Czechy



Not today Jirziczku


Jerzy Pilch


Język czeski śmieszył nas jeszcze bardziej niż polski. O ile napuszona polszczyzna letników była dalej naszym narzeczem, choć po pańsku udoskonalonym i wypomadowanym, o tyle czeszczyzna naszych czeskich ciotek i kuzynek była tym samym narzeczem, ale w stanie haniebnej demencji i nikczemnej degradacji. Nasze mówiące po czesku ciotki i kuzynki do tego stopnia mówiły po cieszyńsku, że nie było szansy, by kiedykolwiek zaczęły mówić po polsku. Najbardziej zatracony pasterz (pastyrz) spod Baraniej Góry mówił lepiej niż te nieszczęsne, choć skądinąd urocze analfabetki.
Ewentualność „zagraniczności” języka czeskiego Czechów i Czech jako takich, owszem, braliśmy pod uwagę, ale z trudem. Zagranica, jak sama nazwa wskazuje, to jest gdzieś daleko, bardzo daleko, najdalej, bo aż za granicą. A tu starczyło podnieść wzrok i widać było terytoria zamieszkane przez (rzekomo) obce plemiona. Kiedy szło się np. najbardziej klasyczną trasą z Czantorii na Stożek (przez Beskidek i Soszów), szło się cały czas wzdłuż granicy i w każdej chwili można było dotknąć pnia czeskiego dębu, podnieść z ziemi czeską szyszkę, a nawet ze szmuglerską brawurą położyć się na chwilę w czeskiej trawie. Nie znaliśmy wtedy jeszcze wiersza Szymborskiej o ptakach, chmurach i listkach bezkarnie przekraczających „granice ludzkich państw” (po prawdzie wiersz ten nie był jeszcze napisany), ale i ta, nie poparta lekturą, nauka sceptycyzmu nie szła w czeski las – czeskie dęby, szyszki i trawy były identyczne jak nasze. Prawdziwa granica z Czechami musiała biec gdzieś w głębi tego, jak na razie, za bardzo swojskiego lądu, być może biegła przez przedmieścia Pragi.
Bo generalnie jednak wierzyliśmy w istnienie obcej czeskiej cywilizacji. Były na to dowody, dowody materialne i niezbite, jak butelki Becherovki i czeskiego spirytusu, puszki czeskiego lakieru do podłóg Amolak i pudełka, w których fikuśnie ułożone spoczywały absolutnie mityczne czeskie buty zimowe, słynne mrazaki. Również ogólnoświatowy wynalazek płaszcza ortalionowego dotarł do nas z Czech. Kiedy nasze czeskie ciotki i kuzynki przyjeżdżały do nas z Nydku, Wendyni albo Havierzowa, miały na sobie granatowe płaszcze ortalionowe i doprawdy wtedy te polskie Czeszki wyglądały niczym prawdziwe Włoszki. Wydawało nam się, że Pan Bóg żartuje. Bo przecież tworzenie pięknych kobiet, odziewanie ich w europejskie stroje, zdobienie ich światowymi makijażami i zapachami i zarazem wypełnianie ich językiem czeskim czyli spotęgowaną gwarą cieszyńską to był, to musiał być jakiś rodzaj demiurgicznego figla. Kiedy piękna jak anioł kobieta mówi do człowieka: Dej pusy Jirziczku (w wolnym przekładzie: Jerzy, pocałuj mnie), człowiek wpada w popłoch poznawczy. Popłoch ten trwał aż do początku lat siedemdziesiątych czyli do czasów, kiedy w kawiarni Centrum w Wiśle zaczęły się pokazywać pierwsze czeskie striptizerki. Były one prawie tak samo piękne jak nasze ciotki i kuzynki, ale w przeciwieństwie do nich i zgodnie z regułami swego fachu nie odzywały się. Jak zaś powszechnie wiadomo, milczenie striptizerek nadaje ich występom, nawet jeśli są Czeszkami, wymiar kosmopolityczny. Inna sprawa, że na nasze czeskie ciotki i kuzynki, kiedy po przyjeździe i po powitaniach zaczynały się rozbierać (sewlykać) w przedpokoju, czyniły coś w rodzaju prastriptizu, arche-rozbieranki. Sakra, czego one nie miały na sobie, potrójne, poczwórne i popiątne warstwy bluzek, spódnic, halek, podwójne żakiety, wielokrotne płaszcze. Torebki w torebkach, pończochy w pończochach i bardzo dobrze schowane korony. Przemyt, rzecz jasna, szedł na wielką skalę, szmuglowali wszyscy, szmuglował ojciec, szmuglowała matka, szmuglowałem ja. Ilekroć wyjeżdżaliśmy do Nydku, Wendyni albo Havierzowa, miałem na nogach najbardziej zdziadowane trampki, jakie były w chałupie, a wracałem w przekrasnych trzewikach. Surowy jak biblijny sędzia czeski celnik przesłuchiwał nas gniewnie, groził osobistą rewizją, rzecz po rzeczy podnosił pod światło, ja zaś milimetr po milimetrze przysuwałem stopy do kontuaru, zza którego gromił nas ten mundurowy anioł bez ognistego miecza, milimetr po milimetrze całym sobą zasłaniałem stopy tak, by nawet kiedy się on – oprawca naszego bagażu – maksymalnie wychyli, nie dojrzał moich nowiutkich i jak się okazuje, surowo zakazanych czeskich trzewików. I to, prawdę powiedziawszy, zostało mi do dziś.
Potem wiele rzeczy naznaczonych taką czy inną bohemistycznością zdarzyło się w moim życiu. Wspiąłem się na szczyt Sosowa i wdychałem zapach Czechosłowacji. Poznałem plemię siedzących przy kuflach piwa wierutnych i zarazem zapierających dech w piersiach bajarzy. Wzdłuż i wszerz przemierzyłem Pragę i do dziś nie jestem pewien, czy w ogóle byłem w Pradze. Przeczytałem wielkie czeskie narracje. Zachwyciłem się urodą pięknych Czeszek i nie przeszkadzało mi nawet, że mówią po czesku. (Po prawdzie mówiły przeważnie do mnie: Ne, ne Jirziczku, ne, not today Jirziczku.) I inne jeszcze przygody niewarte opisania też mi się zdarzyły. Ale to jedno zostało i trwa do dziś z niepojętą intensywnością, jedna emocja: potworny strach przed przekraczaniem granicy w nowych butach.










 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl