|
Anioły
Spotkania z Aniołami
Gitta Mallasz
Nie mam zamiaru kogokolwiek przekonywać, że to, co przeżyłam, zdarzyło się rzeczywiście. To kwestia intuicji: albo się odczuje, że to, co spisałam, jest prawdą, albo się wszystko odrzuci. Nie mam na to żadnego wpływu.
Te zapiski są świadectwem. Pozostałam jedynym świadkiem owych spotkań i zależy mi na tym, aby pokazać, że my, czworo przyjaciół, przyjmowaliśmy je w sposób naturalny i powinny być one równie naturalne dla wszystkich.
Podczas 17 miesięcy trwania spotkań poznaliśmy kilku Aniołów lub inaczej: wewnętrznych Nauczycieli. (...) Wszyscy mieli przydomki, które nie były imionami. Określały jedynie ów specjalny rodzaj aktywności, jaka przypadła w udziale każdemu z nich. Na początku naszych spotkań poszczególny Mistrz zajmował się wyłącznie własnym
„uczniem”, lecz wkrótce każdy z nich rozszerzył swój wpływ na nas wszystkich:
„Ten-Który-Mierzy (Anioł Hanny) – wymierza wszystkich;
Ten-Który-Promieniuje (Anioł Gitty) – promieniuje na wszystkich;
Ten-Który-Pomaga (Anioł Lili) – pomaga wszystkim;
Ten-Który-Buduje (Anioł Józefa) – buduje was wszystkich”.
(...) Później anielski krąg jeszcze bardziej się poszerzył – zaczął do nas przemawiać Chór Aniołów. Odczuliśmy wówczas obecność nieskończenie odległych od nas istot, pełnych niezwykłej mocy.
Rozmowy z „naszymi” Aniołami miały charakter bardzo osobisty, poufny – tak jak Mistrzów z uczniami. Tę właśnie ciepłą, intymną bliskość przede wszystkim odczuwałam podczas trwania spotkań. Oprócz właściwej każdemu indywidualności,
„nasi” Aniołowie mieli też niemało cech wspólnych, które dane nam było zaobserwować. (...) Wszyscy Aniołowie sprawiali wrażenie jakby poruszali się rytmicznie, zgodnie z wewnętrzną wibracją i pieśnią aktu stworzenia. (...) Wszyscy promieniowali w sposób niezwykle trudny do wyrażenia w słowach. W przybliżeniu nazwałabym to
„pełną dynamiki ciszą”.
Nauczaniu naszych Mistrzów towarzyszyły niekiedy nieoczekiwane efekty: czasem było to jakby
„słyszalne światło”, a dźwięk ich mowy stawał się „widzialny”. Dziś jeszcze, kiedy wspominam tamte spotkania, błękitne światło Tego-Który-Mierzy wywołuje we mnie żywy rezonans. Kiedy Aniołowie mówili o pełnej tęsknoty miłości ducha do materii, ich słowa były jakby
„prześwietlone” i miały barwę przejrzystej purpury.
Niewiarygodne, jak dalece nasi Mistrzowie potrafili rozszerzać miarę ludzkich możliwości! Na śmierć i zniszczenie patrzyli z punktu widzenia tak odmiennego od naszego, że wydawało się to aż mrożące. Ale nie należy zapominać, że nasze pojęcia o tych sprawach zamącone są przez krótkowzroczność emocji, podczas gdy wzrok Aniołów pozostaje krystalicznie czysty.
Ten, kto dobrowolnie akceptuje swoje życiowe zadanie na ziemi, akceptuje również narzędzie, które mu służy do wykonania zadania – swoje ziemskie ciało. Kiedy zadanie zostaje wykonane, narzędzie już jest niepotrzebne. A zatem śmierć służy do tego, by usunąć bezużyteczne narzędzie.
Jedynie z tej racji byłam w stanie pogodzić się ze śmiercią moich trojga przyjaciół, wobec której buntowały się wszystkie ludzkie uczucia. W głębi swojej istoty słyszałam jednak głos – spokojny i pewny: przekonywał mnie, że ich los był konsekwencją zadania, którego się dobrowolnie podjęli.
Kwestia wcielenia – przyjętego dobrowolnie (Jezus), czy też jako zrządzenie człowieczego losu – jest dla nas, ludzi, niezgłębioną tajemnicą.
„Od narodzin do śmierci nasz wzrok zaciemniony jest gęstą zasłoną”. Czy będę widzieć jasno w chwili śmierci? Aż do tej chwili pozostaje zawierzyć owej wewnętrznej
„pewności”, która obywa się bez wyjaśnień, ponieważ to ona nadaje życiu sens głęboki.
Znamieniem Anioła – esencją jego życia, powietrzem, którym oddycha, jest radość.
„Radość jest atmosferą Nowego Świata”.
Niekiedy obecność Aniołów dawała się odczuć tak intensywnie, jak olśniewający płomień białego światła. Zdarzyło się tak w kilka dni po zajęciu Węgier przez nazistów. Bez wątpienia, aby zrównoważyć grozę rozpętanych ciemnych sił, nauczanie Aniołów osiągnęło wówczas stopień świetlistości nigdy przez nas nie doświadczonej. Ich
„pieśń ognia” wychwalała Mistrza Siedmiu Mocy Życia: Jezusa.
Ten-Który-Pomaga: Anioła Lili charakteryzowało miłosierdzie i współczucie, lecz była to miłość pozbawiona wszelkiej afektacji. Potrafił być nieustępliwy i twardy, zwłaszcza kiedy spostrzegał, że czułostkowość deprawuje niezłomność moralną i czyni ją miłym przymiotem charakteru – pochlebnym w opinii ludzkiej. Jego
„pomoc” nie miała nic wspólnego z „dobroczynnością”. (...)
„Ten-Który-Pomaga powinien zstępować do otchłani.
Daję ci klucz do przepaści: nazywa się »zadanie«”.
To swoje „zadanie” Lili spełniła, kiedy w straszliwej „przepaści” obozu koncentracyjnego stała się źródłem nadziei i pociechy dla współwięźniarek.
Ten-Który-Promieniuje: mój Mistrz na samym początku naszych spotkań trudził się, aby mnie wyrwać z letargu i otępienia, zsyłając oślepiającą iskrę światła, które mnie niemal poraziło. Ten-Który-Promieniuje mówił nam o boskim upojeniu, o promieniującej i przemieniającej mocy, o przejściu przez ogień. Hanna (jego
„tłumaczka”) musiała się często namyślać, jak przełożyć jego słowa na język ludzki. Bił od nich żar. (...) Mój Anioł zstępował tak nisko, jak tylko to było dla niego możliwe. Hanna unosiła się z kolei ku wyżynom, jakim mogła jeszcze sprostać jej ludzka natura. Na tej
„naturalnej” granicy spotykaliśmy się: Anioł, pozostając w pełni sobą, oraz my, pozostający w pełni ludźmi. Bez zacierania czy zamazywania różnic. A jednak odmienność Anioła i człowieka jest tym, co równocześnie decyduje o ich wzajemnej komplementarności, a ta – o ich możliwym zjednoczeniu. Ten pierwszy krok w kierunku urzeczywistnienia Nowego Człowieka wydawał mi się, mimo wszystko, czymś jeszcze bardzo odległym. Czy ta prefiguracja zjednoczenia, którą dane nam było przeżywać, stanie się pewnego dnia udziałem wszystkich?
Ten-Który-Buduje: polem działania wewnętrznego Mistrza Józefa był ten poziom życia, który cechuje pokój i milczenie. Józef był wyciszony i małomówny. Anioł nazwał go kiedyś
„Posłańcem Niebios”. Jego zadaniem było uśmierzać niepokój w świecie ogarniętym szaleńczym zgiełkiem wojny. (...) Dla zrównoważenia nieco
„bezcielesnej” strony osobowości Józefa jego Mistrz często używał języka budowlanego:
„fundament budynku wypełnia się kamieniami”, albo „oto nowy budynek, który trzeba wznieść”, albo
„prawo ciążenia wiąże i podnosi”.
Ten-Który-Mierzy: Anioł Hanny działał na środkowym planie życia. (...) Czuwał nad równowagą nieba i ziemi, sił stworzonych i sił tworzących. Był nieprzystępny, zdystansowany, surowy i sprawiedliwy. Hanna odczuwała silnie jego obecność – podobną jakby do intensywnego płomienia błękitnego światła. Kiedy przemawiał jej ustami, twarz Hanny przemieniała się, rozbłyskiwała nieznaną, surową pięknością i królewskim majestatem. Ale Ten-Który-Mierzy potrafił również przybierać oblicze o wiele bardziej swojskie: stawał się Ogrodnikiem, miłośnikiem roślin, które pielęgnował. (...) Tego dnia, kiedy pozbyliśmy się cienia wątpliwości co do istnienia komór gazowych, poznaliśmy smak rozpaczy. Poczuliśmy się dosłownie na dnie, w takiej depresji, że wydawało się niemożliwe, aby Aniołowie mogli nam w tym stanie dotrzymać towarzystwa. Niemniej, to właśnie ów najsurowszy i najbardziej niedostępny z nich – Anioł Hanny – dotarł do nas w tej otchłani i błagał, abyśmy nie tracili ducha.
Aniołowie pouczali nas, że powinniśmy działać zawsze z maksymalną koncentracją, ale nie przywiązując się do tego, co robimy.
Nasi Mistrzowie nie odpowiadali nigdy na pytania podyktowane czystą ciekawością. Warunkiem uzyskania od nich odpowiedzi było zaangażowanie całej istoty pytającego w stawianą przezeń kwestię.
Aniołowie nigdy nie prowadzili nas za rękę, lecz kiedy się wahaliśmy, nie omieszkali przyjść nam z pomocą.
Aniołowie dodawali nam sił, ale zobowiązywali z naciskiem, abyśmy czynili z nich użytek.
Aniołowie nie poddawali nam gotowych rozwiązań, ale wystawiali nas na próbę.
Aniołowie nie udzielali nam porad, ale budzili w nas pragnienie samodzielnego odkrywania nowych możliwości.
Aniołowie zachęcali nas nie do gromadzenia wiadomości, ale do nieustannego szukania i dociekania.
(...) Aniołowie nie serwowali nam „dań gotowych”, ale pobudzali nasz apetyt. Nie karmili nas do syta, ale podsycali nasz głód. I nigdy nie krępowali nas sztywnymi regułami. Jeśli w danej chwili nasza wewnętrzna dojrzałość tego wymagała, wszelkie reguły mogły ulec zmianie. Pedagogia Aniołów nie miała na celu naszej
„edukacji”, lecz nasze nieustanne przeobrażenie.
Natura Anioła często wydawała mi się trudna do pojęcia – podczas każdego spotkania odkrywałam nowe jej aspekty, sprzeczne niekiedy z tymi, które dotąd poznałam. Odkąd Anioł wyjaśnił mi, że jestem jego
„zgęszczonym” sobowtórem, zaczęłam odczuwać jego bliskość – jakby między nim a mną istniała więź niemal organiczna. A potem... jedno słowo... i znikał gdzieś w lodowato niedostępnych regionach...
Aczkolwiek jeszcze nie jesteśmy zjednoczeni z naszymi Aniołami, to jednak żyjemy poddani wspólnemu z nimi prawu – prawu wzajemności. (...) Zrozumiałam, że jestem odpowiedzialna nie tylko za własny, pomyślny rozwój. Jednym słowem, jednym uczynkiem mogę zadać dotkliwy ból swemu Mistrzowi. Los Anioła, który nie może sprawować pieczy nad swoim
„protegowanym”, jest równie tragiczny jak los owego człowieka, który odrzuca jego opiekę. Anioł gotów jest w każdej chwili zjednoczyć się z człowiekiem, ale ten ostatni rzadko mu odpowiada równą gotowością.
Jak spotkać swego Anioła? Wydaje mi się, że należy to pytanie odwrócić i zapytać: jakie przeszkody utrudniają takie spotkanie? Jest ich wiele: poczucie, że się nie jest tego godnym; poszukiwanie czegoś na zewnątrz siebie; pielęgnowanie
„sfabrykowanego” obrazu Anioła zamiast rezygnacji z wszelkich wyobrażeń; żywienie zbytniej niecierpliwości w miejsce zaufania; letniość – zwłaszcza niedbałość w pełnieniu codziennych zadań; spodziewanie się
„ezoterycznych sensacji” zamiast naturalnego spotkania.
Niegdyś mówiło się o „Aniołach Stróżach” i Kościół przyjmuje ich istnienie. Ale dziś stali się niemodni. Budzą zakłopotanie. Lepiej ich ignorować. Zostali złożeni do zakurzonego lamusa przeszłości. Ale świetliste moce Aniołów nadal rozbłyskują, mimo braku podpory teologicznej, w duszach tych, którzy mają odwagę ich przyzywać. To znak naszych czasów.
Przełożyła i wyboru dokonała Elżbieta Wolicka.
Był czerwiec 1943 r. W Budaliget, małej miejscowości pod Budapesztem, co weekend spotykała się czwórka przyjaciół: Gitta Mallasz, córka wysokiego oficera węgierskiej armii oraz trójka Żydów – Hanna i Józef, małżeństwo prowadzące pracownię artystyczną, i Lili, nauczycielka gimnastyki. Wszyscy czuli wewnętrzną pustkę, żadne z nich nie praktykowało religii. Poczucie przygnębienia potęgowały coraz bardziej dramatyczne wydarzenia: na Węgrzech wzmagał się nazistowski terror wobec Żydów. Pewnego dnia postanowili, że każde z nich opisze własną sytuację wewnętrzną i trudności, z jakimi się zmaga.
„Na moje wystąpienie, mdłe i powierzchowne, Hanna zareagowała zniecierpliwieniem; poczuła, że ogarnia ją napięcie i wzburzenie, którego źródła nie odgadywała” – napisała po latach Gitta Mallasz. Jej przyjaciółka zdążyła tylko ostrzec, że od tej chwili to nie ona sama będzie mówić. Tak zaczęły się spotkania z Aniołami, które prawie regularnie trwały przez 17 miesięcy (co piątek ok. godziny piętnastej).
Anielskie przesłania, skrupulatnie notowane podczas spotkań, stały się dla czwórki przyjaciół swoistą katechezą, która nie tylko doprowadziła do przyjęcia chrztu przez Hannę i Lili, ale przygotowała całą czwórkę na tragiczne wydarzenia. Podczas tych miesięcy Gitta na tyle duchowo dojrzała, że podjęła się zadania, jakie przekazali jej Aniołowie – ratowania ludzi dotkniętych bezsensownym, brutalnym złem wojny. W niezwykłych okolicznościach udało jej się uratować dużą grupę żydowskich kobiet. Józef zginął w nazistowskim obozie. Hanna i Lili, odrzuciwszy ochronę, jaką im gwarantował Kościół katolicki, ofiarowały swoje życie dla ratowania Gitty przed wściekłością nazistów.
Historia ta oraz niezwykła moc przesłania duchowych istot sprawiają, że trudno jest przejść obojętnie wobec opublikowanych przez Gittę Mallasz w 1977 roku
„Rozmów z Aniołami”. Autorka, a raczej redaktorka owych rozmów, otrzymała wiele listów. Przynaglona przez czytelników, napisała komentarz do pierwszej książki, zatytułowany
„Les dialogues – tels que je les ai vécus”, z którego publikujemy fragmenty.
Artur Sporniak
|