Miasta




U progu nowego milenium w stolicy upadłego Imperium powstaje nowa kultura

Jeśli Londyn cię męczy, jesteś zmęczony życiem


Adam Szostkiewicz


Dostojewski, gdy wybrał się w podróż na zachód Europy, tak się ponoć przeraził nędzy i bezbożnego zgiełku ubiegłowiecznego Londynu, że porównał go do wszetecznicy-Babilonu.


Sto lat temu i dzisiaj nie brak moralistów skazujących Londyn na wieczne potępienie. Lista grzechów jest długa i zwykle zaczyna się od przekleństw pod adresem Mamony i kapłanów jej kultu, dziś noszących białe koszule, mniej lub bardziej dyskretne krawaty i telefony komórkowe. Ja na szczęście pojechałem do Londynu pracować jako dziennikarz, mogłem zabrać rodzinę, nie czułem potrzeby miotania gromów na kogokolwiek lub cokolwiek tylko dlatego, że jest inne niż swojszczyzna.

CZCICIELE OGNIA
Jeśli są miasta „magiczne”, to Londyn do nich nie należy. Co może być „magicznego” dla przybyszy z Europy centralnej w mieście, które ma swój imperialny Akropol, szarą, leniwą rzekę, tysiące kilometrów podziemnej kolei i nie kończące się rządki takich samych jednorodzinnych domków z takimi samymi ogródkami na tyłach? Jaka „magia” może emanować z setek hektarów publicznej zieleni, tysięcy knajp wszelkich gastronomicznych obediencji, piwiarni wypełnionych cudzoziemskimi poszukiwaczami tanich przygód, czerwonych autobusów miejskich wyglądających jakby się miały zaraz wywrócić, czarnych taksówek udających limuzyny? 
No chyba że „magiczna” może też być kosmopolityczna normalność. Że „magiczne” może być poczucie wyzwolenia, jakie daje anonimowość w tłumie istot ludzkich, z których każda podąża w znanym sobie kierunku lub zupełnie bez celu, nie zważając na ukradkowe spojrzenia tych, co ją mijają. I wszyscy udają, że to, co całkowicie obezwładniające, chwytające za gardło, to w końcu nic takiego: po prostu normalność. Nie myślę o turbanach z brylantami na głowach Sikhów, ani o czarnych jak arabskie noce pułkownika Lawrence’a szatach Saudyjek paradujących po Ogrodach Kensigtońskich, ani o dreadlockach ciemno- i nie-tak--ciemnoskórych wyznawców etiopskiego Cesarza. Nie myślę nawet o dialogach w metrze, jak choćby ten, z udziałem starego Hindusa w zniszczonym, „oteksowym” garniturze z młodą Turczynką w chuście:
Hindus: – Po co pani zakrywa włosy? Na pewno są tak piękne jak pani.
Turczynka: – Z szacunku dla mojej religii.
– Dla religii? Ta pani religia podżega do wojen i nienawiści.
– Dlaczego pan obraża mnie i moją religię?
– Ja pani nie obrażam. Ja chcę, żeby pani była wolna.
I nie myślę także nawet o tym absolutnie cudownym spotkaniu z czcicielami ognia w północno-zachodnim Londynie, co swą świątynię i „dom kultury” mają nie tak bardzo daleko od willi doktora Freuda i minimauzoleum towarzysza Marxa. Było tak: na typowej, czyli cichej i spokojnej, zadbanej acz bez germańskiej pedanterii, londyńskiej ulicy natknęliśmy się na wysypującą się zza żelaznej furtki gromadę mężczyzn i kobiet, mówiących orientalnie chropawym językiem. Żydzi? Może tak, bo mężczyźni ubrani na czarno i brodaci. Ale kobiety? Kobiety jakby w sari: barwne, wzorzyste suknie. Więc kto? Pytamy przyjaciółki-Rosjanki, mieszkającej po przeciwnej stronie solidnego domu, z którego wyszli tamci. „To zoroastrianie – odpowiada Masza – no wiecie, Parsowie. Pamiętacie »Tako rzecze Zaratustra«? Oni się tu zbierają na nabożeństwa”. 
Parsowie? Tu, w Babilonie północy, w tych mgłach, na londyńskim bruku? Przecież oni dawno wymarli, zostali wytępieni, zmuzułmańszczeni, zhinduszczeni – protestuję, ale jakoś bez przekonania. Bo to przecież właśnie londyńska normalność. A skoro jednak istnieją – Londyn to jest wymarzony teren dla amatorów religijnej komparatystyki stosowanej – i to na wyciągnięcie ręki, jakże do nich nie pójść? Poszliśmy. Przyjęli nas gościnnie: dali jeść i pić, opowiedzieli o sobie, pozwolili wysłuchać modłów w staroperskim i przyjrzeć się świętemu wiecznemu płomieniowi.

KULTUROWA TĘCZA
Myślę raczej o tym, że w pobliżu wspaniałego – jednak czasem „kradzione tuczy”! – British Museum stoi sobie stylowy, osiemnastowieczny domek z księgarnią na parterze. W witrynie dzieła wszystkie Swedenborga (Czesław Miłosz: „Drzewo, mówi nam dobry Swedenborg, jest bliskim krewnym człowieka”) i w ogóle same swedenborgiana. Na błękitnym tynku gustowna owalna tabliczka informuje, że w domku ma siedzibę Towarzystwo Swedenborgiańskie. Na dodatek pierwszy raz trafiłem w okolicę tego domku tuż po wizycie na Charing Cross Road, gdzie po godzinach buszowania w antykwariatach wyszperałem pisma Swedenborga: piętnaście funtów za dwa tomy w półskórku, koniec zeszłego stulecia.
A w innym miejscu tej samej normalnej kosmopolis, w pobliżu Notting Hill, w okolicy wsławionej corocznymi karaibskimi bachanaliami (pod koniec sierpnia), na innym skromnym i schludnym domku, tym razem bialutkim, odnalazłem tabliczkę: Stowarzyszenie Sufickie. Więc może i jest w tym mieście jakaś „magia”, popychająca potomków purytanów i kwakrów, surowych, mężnych, często bezlitosnych chrześcijan-kolonizatorów w objęcia mistyki Zachodu i Wschodu? Chyba w żadnej innej europejskiej metropolii nie było tak żywego, nie ustającego i twórczego zainteresowania tym, co egzotyczne w dziedzinie ducha, jakąś alternatywą, a może syntezą. Jeszcze w epoce triumfów Rozumu William Blake i jego żona siadywali nago w ogrodzie na przedmieściach Londynu, a poeta czytał na głos „Raj utracony”.
Zielono-szaro-mglista Brytania straciła pewność siebie w zetknięciu z tęczą zamorskiej Wspólnoty, którą zbudowała. Teraz, u progu nowego milenium, w stolicy upadłego Imperium powstaje nowa kultura. Nie wiem, czy spójna, na pewno symbiotyczna, rozwijająca się przez ostrożną osmozę. Przybysz z krainy jednego języka, jednej religii, jednej etnicznej kultury nie może się nasycić tym bogactwem. Więc w każdej wolnej chwili podróżuje: a to do Indii (Southall), a to do dzielnicy żydowskiej (Bethnal Green), a to do Czarnych (Brixton), a to do Chińczyków (Soho). 
Zmęczony tą mozaiką ras, religii, języków może zrobić przystanek na polskim Ealingu albo poszukać domu przy Gillingham Street nr 17, gdzie mieszkał Joseph Conrad i podumać raz jeszcze nad sekretem polskości. („Polishness: something incomprehensible, unfathomable, elusive” – definiował Conrad i dodawał, że tylko Polak może pojąć tę „niepochwytność”, zrozumieć to, co „nie daje się zgłębić”, co zawsze „wymyka się” chłodnym angielskim krytykom, czytającym jego powieści. To właśnie jest „polskość”.)
Conrad przypomina się także w innych miejscach Londynu, pod „Zamkiem”, pod pomnikiem ku pamięci polskich lotników, podczas odwiedzin u Polaków osiadłych w Anglii po wojnie. „I cannot think about Poland too frequently – it’ s painful, bitter, heart-breaking. I could not live if I did”. Conrad nie potrafił „zbyt często” myśleć o Polsce (to „bolesne, gorzkie, serce pęka”). Polacy, którzy osiemdziesiąt lat później wysypują się z turystycznych autokarów, samochodów, samolotów – jak często myślą o Polsce w Londynie? Jak się nie musi, to się nie myśli. Dziś nie muszą. Na szczęście nie muszą. Mogą powtórzyć za Chopinem, który odwiedził Londyn na krótko, tak jak oni, i zachwycał się końmi, pałacami, pompą, powozami, a nawet toaletami, mydłem i brzytwami. Dla niego wszystko było „nadzwyczajne”; my, prawie sto pięćdziesiąt lat później, nazywamy to „normalnością”, za którą tęsknimy w kraju, o którym nie można „myśleć zbyt często”. 


Londyńska normalność jest oczywiście złudzeniem, ale miłym i doskonale pielęgnowanym. Urzędnicy i ekspedienci są grzeczni, nieznajomi przechodnie spieszą z pomocą, życzliwie uśmiechnięci. Wczesnym ranem miasto budzi się do życia i można być pewnym, że w sklepie dostanie się to, co się chciało kupić; że list dojdzie do adresata najpóźniej nazajutrz, że mleczarz zostawi pod drzwiami pełne butelki i zabierze puste (jak się zapomni wystawić pustych, to nic nie szkodzi, nie zadzwoni z awanturą); że na targu będą jak zawsze ci sami sprzedawcy głośno wykrzykujący rewelacyjnie niskie ceny za te same świeże owoce i ryby; że policjant będzie bez spluwy, za to zawsze w nieskazitelnie białej koszuli i krawacie; że nikomu nie przyjdzie do głowy ustawiać w parkach tabliczek: Uprasza się nie deptać zieleni; że poważne gazety będą poważne, ale nie nudne, a po południu, przed każdą stacją metra pojawią się arcylondyńskie typy sprzedające świeżutkie wydanie „The Evening Standard” (Lekko pijana blondyna w kwiecie wieku przy stacji Holborn podziękuje mi nieodmiennie: Thank you, darling i zaciągnie się papierosem, sięgając po resztę). Marco, Włoch z kafeterii w „Bushu”, czyli w siedzibie Radia BBC dla zagranicy, z tą samą zręcznością przygotuje mi zamówione sandwicze, a kawa, choć to nie Rzym ani Neapol, będzie pachniała i smakowała jak włoska. No może z tą kawą przesadziłem, ale z herbatą bywa znacznie gorzej. 
Ktoś, chyba doktor Johnson, powiedział: „If you’re tired of London, you’re tired of life”: jeśli Londyn cię męczy, jesteś zmęczony życiem. Ciekawe, jak by sobie pogwarzył o Londynie z Dostojewskim?









 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl