Miasta




Miasto ludzi samotnych od Boga

Trzy dni w Pradze


Ks. Tomasz Węcławski


Od tego się zaczęło, tak też zostało do dzisiaj. Zanim mogłem pojechać do Pragi, wielokrotnie przeglądałem książeczkę pod takim właśnie tytułem i do dzisiaj najczęściej zjawiam się w tym mieście na nie więcej niż trzy dni. Mimo to czasem mi się wydaje, że tam mieszkam. 


Dlatego postanowiłem napisać o trzech dniach w Pradze i mam nadzieję, że zdołam w ten sposób powiedzieć choć trochę o tym, czym to miasto jest, a zarazem wymknąć się z pułapki, którą łatwo staje się „mistyka Pragi” – bogata, rozrośnięta, wielowątkowa i wielobarwna; mówi się też nie bez racji, że kobieca i delikatna, ale dzisiaj jak wszystko coraz bardziej skomercjalizowana. O praskich tajemnicach i legendach powiedziano i napisano mianowicie strasznie dużo. Jeszcze więcej o praskich przechodniach, o zwykłych i niezwykłych ludziach, którzy tu byli szczęśliwi albo nieszczęśliwi. To można znaleźć w każdej praskiej (i oczywiście nie tylko praskiej) księgarni i w każdym potrzebnym języku. Ale to przecież jest tylko jeden i może wcale nie najważniejszy skutek tego, jaka jest Praga. Nie jestem pewien, czy potrafię to dosyć jasno napisać, ale spróbować można. Zacznę od piątku i od przyjazdu.

Dzień pierwszy (piątek):
Między rogiem ulicy a rogiem obfitości

Kiedy zbliżamy się do miasta którąś z dojazdowych szos, najpierw – zazwyczaj jeszcze w szczerym polu – pojawia się biała tabliczka z czarnym napisem „Hlavně město Praha”. Chociaż do Pragi widzialnej i dotykalnej bywa stamtąd wcale daleko, to jest tak, jak tabliczka na drzwiach domu – droga mogła być daleka, ale już jesteśmy.
Położenie w głębokiej dolinie Wełtawy sprawia, że do Pragi się zjeżdża – praktycznie ze wszystkich stron, także i przede wszystkim z naszej, czyli z północnego wschodu. A wtedy jest tak (zwłaszcza rano albo pod wieczór): w pewnej chwili pokazuje się szerokie szarobure, dzisiaj coraz bardziej upstrzone szyldami i reklamami, morze XIX- i XX-wiecznego miasta, a nad nim unoszące się wyspy wzgórz, kościołów i pomników z Hradczanami na pierwszym miejscu, chociaż w tym pierwszym widzeniu są one jeszcze dalekie i dość nierealne. W pierwszej chwili wygląda to jak dwa różne miasta – jedno wielkie i rozłożone ciężko, na samej ziemi, a drugie delikatne i kruche, unoszące się lekko nad nim. To zresztą nie jest całkiem dalekie od prawdy. Miasto naprawdę leży na wielu poziomach fizycznie i duchowo.
Większość gości zjawia się w Pradze z powodu tego drugiego, z powodu tego uniesionego ponad zwyczajny świat stopu czasów i kamieni, i barw, który w powszechnym odczuciu uchodzi za Pragę, caput regni – głowę królestwa i matkę miast. Nawet jeśli, kiedy już się zjedzie niżej, widać, jak wiele rzeczy godnych uwagi mieści się między tymi wyspami. Gdyby jednak ktoś sobie z tego miasta wypreparował tylko ten dawny i nowy sen, tylko te – z bliska przecież również całkiem wielkie i rozłożyste – wyspy, tak naprawdę nie wiedziałby o nim prawie nic. To się na szczęście chyba nikomu (nawet przepędzanym przez Pragę stadami trzydniowym turystom) do końca nie udaje.
Jest raczej tak, że to, co się składa na bogactwo Pragi, leży nie tylko wysoko, ale zarazem bardzo nisko, zatopione w wielkomiejskim morzu, które jest jak każde inne. Za każdym rogiem ulicy może być tylko kurz i hałas, ale może też być – i bywa – róg obfitości. Jeszcze prędzej go znajdzie, kto zejdzie z utartych dróg i zaryzykuje – zwłaszcza na Starym Mieście – wędrówkę przez bramy, podwórza i inne miejskie wnętrzności. Wielu zwiedzających Pragę nie ryzykuje – nie wiedząc, że można, i nie wiedząc, co ich tam czeka. Tymczasem tam bywa wszystko razem: nad obskurną i obsikaną przez psy rupieciarnią – gotyckie okno albo galeryjka, albo kawałek gzymsu i niebo; bruk, po którym nie wiem kto chadzał w wieku XVII i schody na wieże, z których gołębiego łajna nie sprzątano od czasów husyckich. Ta Praga, nie tak estetyczna jak powierzchnia, po której ślizgają się turyści, dzisiaj trochę się cofa i skrywa. Jest jej wyraźnie mniej niż przed laty, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, ale myślę, że ona nie zginie, bo zawsze jest dosyć duchów i dosyć ciał, które o nią dbają – albo nawet: którymi ona się żywi.

Dzień drugi (sobota):
Wszystko było albo będzie

Wśród tego wszystkiego płynie jeszcze inny nurt, nie od razu dla przybysza – zwłaszcza z Polski – wyczuwalny i czytelny. Coś, co długo wydawało mi się zupełnie obce i prawie niemożliwe w takim mistycznym mieście. Tymczasem jest w nim, i jest jak najbardziej na swoim miejscu. Chodzi o Pragę ludzi samotnych. Nie myślę ani o ludzkiej samotności fizycznej, ani o samotności duchowej, ani o samotności społecznej. Chodzi mi o samotnych od Boga. Można się z nimi oczywiście spotkać wszędzie, nie tylko w Czechach, ale w Pradze wyjątkowo intensywnie. Dotyczy to też nie tylko ludzi, ale także i zwłaszcza ich dzieci. Teraz mogę zostać posądzony o niezdrowy mistycyzm, ale kiedy patrzę na wiele praskich domów i budynków publicznych – zwłaszcza na te z czasu pierwszej republiki – widzę i czuję całkiem wyraźnie: ludzie, którzy to wszystko tak właśnie zbudowali, powiedzieli zarazem „jesteśmy tu sami”. Sądzę, że czuję to nie tylko dlatego, że wiem, co stało się z chrześcijaństwem na tej ziemi, ale że wiem, co się stało, także dlatego, że tak wyraźnie to w tym mieście widzę i czuję. Przeżycie jest tym silniejsze, że nakłada się na oszałamiające tło Pragi gotyckiej, renesansowej i barokowej, na mapę świata Bożych, a jeśli nie Bożych, to przynajmniej hierarchicznych i kościelnych porządków.
Praga ludzi samotnych ma wiele postaci. To nie są tylko szczególne właściwości stylu czy wzornictwa. To tkwi głębiej, mocno wplątane w sieć, którą jest takie miasto. Przeziera z niej czasem dość dyskretnie, a czasem zupełnie brutalnie i nachalnie. Ale bynajmniej nie chodzi o demonstracje niewiary, o wojowniczą laickość, o ateizm agitatorów albo o religię ośmieszoną i zepchniętą do roli folkloru dla ciekawych. To jest coś w gruncie rzeczy bardzo spokojnego i subtelnego. To także jest religia, ale właśnie religia ludzi samych i bez złudzeń. W tym mieście było już wszystko, do czego zdolna jest chrześcijańska wiara i społeczność – i prawie wszystko skamieniało albo zwiędło, wyschło, rozwiało się, skruszało, opadło, żeby się wreszcie skondensować w tych solidnych, niebrzydkich, a przecież często beznadziejnych i bardzo samotnych budynkach, oknach, drzwiach i progach, i w sposobie widzenia świata, którego one są wyrazem. Sobota, dzień przerwy – wszystko było albo będzie.
Praga ludzi samotnych nie jest bezreligijna. Tego rodzaju religijności nie spotkacie jednakże nigdzie indziej na świecie. Czasem mi się zdaje, że istotę rzeczy najlepiej wyraża bardzo czeska anegdota o koniu św. Wacława ze znanego pomnika, nawiązująca do wypisanych na jego cokole słów chorału („Święty Wacławie, wojewodo Ziemi Czeskiej, książę nasz, nie daj zginąć nam ani potomnym...”): „Dlaczego koń św. Wacława ma zawiązany węzeł na ogonie?” (Ma rzeczywiście, bardzo ozdobny.) „Żeby Wacław nie zapomniał i nie dał zginąć nam ani potomnym”. Czy można gdzie indziej spotkać takie pomieszanie subtelnej czułości z zupełnym brakiem złudzeń?
Jeszcze raz muszę powiedzieć: to nie jest w żadnym razie materia obca temu miastu. Dobrze się z nim stopiła – albo raczej: została z niego wydestylowana. Nie chcę się tu wdawać w historiozofię, ale jestem przekonany – i sądzę, że dałoby się to przekonanie obronić – że od bardzo dawna, przynajmniej od końca XIV wieku, ewolucja życia duchowego i religijnego w Czechach wyprzedzała o przynajmniej jedno lub dwa pokolenia to, co działo się gdzie indziej w Europie i że mimo wszystkich osobliwości i zawirowań czeskich dziejów ostatniego stulecia tak zostało do dzisiaj. Praga jest tylko żywym zapisem tych dziejów – i właśnie jako taka w swoich murach, a jeszcze bardziej w zamieszkujących ją czułych i pozbawionych złudzeń ludziach kryje zapowiedź świata przyszłego. 
Jakiego? Wciąż jeszcze nie wiem, ale patrząc, jak w architekturze miasta widzialnego i w splecionych z ludzkich poruszeń wnętrznościach miasta niewidzialnego zlewają się skądinąd obce sobie światy, czekam ze spokojem.

Dzień trzeci (niedziela):
Ktoś wchodzi po schodach

Myślę, że na koniec możemy na chwilę wynurzyć się z rozlanego w dolinie miasta, przestać przejmować się tym, co się w nim jeszcze kryje, i Nowymi Schodami Zamkowymi zaczynającymi się obok gospody „U Krala Brabanckiego” wspiąć się powoli na Hrad. To jest trzeci dzień, niedziela, wieczór. Jest tam już trochę pusto. Koniec zwiedzania, muzea i wnętrza zamkowe zamknięte. Po Katedrze jeszcze krążą grupki ciekawych i raczej niewiele rozumiejących. Z zakrystii do bocznej kaplicy przechodzi procesja kleryków i księży, żeby tam, poza hałasem i niezrozumieniem zwiedzających, odprawić nieszpory. Nad rezydencją prezydenta łopocze sztandar z godłem i napisem „Prawda zwycięża”. To zabrzmi jak tani efekt, ale cała ta masa wyrzuconych w powietrze kamieni dookoła jest jak ten sztandar. Nie z powodu słów o prawdzie, ale dlatego, że ta najwyższa i najważniejsza praska wyspa tak samo jak on płynie w powietrzu: stale w ruchu i zawsze na swoim miejscu.
Schodów jest tam jeszcze więcej – aż po te, którymi przez cały dzień tłumy zdyszanych turystów wychodzą na galeryjkę pod hełmem najwyższej katedralnej wieży. Jesteśmy mniej więcej tak samo wysoko, jak wtedy, kiedy daleko stąd na szosie zobaczyliśmy tabliczkę z napisem „Hlavně město Praha”. To jest drugi biegun – nie koniec, ale samo centrum, szczyt, a zarazem drugie dno naszej wędrówki. Można się na chwilę ukryć w tej wieży, można usiąść w takim miejscu, z którego nie widać kto wchodzi po schodach, słychać tylko, że ktoś wchodzi. Poza tym słychać gołębie, zegar i od czasu do czasu dzwony. Jeśli ktoś tego słucha z nieba, to taka wieża jest jak wielka chrzcielna studnia, do której z wysiłkiem, dysząc i sapiąc schodzą coraz nowe zastępy ludzi, a potem, nasyciwszy oczy widokiem najeżonego iglicami i przemyślnymi stworami dachu katedry i leżącego wokół miasta, z westchnieniem, lekko i ostrożnie stawiając nogi, wychodzą i wracają do siebie. Czy wychodzą stamtąd inni niż weszli? Pewnie nie bardzo. A jednak kąpiel w tym mieście nie zostaje bez śladu. Najczęściej ślad polega na tym, że ktoś zamruczy albo tylko pomyśli: ja tu wrócę. Też tak myślę.


Ks. Tomasz Węcławski – teolog, rektor Papieskiego Wydziału Teologicznego w Poznaniu. Opublikował m.in.: „Gdzie jest Bóg?”, „Listy do Ciebie”, „Sieć”.











 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl