przestrzeni. W towarzystwie osób, które podziwiamy, cenimy lub kochamy – powiada prof. Yi Fu Tuan, również powołujący się na Swedenborga – przestrzeń wokół nas powiększa się. I odwrotnie. Przestrzeni społecznej; oślepionej i zapędzonej w ciasne ramy administrowania; nie tworzą żadne czyny anielskie. Raczej ich niedostatek.
Dla skrajnych ortodoksów zajmowanie się aniołami jest krokiem ku herezji. Lecz istnieją przecież herezje o czystym, jasnym spojrzeniu i bezgrzesznym sercu, którym ulegnie niejeden teolog czy teozof. A szczególnie ten ostatni, który w głębi duszy jest po trosze fantastą. Stąd heretycy są najpewniejszymi ekspertami w angelologii. Jak choćby wspomniany wizjoner Swedenborg, który – dzięki Miłoszowi między innymi – trafił pod strzechy pewnego odsetka inteligencji. I w konsekwencji ożywił nieco zaciekawienie aniołami, których współcześnie jest jak na lekarstwo. Ale historia aniołów sięga daleko głębiej, o czym mówią niezliczone traktaty i antologie. W nowojorskiej księgarni Sam Weiser czekają na nabywców całe tony albumów i woluminów całkowicie oddanych sprawie anielskiej.
Można odnieść wrażenie, że popyt na angelologię rośnie. Nie w smak jest to pewnie duchowej biurokracji, gdyż byty anielskie są elementem duchowości ludowej, poniekąd naiwnej, żywej, czasami krnąbrnej. Anioł nie da się prowadzić za rączkę, gdyż sam – jak to widzieliśmy na obrazkach w dziecięcych pokojach – musi to robić. Prowadzić, przewodzić i przenosić to jego specjalność, w której go nikt i nic nie wyręczy.
Przy okazji podobnych rozważań często pada słowo demon, z nieprzyjemnym odcieniem; wymawiane w duchu pogróżki lub ostrzeżenia. Czasem słusznie. Lecz najczęściej krzywdząco dla owego pitagorejskiego czy platońskiego daimoniona, który przecież muchy by nie skrzywdził. Jego późniejsza karykatura miała straszyć niegrzeczne owieczki społeczności ludzkiej, bo przecież lubimy się straszyć i często nawet ma to pewien dydaktyczny pożytek.
Jako amator rzeczywistości anielskiej wystrzegam się tej symplifikacji. Wszak zdegradowany pułkownik nie jest już de facto oficerem; strącony anioł jest dla angelologa jedynie okazem; szczególnym przypadkiem; zaledwie cieniem badanej rzeczy. Rozumiem jednak, że intencją takiej nauki jest ostrzeżenie przed zwodniczym pozorem. Lub zachętą, aby bezwzględnie redukować złudzenia do niezbędnego minimum. Ale nie rozumiem, dlaczego miałoby się to dziać kosztem tych życzliwych energii, których najczęściej nie znamy nawet z widzenia; wyłączając może ckliwą literaturę i naiwne obrazki. Tych zaledwie lub całkowicie niewidzialnych organizatorów przestrzeni; kornych podnóżków w hierarchii boskiej maszynerii.
Jeśli w scenariuszu ludzkiego życia dzieciństwo jest rajem (lub naszą ojczyzną, jak chce Baudelaire) to tam właśnie trzeba skierować tytułowe zawołanie niniejszej pogawędki. Tylko stamtąd można oczekiwać ewentualnego powrotu tej radosnej gromady wolontariuszy; zawsze energicznych i młodych; ubarwiających rutynę dorosłości szczyptą pięknego anarchizmu. Przez niewinne, małe „a”. 


 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl