|
Czechy
W Krakowie jak w przyjaznym domu
Miloš Doležal
Jeżeli przyjedziesz do Krakowa
autobusem, wysiądź na dworcu i czekaj. Po chwili podejdzie do ciebie stare, zmoczone rosą biedaczysko bez piątej klepki i grzecznie spyta, co masz w torbie. A kiedy mu bez namysłu odpowiesz:
„Kota. Chcesz go?” – zlęknie się i ucieknie. Tak właśnie na początku maja przywitało nas – malarza Jiřiego Štourača i mnie – miasto, które na kilka dni stało się nam przyjaznym domem. Kraków. Przez chwilę zdaje ci się, że jesteś w Pradze. To z powodu mnóstwa wież. Przez chwilę myślisz, że jesteś w Rzymie. To z powodu wielkiej liczby kościołów oraz licznych księży, zakonników i zakonnic na ulicach. Przez chwilę masz wrażenie, że jesteś w Wenecji. To z powodu powolności i płynności ruchu w centrum miasta, tudzież bajkowości niektórych pałaców. A jeszcze przez chwilę czujesz się jak w Sankt Petersburgu. To z powodu jasnych fasad klasycystycznych budynków. Wszelako jedno wiesz na pewno – znajdujesz się w środkowej Europie, którą tu czujesz na każdym kroku, ponieważ banki i reklamowe billboardy jej nie zasłoniły.
Patrząc na Kraków z lotu ptaka, zauważysz, że obszar starego miasta przypomina głowę obrośniętą skórą Plant. Rynek Główny to zezujące oko, które się orientuje nie według osi kościołów, lecz według kierunku starej kupieckiej drogi. Ta droga ma na Rynku swój tunel – podcienia Sukiennic nazwanych tak od sprzedawanego tam sukna. Uniwersytet Jagielloński, gdzie ponoć też studiował doktor Faust, osadzony został w miejscu ust. Prastara uczelnia przez stulecia nadaje krakowskiej twarzy uduchowiony i subtelny charakter. Ta głowa ma też swoją kamienną koronę – pierścień starych murów – z klejnotem, jakim jest Muzeum Czartoryskich, w którym można oglądać
„Damę z łasiczką”, tajemniczy obraz Leonarda. A w dole, pod karkiem, w klatce piersiowej miasta bije serce, wawelskie wzgórze z katedrą i królewskim zamkiem. Tam zbiegają się drogi polskich dziejów, tam pośród świętych kamieni spoczywają obok siebie królowie, święci i poeci. Tam, w katedrze, po prawej stronie, znajduje się nagrobek królowej o uduchowionej, ślicznej twarzy, dwudziestosześcioletniej Jadwigi, która właśnie została ogłoszona świętą. W takie dni wiosenne spotyka się w Krakowie gromadki polskich uczniów, które zjeżdżają tu z odległych nieraz wiosek. Wyróżnia je nie tylko wycieczkowy strój dzieci, ale także porywający patos nauczycielek, które niby średniowieczni kronikarze opowiadają (niektóre nawet ze śpiewem) dzieciom dzieje ich ojczyzny. Z otwartymi gębusiami zwiedzają uczniowie wawelską katedrę, kłaniają się w ciszy królewskim grobowcom i wyraźnie widać, jak są dumni z męstwa swych przodków.
Kraków to zadziwiające miasto. Na ulicy mogą się tu zderzyć ze sobą poeci nobliści – Wisława Szymborska, która w Krakowie mieszka na stałe, i przybywający tu z Berkeley na kilka miesięcy w roku Czesław Miłosz. Bez krakowskiego podglebia niewyobrażalna jest droga życiowa Karola Wojtyły, który mieszkał tu od matury do czasu, kiedy został obrany papieżem. A kompozytor Krzysztof Penderecki musi tu co godzinę wysłuchiwać trąbienia z wieży kościoła Mariackiego, które upamiętnia najazdy tatarskie. Kiedy pierwszy raz słuchaliśmy tego trąbienia, w pewnej chwili ogarnął nas lęk. Trębacz bowiem trąbi melodię, która rozlega się po okolicy, narasta i nagle, w samym środku, urywa się, pozostaje niedokończona. A teraz trębacz zleciał z wieży, przyszło mi wtedy do głowy. Przerażeni pobiegliśmy pod wieżę, ale nic złego się nie stało, nikt z wieży nie spadł. Później wytłumaczono nam, że hejnał jest ucięty na pamiątkę trębacza, którego w trakcie trąbienia trafiła tatarska strzała. Opowiadano nam także, co się dzieje, kiedy trębacz się upije. O tym jednak już innym razem.
Kraków to miasto nobliwe i nobliwi są jego mieszkańcy. W parkach dziadkowie grają w szachy, od rana aż do nocy, po zmroku przyświecając sobie latarkami. Milczą przy tym, a po przegranej partii wściekają się też po cichu. Późną porą ich małżonki nie chodzą więc po nich do knajp, lecz do parku i chwytając za pasek u spodni odciągają ich od nie dokończonych partii. Poeci, wydawcy i muzycy, z którymi tam rozmawialiśmy, z zasady nie mieszają piwa z wódką (na przykład z żubrówką), bo grozi to ponoć śmiercią, a przy tym dotrzymują słowa i sporo wiedzą o Czechach.
Trzeba już kończyć, a jeszcze nie napisałem, jak szukaliśmy w Krakowie miejsca, gdzie umarł Georg Trakl, jak w bufecie u dominikanów jedliśmy żurek z kiełbasą, patrząc w otwarte okna zakładu fryzjerskiego naprzeciw, jak zwiedzaliśmy klasztory, krypty, gospody i starą dzielnicę żydowską, gdzie żydowski bileter dopytywał się – jedząc przy tym bułkę z szynką – czy u nas mamy komunizm, czy raczej kapitalizm.
Kiedy wracaliśmy do Czech, na granicy w Cieszynie przywitał nas brzuchaty, wrzeszczący celnik. To nic, powiedzieliśmy sobie, pewnie się dobrze nie wyspał. Po czeskiej stronie prawie wcale nie kursowały pociągi i autobusy. Po drodze widzieliśmy kilka bójek, w pociągach panoszyło się niewyobrażalne chamstwo. Czyżbyśmy wrócili do domu?
Tłum. Zbigniew Machej
|