Czechy



Śmieszne rozmowy w intymnym oświetleniu


Tadeusz Lubelski


Opis mojego zaprzyjaźnienia się z kinem czeskim wymusza na mnie ton osobistego zwierzenia. Bowiem epoka „szkoły czeskiej” przypadła na moją młodość, a poznawanie tych filmów było jedną z centralnych przygód mojego krystalizującego się wtedy kinomaniactwa. W połowie lat 60. przyjemnie było stawać się kinomaniakiem. Była to wtedy pożywna pasja. Jako licealista dzieliłem ją ze sporym gronem kolegów, ale tylko do pewnego stopnia. Owszem, na westerny albo na Hitchcocka chodziłem zwykle w kilkuosobowej grupie. Na francuskie filmy kostiumowe albo włoskie dramaty psychologiczne udawało mi się czasem zaprosić którąś z ładniejszych koleżanek. Na „Samotność długodystansowca” albo „Sportowe życie” chodziliśmy we dwóch z moim przyjacielem Jalkiem, żeby potem solidarnie milczeć po wyjściu z kina. Brytyjskie „kino gniewnych” jakoś nas wyrażało; chyba jednak sam w skrytości przyznawałem, że zbyt jest patetyczne i dramaturgicznie domknięte, bym mógł je traktować jako naprawdę moje. 
Pamiętam natomiast, że dla swojej nagłej sympatii do czeskich filmów nie znajdowałem niczyjego poparcia. Na takie rzeczy, jak „Gdy przychodzi kot” Vojtecha Jasnego albo „O czymś innym” Věry Chytilovej, chodziłem więc sam. Najwidoczniej te czeskie filmy nie pasowały do mody obowiązującej wówczas wśród moich rówieśników; nie były dość pociągające czy zewnętrznie atrakcyjne. Trudno powiedzieć, co mnie, szesnastolatka, bardziej skłaniało do ich oglądania: nuworyszowski snobizm, żeby „być na bieżąco”, napędzany przez cotygodniową lekturę od deski do deski tygodnika „Film”, czy raczej intymna pasja poszukiwania „swojego filmu”. Być może po równi jedno i drugie, skoro zdobyłem się wtedy na mały kinomaniacki eksces, który się opłacił, doprowadził bowiem do spełnienia. Nie mogąc mianowicie doczekać się „Czarnego Piotrusia” Miloša Formana w swoim ulubionym gliwickim kinie „X”, wsiadłem któregoś dnia do pociągu i pojechałem obejrzeć go w Katowicach. I to było to. Po raz pierwszy miałem poczucie, że oglądam film, jaki sam chciałbym nakręcić. 
Wszystko wydało mi się w tym filmie autentyczne, a zarazem podane we właściwej tonacji, pozbawionej jakiegokolwiek udawania czy przesady. Nie, żebym w jego bohaterach – szesnastoletnim praktykancie sklepowym, jego kolegach, kierowniku, rodzicach – odnalazł jakiś wierny portret siebie, swojego otoczenia czy rodziny; co to, to nie – oni byli inni, plebejsko-czesko-swoiści. Ale nie portret okazywał się najważniejszy, a właśnie ton. Kiedy tytułowy bohater łaził w nieskończoność za śledzonym przez siebie klientem i nie mógł się zdecydować na jakąkolwiek interwencję – odnajdywałem w tym i swoją własną niezręczność, i poczucie przyzwoitości, które we wszelkich trudnych sytuacjach dochodziło we mnie do głosu (nie zawsze, niestety, skutecznie). W jego długich dialogach z rodzicami dosłuchiwałem się podobieństwa do rozmów, jakie i ja toczyłem; złość na niezrozumienie podobnie się wtedy łączyła z potrzebą synowskiej uległości. A przede wszystkim, autor „Czarnego Piotrusia” pierwszy unaocznił mi coś, czego istnienie już wtedy podejrzewałem: że wszelkie nasze rozmowy, szpany i pasje, nasze snobizmy, przyzwyczajenia i ideały – nieodwołalnie podszyte są śmiesznością. I że ta śmieszność jest jakby immanentna, toteż autor nie powinien szukać jakiejś osobnej, nieśmiesznej pozycji, z której by mógł urągać jej i z niej szydzić; powinien być jej solidarnym obserwatorem i uzmysławiaczem.
Taki ton odnajdywałem jeszcze przez kilka lat w tamtych filmach, póki inwazja sprzymierzonych armii w sierpniu 1968 roku nie wykończyła „czeskiej szkoły”. Kolejne utwory, nieodmiennie śmieszne, odpowiadały już nie tylko na rozterki szesnastolatka, ale także człowieka dwudziesto- i trzydziestoletniego. W „Miłości blondynki” Formana i w niezapomnianym „Intymnym oświetleniu” Ivana Passera śmieszność zachowań bohaterów okazywała się krzywym zwierciadłem uświadamianej sobie przez nich pułapki losu: nie czekało ich nic więcej niż to, w czym tkwili, czego dopracowali się, co osiągnęli. W „O uroczystości i gościach” Jana Nemeca, spod zainscenizowanej tam alegorycznej historii przezierała urażona duma człowieka, którego próbuje się pozbawić wewnętrznej autonomii. W „Pociągach pod specjalnym nadzorem” Menzla według Hrabala, rozgrywających się w sennym miasteczku w latach okupacji, rozpoznawałem zranioną dumę upokarzanego narodu. Spomiędzy możliwych, a odrzucanych biegunów – autorskiego szyderstwa i autorskiej rozpaczy – zawsze wyłaniał się podobny ton solidarnego obserwatora. Manifestował się on poprzez podglądanie i podsłuchiwanie wszystkich tych wspaniale autentycznych rozmów, które można było skonstruować tylko dzięki udziałowi naturszczyków, powracających z filmu na film jak znajomi, jak ów wspaniały muzyk-amator Jan Vostrčil, który najpierw był ojcem w „Czarnym Piotrusiu”, potem teściem w „Intymnym oświetleniu”. I poprzez swobodę kapryśnej kamery, która – uwolniona od zobowiązań zamkniętej dramaturgii – zwracała widzowi uwagę na to, na co zachciało się spojrzeć autorowi.
„Szkoła czeska” była więc pierwszym typem kina, które zaakceptowałem, w całej jego niepowtarzalnej odrębności. Wkrótce – kiedy w cztery lata po obejrzeniu „Czarnego Piotrusia” zobaczyłem „Strukturę kryształu”, a po kolejnych sześciu latach „Personel” – poczułem, że zapalona tam iskra przedostała się i na nasz grunt. 









 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl