|
Anioły
Semen
Stefan Chwin
Anioł, który odwiedzał Aleksandra,
miał na imię Semen i był tu od niedawna. Gdy po całym dniu podchodził do porcelanowej umywalni, by opłukać ręce z kurzu, wciąż jeszcze nie zdejmował przetartego płaszcza, na sandałach miał ślady popiołu i omijał lustro.
Dawniej mieszkał przy wozowni na starym przedmieściu. Odmawiał nakazane prawem modlitwy, nie zbliżał się zanadto do Tronu, gdyż znał swoje miejsce, pracował uczciwie jako powroźnik w warsztatach Gerby, a ponieważ miał piękny głos, dopuszczano go czasem do wyższego chóru, gdzie w drugim rzędzie, obok Pawła, Hawryły i Haleviego, śpiewał psalmy. Bardzo lubił hymn o Oczekiwaniu, zawsze więc z drżeniem serca witał chwilę, gdy rozpoczynano śpiew. Co wieczór zapalał świece w lichtarzu i studiując Pismo starał się zapamiętać jak najwięcej wersetów.
W dniu, w którym wybuchła wojna, wstał wcześnie. Właściwie źle spał już od paru dni. Budził się w środku nocy, chodził po pokoju, pił wodę ze szklanki, patrzył w okno na gwiazdy i sam nie wiedział, co go tak dręczy. Gdy pod fortami rozdano broń, dostał szablę o długiej klindze, ciężką, lecz wyważoną i pasującą do dłoni. Przeciągnął po niej palcem. Była zimna i dobrze wyostrzona, widać, że w ślusarniach dawano z siebie wszystko. Potem poprawił rzemienie przy pancerzu, dołączył do siódmej kohorty na prawym skrzydle, gdzie stanęli członkowie chóru, i spojrzał na równinę, która rozciągała się za wydmami. Wiał lekki wiatr. Słońce jeszcze nie wzeszło. Szeleściły suche trawy i rdzawe gąszcza piołunu. Czuł drżenie ciała, ale przemógł lęk. Odetchnął głęboko. Nie słyszał wszystkiego z przemowy Michała, musiała być jednak piękna, bo w oczach Pawła i Haleviego, którzy stali obok, dostrzegł spokojną pewność zwycięstwa. Tylko Hawryło nie stawił się do szeregu.
„Wielu braci – Michał wysoko uniósł haftowaną chorągiew – przeszło na stronę Zbuntowanego, bo w swojej pysze zapragnęło władzy nad światem...”
Gdy ciemność zstąpiła na równinę, pobiegł ze wszystkimi w stronę ognia, parując i zadając ciosy, choć chwilami zamykał oczy, oślepiony iskrami tryskającymi spod klingi.
Gdy bitwa się skończyła, schował broń pod płaszcz. Był bardzo zmęczony. Oddychał szybko. Ktoś objął go, ktoś krzyczał z radości, ktoś śpiewał schrypniętym głosem psalm
„O zostań z nami, Światło”, lecz serce nie mogło się uspokoić. Zdjął hełm i popatrzył na równinę. Pancerne wozy zbuntowanych wycofywały się na wschód, znikając w wielkiej pieczarze ognia. Oddział Michała szedł za nimi po zakrwawionych berberysach, ale on nie odwrócił głowy, by śledzić grę szklanych błysków na kirasjerskich pancerzach, tylko zatrzymując się pod spalonym drzewem, popatrzył na wschód.
To, co się stało, przyszło nagle. Zapytany później o przyczynę, milczał. Usłyszał trąbkę grającą odwrót, pułki jeden po drugim wracały do obozu w Himmelsfeld, niesiono zdobyte sztandary, wijące się w słońcu jak węże przebite włócznią, lecz on nie podniósł głowy, by cieszyć się widokiem przemarszu. Ktoś, kto przyjeżdżał obok, rzucił ku niemu słowo napomnienia, on jednak zszedł z drogi wiodącej do obozu, skręcił na wschód, w stronę pola, na którym leżeli pokonani i gdy zbiegł z wydm, rozgarnął spalone żarnowce.
Potem pochylił się nad Złem. Zło miało przymknięte z bólu oczy, oddychało z trudem, było bezbronne, choć ostry szczyt pikelhauby i ząbkowana klinga złamanego bagnetu grały w światłach zmierzchu jadowitą barwą rtęci, a palce, rozwarte i luźne, w których nie było już prawdziwego życia, ściemniały świeżą purpurą, jakby przed chwilą zdarły z nieba zorzę do krwi.
Gdy wyjął bandaże, by przewiązać płomienną ranę, Zło ukąsiło go w dłoń. Potem przez wiele dni ślady ukąszenia nie chciały się goić, choć bracia przemywali je winem.
„I cóż z tobą począć?” – usłyszał po powrocie do obozu. Odbicie księżyca wędrowało po mokrej trawie, tonąc w sitowiu na rozlewiskach za łąkami. Podchodził teraz do kirasjerów, którzy płukali broń w rzece, mówił, że trzeba wrócić ma równinę, gdzie leżą zbuntowani, lecz odpowiadały mu tylko nieufne spojrzenia. Nie dziwił się temu.
„Tam są ranni – powtarzał. – Trzeba ich zabrać do lazaretu.” Nie podnosząc głowy, zanurzali klingi w ciemnej wodzie. Kiedy minął chmurę mgły, w której obozowali ludzie Michała, rozmowy umilkły. Już wiedzieli, co zrobił. Na wschodnim krańcu pola, tam gdzie światła zorzy jeszcze nie utraciły blasku, kilku weteranów pochylało się nad Złem strąconym na czarną ziemię, które majaczyło w gorączce. Uciszano je zimnym pchnięciem mizerykordii.
„Źródłem pychy jest ból” – pomyślał Semen, lecz zatrzymał słowa pod językiem jak cenną monetę, której nie wydaje się przed czasem.
„Myślisz, że źródłem pychy jest ból?” – ktoś dotknął lekko jego skroni. – Pycha jest pychą, niczym więcej, a twoje serce chwieje się jak na moście z włosa. Zapominasz, gdzie twoje miejsce. Czy to rozumne?”
„Zapominam, gdzie moje miejsce – pomyślał Semen. – Zbytnio ufam sercu, które się chwieje jak na moście z włosa. Muszę coś postanowić. Tak dłużej być nie może”.
Pamiętał dobrze, jak spojrzał na niego Michał w chwili, gdy odznaczano go przed frontem oddziałów. Wyglądał pięknie. Plecione srebrne sznury, kask z cyfrą i trójgłowym orłem, białe rękawiczki, getry. Stali przed Arsenałem, w wielkim blasku, patrząc na szeroką jezdnię Rhonstrasse, którą ku bramie światła na Kaltenbergu płynęły pióropusze i lance. Podniebny Wiedeń, zawieszony na lesistych wzgórzach, bawił się grą odbitych sztandarów, które falowały w wodnym błękicie mgieł nad gmachami.
Lecz Semen odszedł w boczną ulicę, gdzie pojono i opatrywano konie. Za rogiem, w kuźni Michaelisa, dzwoniły młoty, syczało rozżarzone żelazo wkładane szybkim ruchem w wodę. Śpieszono się, bo wynik starcia był niepewny. Trzeba było poprawić obluzowane podkowy, wytrzeć zmydloną sierść perszeronów, zdjąć uprzęże i naprawić osie żelaznych wozów, na których zastygło błoto. Wojna trwała nadal.
Przechodząc obok stajni, starał się nie patrzyć na konie. Wydało mu się, że w oczach zwierząt wciąż lśnią obrazy czarnego pola. Spocone grzbiety dymiły. W głębi, pod rusztowaniem z sosnowych desek, felczer Anhelis, gładząc sierść na brązowych i czarnych szyjach, niklowanym narzędziem zręcznie wyjmował ze śliskich ran kawałki szkła, żeliwne odpryski szrapneli i drobne kule z ołowiu, po czym krzywiąc się boleśnie, wrzucał ostry metal do emaliowanej kuwety, w której leżała wilgotna wata i rozwarte szczypce.
Gdy minęło pięć dni, polecono Semenowi, by wyjechał na krańce nieba. Rozumiał, że tak być musi. Jechał długo trzecią klasą, z niebieskim rozkazem podróżnym w kieszeni, przez upstrzone okno patrząc na rzeki pod mostami. Stacja Kermekeszti za przełęczą Hotary, na której wysiadł przed wieczorem, była piękna – biały dom, dwa semafory, trzy zwrotnice, tory biegnące do horyzontu – więc nie odczuł napomnienia zbyt boleśnie, choć wiedział, że trochę będzie mu dokuczała samotność. Na stepie, którego ośnieżoną tarczę ujrzał za oknem, rosły burzany i rdesty, krzyk rybitw niósł się od morza, a rzeka płynęła środkiem suchych wiklin. Nie mógł się tylko oprzeć wrażeniu, że na horyzoncie, tam gdzie światło nieba styka się z cieniem, drzewa nie mogą się zdecydować na wybór barwy. Było to bardzo męczące dla oczu, więc przez chwilę zapragnął być już w stolicy, gdzie granica między światłem i cieniem jest ostra jak miecz. Mógł czytać książki. Na każdej stronie u dołu odnajdywał wypisane gotykiem napomnienie, by nie mylił tego, co dosłowne, z tym, co rzeczywiste. Czasem – lubił zapalać wąskie świece przed ikoną – zachodził do cerkwi, która świeciła kopułami wśród sosen na wysokim brzegu za rzeką
Gdy dwóch oficerów, którzy przyjechali pod koniec lata, zadało mu kilka pytań, wyglądał na spokojnego. Zgadzał się na wszystko. Lecz kiedy zapytano go, co zamierza, znowu popatrzył na wschód. Na stole stało czerwone wino. Chleb pachniał. Żona zawiadowcy przyniosła świeże mleko. Kręcili głowami, krojąc nożem biały ser.
Więc zwolniono go przed upływem czasu. O świcie ściągnął rzemienie torby, zszedł nad rzekę, opłukał ręce i mijając futor, wzdłuż rozlewisk, nad którymi płonęła zorza pocięta sinymi obłokami, ruszył w stronę Merketesz i Horty, gdzie na przedmieściach kopano długie transzeje i ustawiano zasieki, usypując na przepiersiach żółte kopczyki piasku. Przestrzegano go, by nie zbliżał się do granicy, lecz kiedy wspiął się na wzgórze graniczne, na którym nie zobaczył nikogo oprócz paru ptaków, przymknął oczy i przekroczył mur cienia.
„To nie jest chyba rozsądne” – pomyślał, gdy znalazł się po drugiej stronie, na pustej drodze do miasta, w którym przyczaiło się Zło, lecz nie potrafił zatrzymać stóp, które go niosły brukowaną jezdnią w stronę dymiących ogni huty. Przeszedł po zardzewiałych torach, minął halę z falistej blachy. Gdy zbliżył się do dzieci o wąskich oczach, grzejących się przy płonącym węglu pod ścianą przyfabrycznych domów, rzuciły w niego kawałkami lodu. Odsunął sztywne od mrozu bandaże rozwieszone na sznurach między garażami i ulicą biegnącą w dół pod stalowym wiaduktem, zszedł w ciemne ognisko mgły. W podwórkach, za drewnianymi płotami, w szopach krytych papą, pośpiesznie naprawiano pancerne pojazdy, skuwając nitami przebite burty, wulkanizowano rozdęte opony. W głosach, które dobiegały z zadymionych wnętrz, czuło się wściekły ból klęski i upokorzenia. Rozmokła gazeta leżąca w śniegu płonęła czerwonym tytułem na pierwszej stronie:
„Zdrada! Kto ponosi odpowiedzialność...”
Kiedy zobaczono go na ulicy, nikt nawet nie ruszył się z żelaznych krzeseł. W przetartym płaszczu, pod którym żarzyła się światłość, wyglądał jak odbicie księżyca na dnie stawu. Dopiero gdy podszedł bliżej, pchnięto go w pierś. Chciał wejść do lazaretu, pokazał garść platynowych monet, które zaoszczędził z żołdu, wyjął świeże bandaże, lecz odpędzono go. Wiedzieli, że szuka kogoś bliskiego, lecz trudno było pochwalać taką wierność. Mógł zresztą kusić do powrotu braci rozczarowanych wynikiem bitwy, powtarzając to swoje:
„Bracia, którzy przeszli na stronę wroga, nie przestają być braćmi”. Nastroje w dolnym mieście nie były dobre. Należało poprawić dyscyplinę w oddziałach. Mówiło się nawet o koniecznych, choć bolesnych, zmianach w dowództwie, które nie stanęło na wysokości zadania. Dzieci szarpały za płaszcz, gdy schodził w dół po przeciwpożarowych schodach.
Deportowano go nad ranem. Stolica świętowała zwycięstwo. Ulice oświetlono lampionami. Wszędzie było mnóstwo chorągwi. W parkach grały dęte orkiestry. Wracając na stare przedmieście przez plac pod Arsenałem, spostrzegł, że domy przy Rhonstrasse mają już na fasadach nową płaskorzeźbę bitwy, na której rozpoznał twarze przyjaciół. Świeży kamień tympanonów i fryzów był biały jak śnieg. Światło nad Kaltenbergiem miało przejrzystość Bożego oddechu.
Dopiero gdy wszystkie napomnienia zawiodły, postanowiono posłać go do Aleksandra. Przyjął to bez gniewu. Była niedziela. Złożył derkę i sprawdził rzemienie torby. Mógł ruszać natychmiast. Popatrzył na miasto. Podniebny Dunaj opływał lesiste wzgórza myląc powietrze z ziemią, poranna mgła nad Kaltenbergiem jak babie lato łączyła wieże i mosty. Narzucił płaszcz na ramiona.
Był tak lekki, że tylko drgnienie płomienia świecy było znakiem, że dotarł na miejsce. Aleksander obudził się nagle w środku nocy i szukał oczami w ciemności, ale świeca, spłoszona trzepotaniem ćmy, zgasła i tylko uchylone okno postukiwało o framugę.
Twierdza Przemyśl była gotowa do wojny. Nowe konie dla siódmego szwadronu, które sprowadził spod Heim wachmistrz Janowicz i wozy z furażem nie mieściły się w stajniach. Noce były rozgwieżdżone, rozebrane z chmur do czarnej nagości, połyskliwe jak stal. Aleksander wrócił z Wiednia, gdzie odwiedził stryja Malevitza, miał jak najlepsze wspomnienia z rozmowy z pułkownikiem Kerenay, widział się z babką Sophie, lecz nie mógł zasnąć.
„Przegrałem życie” – myślał, wtulając twarz w poduszkę.
„Cóż ty mówisz? Przegrałeś życie? – siostra, która w piątki prała mu koszule i prasowała bryczesy z czerwonym lampasem, tylko kręciła głową. – Ty? Porucznik siódmego szwadronu, z adiutantem Gawryłą i taką piękną – pokazywała ruchem dłoni – kwaterą, w takim punkcie, blisko kościoła i restauracji Mirskiego? Ty nawet nie wiesz, jak ci ludzie zazdroszczą!”. Ale Aleksander nie słyszał jej słów.
„Przegrałem życie – powtarzał. – Wszystko na nic” – i przymykał oczy, jakby światło gwiazd, żarzących się w zimnym oknie, sprawiało mu ból. Czuł się dobrze, doktor
Kreiss zrobił wszystkie badania, tylko to dziwne zmęczenie, które popiołem przysypywało każdą radość. Budził się przed świtem, choć zasypiał z trudem koło północy, jakby coś ukrytego pod mostkiem przeszkadzało wziąć głębszy oddech.
„Pomóż mi – mówił w półśnie, choć sam nie wiedział do kogo. – Zrób coś. Już dłużej tak nie mogę żyć”. Wtedy Semen siadał przy nim i kładł mu palce na powiekach. Aleksander zasypiał. Noc nie zajmowała się już gwiazdami, które puszczone samopas wędrowały nad dziedzińcem koszar i spadały jedna po drugiej do garnizonowej studni przy stajniach drugiego szwadronu.
Rano Aleksander nie mógł dojść do siebie. Na szklance z weneckiego szkła, którą dostał od matki, na malachitowym kałamarzu, który był pamiątką po ojcu, na ostrzu szabli gładkim jak szkło, na lustrze, w którym odbijało się otwarte okno, szukał dotknięć lżejszych niż oddech. Rzeczy, które opuściły go wieczorem, gdy zapadł w pustkę snu, powracały z nocnego wygnania, z wolna nabierając smaków i barw żelaza, drewna, siarki, octowej miedzi. Ktoś – Aleksander czuł w sercu wzbierającą wdzięczność – zadbał o ich kształt, kolor, porowatość i gładkość, tak że umiały przeczyć nicości mocniej niż słowa księdza Miarowskiego. Gdy brał w palce miedziany kubek, łagodne ciepło ożywiało metal.
Wieczorami czuł, że ten, który go odwiedza, nie jest sam. Chwilami, gdy świeca przygasała, zdawało mu się, że w kącie pod oknem śpi pies, którego wachmistrz Janowicz znalazł w lesie pod Hrehrynią. Kłąb ciemności kulił się na derce pod brudnym płaszczem. Semen podchodził tam o północy. Stawał i nasłuchiwał nierównego oddechu. Gdy płaszcz zsuwał się z ciemnych ramion, poprawiał okrycie i długo patrzył na głowę śpiącego.
Ten, który leżał na derce, był bratem Semena i nazywał się Hawryło. Jeszcze nie tak dawno razem z Halevim i Pawłem śpiewali w chórze psalm o Oczekiwaniu i w nowych mundurach, czystych jak poranny błękit, stawali obok siebie na placu przy Rhonstrasse, patrząc na szwadrony, które przeciągały pod światłami łukowych lamp w stronę bramy na Kaltenbergu.
Lecz potem był dzień, w którym na placu zaczął przemawiać Zbuntowany i Semen usłyszał, jak Hawryło z bolesną żarliwością mówi:
„On ma rację”. Gdy Semen usłyszał te słowa, pokręcił głową –
„To, co mówisz, nie jest mądre” – lecz choć powiedział to, czuł, że niczego już nie zmieni. Nazajutrz Hawryło dołączył do zbuntowanych oddziałów. Podczas bitwy Semen dostrzegł twarz brata wśród wrogów. Widział, jak ugodzony w ramię, leci chybotliwie z przełamanym skrzydłem, czepiając się palcami powietrza, które z wizgiem rwie się w bolesne strzępy. Jego skrzydła z chwili na chwilę ciemniały. Zanim uderzył w kamienistą ziemię, miał skórę czarną jak sadza. Gdy bitwa się skończyła i wozy pancerne zbuntowanych poczęły wycofywać się na wschód, znikając w wielkiej pieczarze ognia, Semen zdjął hełm i poszedł na pobojowisko, ale nie znalazł brata wśród tych, którzy leżeli w spalonych żarnowcach.
Teraz, po przybyciu do twierdzy Przemyśl, stawali naprzeciwko siebie na wyszorowanej do białości podłodze oficerskiej kwatery i ująwszy mocno w palce duszę Aleksandra jak rybi pęcherz pełen księżycowego światła, ciągnęli ją ku sobie. Nikt nie powiedziałby, że są braćmi. Twarz Hawryły miała barwę szarego popiołu. Twarz Semena była śniada, o złotawym odcieniu i przypominała ikonę spod Stanisławowa. Gdy natężali wszystkie siły, by przeciągnąć na swoją stronę strzęp księżycowego światła, Aleksander czuł ból w piersiach i nie mógł chwycić oddechu. Myślał, dlaczego doktor Kreiss nie powiedział mu wszystkiego. Przecież tak dłużej nie może być. Brał wszystko, co było zapisane. Srebrna łyżeczka o gorzkim smaku leżała obok szklanki i różowego flakonu z łacińską nazwą wytrawioną na szkle, czekając na wyznaczoną godzinę. Chciał znaleźć się znów nad Czeremoszą, za zakrętem przy moście, w domu Jelizawiety pod klonami, tam, skąd widać wzgórza Łycheni i wysoki las pod Horcem.
Tak było za dnia. Lecz wieczorem, gdy Aleksander zasypiał i światło świecy przygasało, dając miejsce księżycowej poświacie, która przepływała przez pokój jak welon porzuconej panny młodej, siadali przy stole, w milczeniu patrząc na swoje dłonie. Noc nie domagała się od nich niczego. Wielkie napięcia świata łagodniały. Semen brał w świetliste palce miedziany kubek. Potrząsał nim. Kostki z czarnymi kropkami toczyły się po dębowym stole bezszelestnie.
|