Miasta




Zmarli utrzymują kontakt z żywymi, a dar zbiorowej pamięci
jest mistyczną tajemnicą Krakowa

Przemijanie i pamięć


Joanna Olczak-Ronikier


Nie urodziłam się w Krakowie. Znalazłam się tu razem z matką i babką po wojnie, w roku 1945. Przedwojennej Warszawy nie pamiętałam, nie miałam więc do czego tęsknić. Nowe miejsce zamieszkania uznałam od razu za własne i pokochałam dożywotnią miłością. Była to jednak zdaniem mojej babki miłość zbyt przyziemna.


Babka, przepojona, jak całe jej pokolenie, egzaltowanym patriotyzmem, przy tym żarliwa miłośniczka sztuki i zabytków, pielgrzymowała w młodości z Królestwa do Krakowa jak do zdroju piękna, kolebki polskości, ostoi tradycji, skarbnicy narodowych pamiątek. Nie mogła więc znieść tego, że bezmyślnie jeżdżę na wrotkach po prastarych brukach i opycham się lodami firmy „Gelateria Italiana”, nie wzbogacając duszy oraz umysłu widokiem zgromadzonych tu skarbów. Odrywała mnie od szalonych zabaw z zaprzyjaźnionymi ulicznikami, prowadziła na Wawel, do kaplicy Zygmuntowskiej, potem na Rynek, gdzie kazała dumać nad płytą upamiętniającą Hołd Pruski, a na końcu pod „Hołd Pruski” Matejki, wiszący w Sukiennicach. Dziś myślę, że pokazując mi tak uparcie dowody na trwałość pamięci, koiła własny żal za wszystkim, co w jej życiu wraz z wojną przeminęło na zawsze. W roku 1946 ukazał się w „Przekroju” fotoreportaż Henryka Hermanowicza zatytułowany „Babcia i wnuczek w Muzeum Narodowym”. Wędrujemy obie po stronicach pisma, wśród historycznych obrazów. Babka wychudła po wojennych przejściach, w czarnym kapeluszu, z ręką wyciągniętą przed siebie wygląda jak Piotr Skarga. Ja, jako wnuczek – po wojennych przejściach ledwo zaczynały odrastać mi włosy – mam na sobie paletko z UNRRY i w oczach tęsknotę za chwilą, kiedy wreszcie skończy się ta męka. Okropnie drażnił mnie patos. A interesowała wyłącznie teraźniejszość.

anielskie włosy
Na przykład fotoplastikon, który mieścił się przy ulicy Szczepańskiej. Za niewielką opłatą można było wejść do ciemnego wnętrza, usiąść przed kręcącym się w kółko bębnem, przyłożyć oczy do czegoś w rodzaju lornetki i patrzeć, jak pojawiają się trójwymiarowe, egzotyczne widoki pustyni z oazą w tle, zamków nad Loarą, Werony, wodospadu Niagara. Spędzałam tam wszystkie wolne chwile. Czas tworzył tu zamknięte koło. Kres podróży oznaczał jej początek. Po ostatnim obrazku pojawiał się znowu pierwszy. Kiedy nie było zbyt wielkiego ruchu, litościwy właściciel pozwalał za te same pieniądze wyruszyć w drogę po raz drugi. Obok, na Placu Szczepańskim baby sprzedawały świeżutkie jajka, sery, śmietanę, a szabrownicy stare berlińskie fajanse, miśnieńską porcelanę i perskie dywany. Na rynku, na straganach latem piętrzyły się sterty owoców tak smakowitych, jak już nigdy potem, zimą – kolorowe bombki, staniole, anielskie włosy i szopki. Po ulicach jeździły dorożki. Można było uczepić się z tyłu i przejechać kawałek. Można było także dostać batem. Otwarty tramwaj jechał wolno ku Błoniom. Wskakiwało się na tylną platformę, wśród klątw konduktora przebiegało przez przedział i wyskakiwało przodem. Czasem, kiedy pęd był zbyt wielki, nie dało się wyhamować. Biegło się jeszcze chwilę siłą rozpędu coraz niżej ziemi, a w końcu padało, raniąc dłonie i kolana. Wesołe Miasteczko na Błoniach pochłaniało każdą sumę, jaką udało się wyżebrać w domu. Tu, gdzie mieści się dziś hotel Cracovia, był tzw. welodrom. Czyli ohydny, piaszczysty skwer, gdzie za dychę wypożyczało się zdezelowany rower i przez godzinę jeździło w kółko, łykając tumany kurzu. Ale jak cudownie smakowała potem jadowicie różowa, zielona, żółta „krachla”, zwana przez niektórych „orenżadą”.
pamięć
Były to w istocie dość prostackie fascynacje. Głębszych uczuć doznawałam tylko wtedy, kiedy z wieży Mariackiej odzywał się hejnał. To poplątanie legendy i prawdy, fikcji i rzeczywistości było urzekające. Mogłam słuchać bez końca, jak umarły trębacz sprzed wieków zaczyna grać swoją przejmującą melodię, w pół taktu przerywa ją i kona, a po godzinie jak gdyby nigdy nic zmartwychwstaje. Czekając z bijącym sercem na chwilę, kiedy znowu przezwycięży własną śmierć, jeszcze nie wiedziałam, że zbliżam się o krok do tajemnicy tego miasta. Jeszcze nie wiedziałam, jak szybko teraźniejszość zamienia się w przeszłość. I że tylko poprzez pamięć można walczyć z przemijaniem. Bo pamięć sprawia, że czas staje w miejscu. Wczoraj i Dziś dzieje się równocześnie. Wątła granica dzieli świat realny od zaświatów. Zmarli utrzymują kontakt z żywymi. A dar zbiorowej pamięci jest moim zdaniem tą właśnie mistyczną tajemnicą Krakowa.

czerwone sukno
Byłam już dorosła, kiedy w antykwariacie pana Cieślawskiego na Sławkowskiej wpadły mi w ręce dwa tomy „Wspomnień” Ambrożego Grabowskiego i zdominowały całe życie. Dzięki opowieściom krakowskiego księgarza, antykwariusza, archiwisty i kronikarza o tym, co sam przeżył i widział, dzięki spisanym przez niego relacjom świadków historycznych wydarzeń, dzięki ocalonym przez niego dokumentom, rachunkom, rycinom dowiedziałam się, że to, co w szkole nazywa się historią, jest po prostu codziennym życiem nie tak dawno zmarłych ludzi. Dzięki niemu wiem, ile kosztowało czerwone sukno zużyte do obicia podium zbudowanego w Rynku dla Anny Jagiellonki, z okazji oddawanego jej przez miasto hołdu, a ile urynał, który ofiarował żonie, Józefie ze Służewskich. I obie te informacje wydają mi się równie ważne. Autor pierwszego przewodnika po Krakowie i wielu innych czarujących, naiwnych, chaotycznych, a przecież pedantycznych dzieł historycznych uchylił przede mną drzwi do magicznej krainy pamięci, gdzie kłębią się sprawy wielkie i błahe, wzniosłe i trywialne, chwalebne i wstydliwe, nadzwyczajne i powszednie. I ofiarował mi cudowną, krzepiącą wiarę, że tylko od nas zależy, czy jakiś okruch życia własnego lub cudzego ocalimy od zniknięcia na zawsze.
„Boże ochroń, Boże wspieraj...”
Te wszystkie koronacje, pogrzeby, wjazdy tryumfalne, hołdy, turnieje, iluminacje, fajerwerki, które tak drobiazgowo opisywał, musiały zostawić w atmosferze miasta jakieś czarodziejskie fluidy, w sercach mieszkańców tęsknotę za dawną świetnością, w duszy skłonność do wzruszeń i chęć uczestnictwa w zbiorowym wzruszeniu. Ta prawda objawiła mi się przy okazji przedsięwzięcia, zorganizowanego przez Piwnicę pod Baranami w roku 1974, które Andrzej Kijowski w „Twórczości” nazwał „zabawą stulecia”. Przeglądając roczniki „Czasu” trafiłam na opis obchodów zorganizowanych w Krakowie dla uczczenia „pięćdziesięciolecia zawodu pisarskiego J. I. Kraszewskiego”. Jubileusz odbywał się w roku 1879, trwał trzy dni i był typową dla tamtych czasów uroczystością, pełną wzniosłego gadulstwa i patetycznych frazesów. Rekonstrukcja tego wydarzenia i powierzenie ról ówczesnych luminarzy sztuki i kultury współczesnym znakomitościom wydawała się świetnym pomysłem. Dzięki niezwykłej sile perswazji Piotra Skrzyneckiego udało się uzyskać zgodę ówczesnego prezydenta miasta, pana Pękali na udostępnienie wnętrz Magistratu. W sali obrad zawisły portrety Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety. Honory domu jako ówczesny prezydent, Mikołaj Zyblikiewicz, pełnił Marek Rostworowski. Przybyło Bractwo Kurkowe, w paradnych szatach, ze sztandarami cechowymi. Chór Filharmonii Krakowskiej odśpiewał powitalną kantatę. Ewa Demarczyk hymn państwowy: „Boże ochroń, Boże wspieraj...”. Autentyczne przemówienia z epoki wygłosili: Andrzej Kijowski, Andrzej Kuśniewicz, Andrzej Wajda, Jacek Woźniakowski i inni sławni ludzie. A kiedy nadszedł czas, by jako Kraszewski przemówił Maciej Prus – znany reżyser, autentyczne wzruszenie odebrało mu głos. Opowiadał potem, że poczuł się tak, jakby naprawdę wstąpił w niego duch Czcigodnego Jubilata. Trzy razy zaczynał i głos drżał mu tak, że z trudem dokończył swoją mowę. Sędziwy Król Kurkowy chyba także uwierzył, że czas się cofnął. Bo równie drżącym głosem powiedział: – Jestem szczęśliwy, że dożyłem chwili, w której mogę uścisnąć wielkiego polskiego pisarza, na którego książkach pokolenia uczyły się dziejów i miłości ojczyzny. Kraków cię kocha, Mistrzu. A my wszyscy kochamy to miasto, bo zawsze było, jest i zostanie żywym obrazem przeszłości. – Uścisnął Prusa, otarł łzy i wszyscy poczuliśmy skurcz w gardle. Powiało prawdą i powagą. W Krakowie historia nie lubi żartów na swój temat.

Migdały w ślawroku
Dług wdzięczności, jaki zaciągnęłam u mego przewodnika po duchowym pejzażu Krakowa, spróbowałam spłacić przedstawieniem, zatytułowanym „Apologia Ambrożego Grabowskiego, czyli Chwila przemija”, wystawionym z wielkim sukcesem przez Piwnicę w roku 1978 w Auli Akademii Ekonomicznej, czyli w dawnej kaplicy Bursy dla zaniedbanych chłopców Fundacji Lubomirskich. Na widowni zasiedli potomkowie Ambrożego: prawnuk – profesor Karol Estreicher, praprawnuczka – Teresa, z domu Grzybowska, żona Macieja Słomczyńskiego, prapraprawnuki – Wojtek i Daisy Słomczyńscy. Na oczach tak licznie zgromadzonej rodziny kilkunastoletni Ambroży, w białej świtce i boso, przybywał z babką Florkiewiczową z Kęt do Krakowa, niosąc pod pachą cały swój dobytek w skrzynce, na której był napis „Migdały w ślawroku”. Przyjmował go do pracy właściciel księgarni na Grodzkiej, Antoni Groebl, młody praktykant robił postępy, zaczynał pisać, usamodzielniał się, żenił. W końcu jego ukochana córka Stefcia oddawała rękę Karolowi Estreicherowi, dziadkowi Karola siedzącego na sali. Wszyscy na sali poczuli wtedy ten metafizyczny dreszcz towarzyszący seansom spirytystycznym; w życiu codziennym nie zdarza się tak często, że ktoś jest obecny przy zaręczynach własnego dziadka z własną babką.
KSIĄŻĘ JÓZEF
Jednak najbardziej przejmująco fikcja przemieszała się z jawą wiosną 1980 roku, kiedy to podczas jeszcze jednej zabawy piwnicznej Daniel Olbrychski jako książę Józef Poniatowski na czele wojsk swoich wkroczył do Krakowa. Był to czas przygnębiający i ponury, mało stosowny do zabaw. Ale Piotr, z wrodzoną sobie intuicją uparł się, żeby pomysł zrealizować. Jakich cudów dokonaliśmy, żeby się udało – to osobna opowieść. Jak bardzo miastu, już po pierwszej wizycie Papieża, ale przed „Solidarnością”, potrzeba było zbiorowego wzruszenia i poczucia wspólnoty we wzruszeniu, świadczy fakt, że na Rynku wiele godzin wcześniej zgromadziły się tłumy, głowa przy głowie. Kiedy Daniel wreszcie przedarł się przez Rynek i ukazał na balkonie Pałacu pod Baranami, przywitał go nie milknący krzyk: Niech żyje! Napisałam mu parę najprostszych zdań na cześć Krakowa. Było to podziękowanie za blask w czasach świetności. Za niezłomność w czasach niedoli. Za suwerenność. Godność. Wierność narodowej pamięci. Biedny Daniel nie mógł skończyć, bo po każdym zdaniu tłum wiwatował i klaskał w nieskończoność. Stałam koło niego, doświadczonego aktora i widziałam, jak trzęsą mu się ręce z przejęcia, słyszałam, jak łamie się głos. A potem, kiedy szedł już Rynkiem do Sukiennic, nie mógł się przedrzeć przez gąszcz ludzi, którzy jakby naprawdę uwierzyli, że jest znowu rok 1809, a on przybył, by uwolnić miasto z niewoli. Przekupki zasypywały go kwiatami, matki podnosiły do góry dzieci, by je ucałował, starcy przypadali do rąk. Rozlegał się zbiorowy jęk: – Nie odjeżdżaj od nas, Książę, nie zostawiaj nas samych. –Jeszcze dziś mam ochotę płakać, kiedy sobie to przypominam. Czy to nie szczęście żyć w tak zdumiewającym mieście?

złota trąbka
Kiedy po nim chodzę, spotykam samych znajomych. Z baru Vis-ŕ-vis macha ręką Sebastian, zaprasza do Piwnicy na recital Urszulki Ślęzak, a z kamienicy pod Barany wyjeżdża Mikołaj Wolski, miecznik koronny, po murzyńsku ze wszystkim pocztem kosztownie ubrany, na wozie pozłocistym. Za nim Stanisław Żółkiewski, wojewodzic bełzki, w osobie Diany. Jadą na wesele Gryzeldy Batorówny, bratanicy królewskiej z Janem Zamoyskim, kanclerzem koronnym. Ze swojej restauracji „Pod Aniołami” na Grodzkiej wypada zaaferowany Jacek Łodziński. Organizuje pewnie znowu jakiś jarmark albo inną fetę. Naprzeciwko, u wylotu Rynku, pan Pipan, właściciel apteki „Pod Złotą Głową” dogląda budowy bramy tryumfalnej, którą wystawił własnym kosztem i przez którą jechać będzie na Wawel Arcyksiężna Rakuska Anna, żona Zygmunta III. Grześ Turnau z Brackiej zmierza w kierunku Vis-ŕ-vis, mijając Ratusz. Pod Ratuszem, przy ognisku, rozpalonym z papierów szefa sztabu Fiszera, tańczą półnadzy i dobrze pijani adiutanci księcia Józefa; Artur Potocki, Kamieniecki i inni. Stoimy z Marysią Szczeklikową na placyku św. Barbary, a pod kościół Mariacki zajeżdża wesele krakowskie. Panna młoda, Jadwisia Mikołajczykówna, ma na sobie katanę ślubną z materii bladoamarantowej, przerabianej w wielkie srebrne liście i szkarłatne kwiaty. Pan młody jest we fraku „dla uniknięcia choćby pozorów teatralności”, co – jak wiadomo – nie na wiele mu się przydało. Dorotka Segda – Panna Młoda z „Wesela” biegnie na próbę „Fausta” do Starego Teatru. Trębacz na szczycie wieży Mariackiej przyciska do ust złotą trąbkę. Ostrzega: „Pamiętaj człowiecze na śmierć”. I pociesza: „Nie umrzesz wszystek”. 

Joanna Olczak-Ronikier – współzałożycielka Piwnicy pod Baranami i autorka jej książkowej monografii, dyrektor literacki krakowskiego Teatru Ludowego. Autorka scenariuszy (adaptacja „Z biegiem lat, z biegiem dni”), tekstów dramatycznych, publicystka.







 












 

 

 

     

     

     

     

     

     

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl