Anioły

 

Danie miesiąca polecają

 

 

Ks. Adam Boniecki

Przyjaciel Tomasza Mertona, Jim Forest napisał książkę „Living with Wisdom. A Life of Thomas Merton”. Po polsku: „Tomasza Mertona życie z mądrością”. Dowiedziałem się z niej m.in., że mój mistrz (dla mego pokolenia Merton jest mistrzem życia duchowego), który nie ukrywał, że jego grzechy młodości wystarczyłyby do „zniszczenia całej Anglii i Niemiec”, „spłodził przy okazji dziecko”. Mając na uwadze swój niefrasobliwy wówczas stosunek do kobiet, Merton nazywa siebie „cholernym głupkiem”. Forest nie pisze, czy Merton interesował się losem dziecka. W każdym razie, wstępując do zakonu przeznaczył dla niego i jego matki („o ile się uda ich odnaleźć”) połowę majątku. Czy potem o nich myślał? Jeśli dziecko Mertona żyje (mówiono, że zginęło z matką podczas nalotu), ma dziś 60 lat. Czy dla niego (dla niej) Merton to nieodpowiedzialny facet, który zdobył sławę i do tego jeszcze innych uczył moralności, czy ktoś, o kim się myśli z czułością?
Dowiedziałem się też, że ten trapista, do którego pisywali papieże i pielgrzymowali intelektualiści, autor rozchodzących się w milionach egzemplarzy książek z zakresu ascezy i mistyki, autorytet, pustelnik i kontemplatyk, się zakochał (tak, w młodej, ciemnowłosej Margie), że nawet myślał o małżeństwie i lekko oszukiwał opata (którego jednak o wszystkim informował), by widywać się z ukochaną. Opowieść o tym wydarzeniu Jim Forest autor-przyjaciel kończy tak: „Ostatecznie Merton ponowił swoje zobowiązanie, że pozostanie mnichem i wytrwa jako pustelnik, a była to najtrudniejsza decyzja w jego życiu”.
Ta historia uczyniła mi go jeszcze bliższym. Który z duchowych mistrzów ma odwagę dzielić się z nieznanymi uczniami tego rodzaju doświadczeniem, oczywiście jeśli je posiada? Merton zaś nie chciał, by wydarzenie pozostało tajemnicą. Udostępnił przyjaciołom kopie wierszy, dzienniki pozostawił w ogólnie dostępnym archiwum. „Trzeba, żeby także i o tym wiedziano, ponieważ to część mnie...” Ten rozdział (i cała książka) jest niezwykle pięknym wyjaśnieniem sensu samotności.


Jim Forest, „Tomasza Mertona życie z mądrością”, Bydgoszcz 1997.


 

 





Jerzy Illg

W Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim oglądać można do 15 marca jedną z najciekawszych wystaw fotograficznych, jakie gościły w Polsce w ostatnich latach. Jest to retrospektywa najgłośniejszej dziś chyba fotografki świata, Annie Leibovitz, specjalizującej się w portretach znanych ludzi. Pragnąc znaleźć się w jej kolekcji, gwiazdy takie jak Clint Eastwood, Demi Moore, Muhammad Ali, Magic Johnson, Norman Mailer, Roman Polański, Peter Brook, Meryl Streep, Christo, Mick Jagger, Sting czy Barysznikow zabiegać zaczęły o seanse zdjęciowe z Leibovitz – która stopniowo stawała się nie mniej sławna niż oni.
Magię fotograficznej ciemni odkryła w czasie studiów malarskich w San Francisco, które szybko porzuciła dla obiektywu. W późnych latach 60., czasie rewolucji dzieci-kwiatów, jednym z kultowych pism, bezbłędnie mierzącym tętno tego gwałtownego, musującego czasu i zarazem wyznaczającym nowe hierarchie, mody, styl bycia, stał się w Ameryce ilustrowany magazyn „Rolling Stone”, o którego szacie graficznej przez wiele lat decydowała Annie i jej rewelacyjne fotografie. Debiutowała na okładce portretem Johna Lennona – by po kilkunastu latach, na kilka godzin przed jego śmiercią, wykonać słynny ostatni portret nagiego Johna, niczym zwinięty embrion wtulonego rozpaczliwie w ubraną na czarno Yoko Ono. Potem przyszły zdjęcia innych gwiazd z panteonu rocka i jazzu: Jerry'ego Garcii i Patti Smith, Joan Baez i Boba Dylana, Blues Brothers i muzyków Jefferson Airplane. Sławę przyniósł cykl zdjęć z trasy Rolling Stonesów w 1975, w czasie której fotografowała zespół, ale też publiczność, bardziej aniżeli na koncertach koncentrując się na życiu muzyków. Fotografka dzieliła z nimi wszystkie, najbardziej ryzykowne eksperymenty, nie śpiąc całymi dobami i zażywając to samo, co oni. Pozostał dramatyczny zapis pokazujący mroczne strony artystycznej drogi, o których fani nie mają na ogół pojęcia.
Z czasem zmienił się charakter i klimat jej zdjęć. Fotografowane jakby zza przeźroczystego lustra, przeważnie czarno-białe reportaże i dokumenty ustąpiły miejsca kolorowym, precyzyjnie aranżowanym kompozycjom, w których „bohaterowie” dodatkowo dookreślani są przez starannie dobrane tło bądź szokujący kontrast – jak na słynnym zdjęciu czekoladowej Whoopi Goldberg zanurzonej w wannie wypełnionej mlekiem czy w nieprawdopodobnym portrecie wymalowanego (wraz z penisem) w pop-artowskie wzory Keitha Haringa, którego ciało roztapia się w równie wzorzystej scenografii. Annie Leibovitz prezentuje na tej wystawie całą gamę swych możliwości. Są tu także kameralne zdjęcia rodzinne, niemal klasyczne portrety (Josif Brodski, Václav Havel, Dalajlama), przykuwające uwagę pejzaże z Jordanii, dramatyczne zdjęcia z Sarajewa, cykl przejmujących podobizn wymalowanych w niesamowite wzory kobiet chorych na AIDS.
Gorąco zachęcam wszystkich do wybrania się na tę wystawę – naprawdę warto odstać swoje w długiej kolejce wzdłuż ścian Zamku Ujazdowskiego.


Annie Leibovitz, Fotografie, Centrum Sztuki Współczesnej, Warszawa








 





 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl